Strona głównaKomiksy MarvelaUltimate X-Men | Tom 1 | Recenzja | Powiew świeżości

Ultimate X-Men | Tom 1 | Recenzja | Powiew świeżości

Komiksów o mutantach na naszym rodzimym rynku jest relatywnie dużo. Mamy przecież te klasyczne opowieści jak X-Men by Jim Lee, czy X-Men: Era apokalipsa. Nieco bardziej współczesne ukazujące się pod szyldem Marvel Now (też o nich pisaliśmy, na przykład tutaj). Dostajemy również solowe przygody, opowiadające losy co poniektórych posiadaczy genu X ( Staruszek Logan, albo Wolverine Jasona Aarona). W końcu historie dotyczące alternatywnych składów jak Uncanny X-Force, czy Astonishing X-Men, więc na brak contentu z super ludźmi narzekać nie możemy. W takim razie, po co serwować czytelnikom kolejne pozycje? Przychodzą mi do głowy dwa powody.

Po co ci mutanci?

Pierwszym z nich jest niewątpliwie obszerność marki X-Men. Każdy większy twórca komiksowy dorzucił swoje pięć groszy do tejże franczyzy, przedstawiając swój kawałek wizji na świat pełen podziałów. Co za tym idzie, nasze rodzime wydawnictwa nie chciały, abyśmy byli biedniejsi o czołowe tytuły z udziałem mutantów. Dały nam możliwość zapoznania się z ważniejszymi dziełami o ludziach obdarzonych genem X, dzięki czemu mamy w czym przebierać.

Drugim powodem wypuszczenia Ultimate X-Men, jako kolejnej pozycji opowiadającej o ekipie super ludzi, jest fakt, że alternatywne uniwersum Ultimate nie doczekało się u nas solidnego rozwinięcia. W ofercie czołowego wydawcy, jakim jest Egmont, możemy poznawać ów świat przez lekturę serii Ultimate Spider Man Bendisa. Jeśli jednak nie mogłeś przebrnąć przez operę mydlaną z człowiekiem pająkiem, to nieco dojrzalszą opowieścią będzie właśnie omawiany komiks. Poniżej wyjaśnię dlaczego.

Każde pokolenie ma własny czas!

Historia, którą opowiedział nam w pierwszym tomie Ultimate X-Men Mark Millar jest intrygująca, nie rozłazi się na milion wątków, nie jest przegadana oraz konsekwentnie trzyma się ram narzuconych przez autora. Nie doświadczymy tu głupotek logicznych związanych z brakiem konsekwencji prowadzenia wydarzeń, a to już wystarczyło, żebym mógł cieszyć się lekturą

Pierwsze sześć zeszytów, to gładkie wprowadzenie bohaterów, prezentacja wykreowanego świata i błyskawiczne ukierunkowanie narracji. Rząd Stanów Zjednoczonych uruchamia program, który ma doprowadzić do eksterminacji nowo powstałej na Ziemi rasy mutantów. Zwykli ludzie i ich królewska pozycja na tej planecie zostaje zachwiana przez nowy gatunek homo superior. W obawie przed utratą statusu rasy nadrzędnej ludzie pokazują swoją siłę, tym samym doprowadzając do śmierci wielu uzdolnionych. Nie będę rozwodził się nad problematyką dyskryminacji poruszaną w komiksie, ponieważ dotyka to większości opowieści z udziałem super ludzi. W przypadku Ultimate X-Men warto jednak zwrócić uwagę na coś innego.

Motorem napędowym dla pierwszych stron historii, była wyraźna relacja pomiędzy dwoma postaciami. Charles Xavier, jako założyciel szkoły dla mutantów, w której uczono jak korzystać z nabytych zdolności, chciał, aby zwykli i niezwykli ludzie żyli ze sobą w pokoju. Dążył do tego przez poszerzanie swoich wpływów politycznych oraz przez pomoc młodym, utalentowanym osobom, goszcząc ich w swoim ośrodku.

Inna wizja świata

Drugą stronę medalu reprezentował Magneto – dowódca tajnego bractwa. Doświadczył z rąk normalnych obywateli wiele zła, przez co wiedział, że wizja Xaviera nigdy się nie ziści. Uważał, że ludzie z genem X są kolejnym krokiem w ewolucji i pewnego dnia zastąpią szaraczków. Facet miał ogromną moc, przeżył II Wojnę Światową i naczytał się Nietzschego, przy czym chyba potraktował wizję nadczłowieka zbyt dosłownie.

To, co Panowie wyprawiają, żeby wprowadzić swoje ideologie w życie, potrafi naprawdę zadziwić. Oglądanie pojedynku między tak zgoła różnymi obozami, było niezwykle satysfakcjonujące. Szczególnie że zaangażowało się dużo różnych osobistości, przez co poznaliśmy kolejnych bohaterów. Sześć zeszytów zakończyło się bezpośrednim starciem Magneto vs Xavier i mogliśmy dostać finał, jednak miłym zaskoczeniem był fakt, że to dopiero połowa.

