Strona głównaMangiSkamieniałe sny | Recenzja | Mangowe początki Satoshiego Kona

Skamieniałe sny | Recenzja | Mangowe początki Satoshiego Kona

Jeśli śledzicie moje recenzje od początku, na pewno wiecie, że jestem fanką twórczości Satoshiego Kona – japońskiego reżysera i animatora znanego głównie z filmów „Paprika” i „Perfect blue”. O tym, że nieżyjący artysta był również mangaką, dowiedziałam się dwa lata temu, gdy w ręce wpadł mi jego „Opus”. To właśnie temu dziełu poświęciłam swój pierwszy artykuł dla Leniwej Popkultury. Historia rysownika wciągniętego do własnego komiksu przekonała mnie, że Kon radził sobie świetnie nie tylko w dziedzinie animacji. Kiedy więc doszły mnie słuchy, że wydawnictwo Waneko wydało zbiór mangowych opowiadań tego twórcy, koniecznie chciałam go mieć. Myślałam, że wiem, co mnie czeka – w końcu poznałam już Kona zarówno od filmowej, jak i komiksowej strony. Tymczasem antologia „Skamieniałe sny okazała się znacząco odbiegać od moich oczekiwań…

Galeria rozmaitości

Pierwszą rzeczą, która mnie zaskoczyła, był realizm większości opowieści. Spora część tych historii wypada bardzo przyziemnie na tle innych dzieł Kona. Zamiast odjechanych wizji i emocjonalnego wycisku, z których słynie reżyser, dostajemy zaskakująco wiele niezbyt skomplikowanych, głównie obyczajowych opowiadań. Obracają się one wokół relacji międzyludzkich w parach i grupach, konfliktów licealistów czy… gry w bejsbol. Owszem, zdarzają się też wątki raczej niecodzienne, jak na przykład porwanie dziecka czy pościg za pędzącą na szpitalnym łóżku staruszką, jednak to wciąż przygody osadzone w bardzo realistycznej konwencji. Osoby zachęcone fantazyjną okładką i opisem obiecującym wszystko, co znajdziemy w późniejszych animacjach Kona, mogą się zatem trochę rozczarować.

Czytelnikom nie grozi za to monotonia, bo gatunki i tematyka poszczególnych historii są bardzo zróżnicowane. Oprócz wspomnianego już obyczaju mamy tu też np. futurystyczną dystopię, opowieść o duchach czy przygodę samurajów. Dzięki temu możemy poznać autora z różnych stron, a nie tylko jako twórcę onirycznych animacji. Przy okazji zwiedzamy różnorodne miejsca: Japonię lat 80., Japonię odległej przeszłości oraz postapokaliptyczną Japonię przyszłości. Każda z piętnastu opowieści Kona jest inna; kończąc jedną z nich, nie sposób przewidzieć, o czym będzie następna.

Naturalne postaci i dialogi

Siłą opowiadań ze zbioru „Skamieniałe sny” jest naturalność sportretowanych ludzi. Niezależnie od przyjętej konwencji bohaterowie wyglądają i zachowują się jak… zwykli ludzie. Kreska jest co prawda mangowa, ale realistyczna, nie idzie w stronę fantastyki ani karykatury. Daleko jej do ówczesnych (i współczesnych) trendów w mainstreamowej mandze, gdzie roi się od postaci z wielkimi oczami i bujnymi fryzurami w nietypowych kolorach. Bohaterowie Kona są po prostu normalni: ani brzydcy, ani przesadnie atrakcyjni, ale sympatyczni. Bardzo przyjemnie patrzy mi się na ten design, zwłaszcza w przypadku twarzy kobiet i dzieci; ten charakterystyczny styl znajdziemy też w późniejszych animacjach Kona. Równie dobrze artysta radzi sobie z obrazowaniem ekspresji twarzy i dynamiki scen akcji. Graficzne wykształcenie na pewno mu w tym pomogło.

Podoba mi się też, jak autentycznie wypadają relacje i dialogi między postaciami. Nie wiem, w jakim stopniu to zasługa autora, a w jakim tłumaczki, niemniej jednak finalny efekt jest bardzo dobry. Język nastolatków brzmi jak język nastolatków, padają w nim kolokwializmy i lekkie wulgaryzmy, które na szczęście nie wywołują zażenowania. Z kolei samurajowie rozmawiają ze sobą nieco bardziej oficjalnie, ale bez zbędnego patosu czy sztuczności. Nikt też nie podejmuje idiotycznych decyzji, ludzie działają raczej zdroworozsądkowo i przewidywalnie; tak, jak na ich miejscu zachowałby się ktokolwiek inny. Są zwyczajnie ludzcy, tak jak my – z tą różnicą, że zdarza im się niechcący porwać dziecko albo uciekać przed mafią na rowerze.