Ultimate X-Men Magneto

W starym ciele młody duch.

Największą zaletą Ultimate X-Men są niewątpliwie bardzo ciekawie zarysowane postacie. Niezwykle barwnie ukazano zagubienie młodych mutantów w nieprzychylnym dla nich świecie. Targające nimi emocje nie są jedynie przelane w puste dialogi, bowiem młodzi X-Meni podejmują pochopne decyzje, walczą o ważne dla nich idee, czy próbują osiągać stawiane sobie cele. Jakby nie patrzeć, nastolatki z krwi i kości.

Urzekło mnie w tej serii właśnie to podejście autora do kreacji bohaterów. Są oni dla odbiorcy czymś więcej niż symbolami pewnych wartości, jak to często w komiksach superhero bywa. Popełniają błędy, dają się ponieść emocjom, czy po prostu uczą się jak przeżyć w otoczeniu dyskryminacji. Odniosłem wrażenie, że ekipa ze świata Ultimate przekonała mnie do siebie bardziej niż klasyczne wersje tych samych postaci. Przede wszystkim ze względu na bliższe ludzkiej naturze przedstawienie ich charakterów.

Zbuntowana i nieogarniająca swoich mocy Storm, albo niezwykle inteligentny i jednocześnie spuszczający łomot w kozackim stylu Beast. Aspirujący na lidera, Cyclops, czy niestabilna emocjonalnie Jean Grey to tylko niektóre osobistości, wobec których poczułem miętę. Zdecydowanie warto sięgnąć po pozycję Ultimate X-Men, choćby tylko po to, żeby zobaczyć, jak powinno wyglądać budowanie więzi między odbiorcą a bohaterami. Wielokrotnie kibicowałem drużynie młodych mutantów i obawiałem się o dalsze losy. Jednym słowem – nie byli mi obojętni, a to już duży plus.

Ultimate X-Men Tom 1

Dopracowany w każdym elemencie

Warstwa wizualna stoi również na wysokim poziomie, jednak pod płaszczem wyśmienitej historii i wielowymiarowych bohaterów, staje się tylko (lub aż!) doskonałym dopełnieniem całości. Żywe kolory, fantastyczna dynamika, bogata mimika postaci i brak niepotrzebnego udziwnienia niektórych osobliwości sprawiły, że Ultimate X-Men nie męczyło wzroku. Ot poprawny współczesny Marvel, niezbyt przesłodzony, ani nazbyt gorzki, idealnie wyważony. Tam, gdzie trzeba było – kobiece kształty uwydatnione, lecz bez karykaturalnych proporcji. Brzydota na twarzy Wolverine’a, czy Sabertootha też pokazano z idealną dozą paskudztwa i testosteronu. Wszystko siedzi jak Xavier na swoim wózku – stabilnie.

Ultimate X-Men – czy warto przeczytać?

Tytułem końca: czy warto sięgnąć po serię Ultimate X-Men? Jeśli jesteś fanem mutantów to obowiązkowo! Jeśli lubisz superhero, również zachęcam, ponieważ dostaniesz po prostu dobrą opowieść. Bez głupot logicznych i z ciekawymi postaciami, a czasem i o takie podstawy trudno przy okazji innych tytułów. Nie jest to oczywiście dzieło przełomowe, lecz po prostu bardzo dobre w swojej lidze. Jeśli jego odbiór nie jest frustrujący, pozwala zatopić się w zaprezentowanym świecie i zżyć z bohaterami to uważam, że warto. Oby tylko kontynuacja utrzymała ten poziom, lub wzbiła całość jeszcze wyżej, bo bez wątpienia zaliczyliśmy fantastyczny początek.

Tymczasem zapraszam wszystkich do dalszego śledzenia naszej Leniwej gałęzi popkulturowej, bo wciąż się rozwijamy. Facebook, Instagram, Youtube, Spotify, jesteśmy wszędzie! Niedługo będziemy nawet w Twojej lodówce, dlatego walnij nam jakiegoś kciuczka, czy serducho gdzie tylko możesz! Dzięki temu niczego nie przegapisz! Obiecuje!

Subscribe
Powiadom o 
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Krzysiek
Jestem przesiąknięty popkulturą do szpiku kości. Wychowany na klasycznych Xmenach z Fox Kids i na Lidze sprawiedliwości z Cartoon Network, wciąż nie wyrosłem z trykociarstwa. Objawy nerdozy z czasem tylko się pogłębiły, czego efektem jest obecna miłość do amerykańsko - europejskich komiksów. Ponadto możecie mnie spotkać w wielu grach MMO, które odkrywam przy dźwiękach black metalu, rapu albo chillhopu. Kocham zwierzątka, nienawidzę ignorancji. Miło, że wpadłaś/eś na naszą stronę. Czuj się jak u siebie 🙂
- Advertisment -