Uciekająca babcia, wszędobylskie duchy i samotny Mikołaj

Różnorodność zebranych historii oznacza niestety także, że nie wszystkie są równie dobre. Tych, które naprawdę mnie wciągnęły, przejęły lub rozbawiły, nie było wcale aż tak dużo. Często po dotarciu na ostatnią stronę danego opowiadania czułam niedosyt albo wręcz niezrozumienie istoty tego, co właśnie przeczytałam. Wniosek? Albo nie jestem wystarczająco wyrobionym odbiorcą, albo „Skamieniałe sny” to rzeczywiście raczej przeciętne opowiastki.

Wśród utworów, które najbardziej przypadły mi do gustu, znalazły się te z rodziną w roli głównej. Jednym z nich jest uroczo absurdalna komedia „W stronę słońca”. Opowiada ona o pewnym małżeństwie, które ucieka od odpowiedzialności – to jest odebrania babci ze szpitala. Państwo Murakami wraz z córkami udają się bowiem na wakacje i nie chcą zajmować się staruszką. Ta jednak mimowolnie podąża ich śladem, powodując po drodze masę wypadków drogowych i innych kuriozalnych zdarzeń.

W podobne kłopoty pakuje się rodzina Otsukich z opowiadania „Goście”. Nowi mieszkańcy nawiedzonego przez duchy domu żyją tak, jakby problemu nie było i zabraniają o nim mówić dzieciom. To jednak nie sprawia, że nieproszeni goście znikają; wręcz przeciwnie, polityka milczenia doprowadza do niebezpiecznej sytuacji, a rodzinę zmusza do zmiany postawy. Obie te historie – oprócz tego, że są lekkie, zabawne i sprawnie napisane – niosą ważny przekaz: problemy i zobowiązania, od których próbujemy uciekać, w końcu i tak nas dopadną. Dlatego lepiej zająć się nimi od razu, zanim urosną tak bardzo, że zmiażdżą nas swoim ciężarem.

Ostatnią rodzinną opowieścią z tego zbioru, która szczególnie do mnie przemówiła, jest „Joyful bell”. Historia samotnego faceta w stroju Świętego Mikołaja oraz dziewczynki, która prosi go o tatę, absolutnie nie zaskoczyła mnie finałem, ale i tak rozgrzała serducho. Może i jest baśniowa, uproszczona i przewidywalna, ale dostarczyła mi wielu pozytywnych emocji oraz prawdziwie świątecznego klimatu.

Mangowe mauzoleum

„Skamieniałe sny” są nie tylko zbiorem komiksów. Oprócz nich w środku znajdziemy też inne ślady Satoshiego Kona. Poznamy jego biografię, zobaczymy ulubiony kamień autora, przeczytamy wywiad z jego współpracownikiem oraz epitafium od redakcji Young Magazine – pisma, z którego pochodzi większość opowiadań. Przekonamy się także, jak wyglądał niepublikowany dotąd debiut konkursowy Kona (bardzo dobrzy „Uwięzieni” z 1984 roku) oraz jak styl mangaki ewoluował na przestrzeni lat; opowiadania są bowiem prezentowane w kolejności chronologicznej (z jednym wyjątkiem).

Patrząc na układ i zawartość „Skamieniałych snów”, odnoszę wrażenie, że stanowią one swoiste mauzoleum albo muzealną ekspozycja poświęconą nieżyjącemu artyście. To publikacja, która przybliża nam jego wczesną twórczość, osobowość i podejście do sztuki. Nie jest to wybór najlepszych dzieł mangaki, a raczej przegląd pewnego wycinka jego twórczości, surowe świadectwo życia i pracy. I w taki właśnie sposób radzę każdemu podejść do tej antologii: bardziej niż niesamowitych snów spodziewajcie się graficznych skamielin z epoki Satoshiego Kona.

PODSUMOWANIE

Wydanie: 2021
Tytuł oryginalny: Zentanpen
Autor: Satoshi Kon
Wydawnictwo: Waneko
Tłumacz: Ewa Wachol
Typ oprawy: miękka
Liczba stron: 400
Data premiery: 30.04.2021
Subscribe
Powiadom o 
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Iva
W redakcji od marca 2019. Miłość do popkultury towarzyszyła jej od zawsze: jako dziecko zbierała Pokemony, w gimnazjum zaczytywała się w "Wiedźminie", a niedługo później, za sprawą Alana Moore'a, odkryła na nowo świat komiksu. Ponieważ Kaer Morhen było poza jej zasięgiem, wybrała studia psychologiczne i publicystykę - dziś wojuje piórem zamiast mieczem. W wolnych chwilach chłonie wszystko, co da się przeczytać lub obejrzeć: mangi, komiksy, powieści science-fiction i fantasy, seriale aktorskie i anime. Grywa też w niezależne produkcje wygrzebane z dna Steama. Lubi zanurzać się w dystopijne światy pełne czarnego humoru, filozoficznych pytań oraz aktualnych problemów społecznych. Poza pochłanianiem kultury oraz pisaniem o niej tworzy opowiadania i wiersze, walczy z deadline'ami i je stanowczo zbyt dużo czekolady.
- Advertisment -