Adaptacja anime z prawdziwymi aktorami kiedyś może wyjdzie świetnie. Recenzja Bleach na Netflix

Na platformę streamingową Netflix trafiła właśnie aktorska adaptacja mangi Tite Kubo – Bleach. I prawdę powiedziawszy, od chwili gdy zobaczyłem zwiastun, to czekałem z niecierpliwością, aby móc zabrać się za seans. Nie z powodu zachwytu nad przedstawionymi tam scenami… o nie! Ten film zapowiadał się absolutnie fatalnie, czytaj: kolejna próba zremikowania znanych oraz kojarzonych motywów z oryginału i upchnięcie ich w dziewięćdziesięciominutowy seans. Podobny los spotkał m.in. Fullmetal Alchemist, ale z szacunku do materiału źródłowego nawet nie próbowałem tamtego potworka odpalać. Przy Bleach też mam pewien sentyment, ale ten trochę ostygł. W swoich ostatnich przedśmiertnych podrygach na łamach Weekly Shounen Jump, Bleach tak mnie okropnie wręcz zmęczył i wynudził, że w tym przypadku już żadnych skrupułów nie mam, by obejrzeć i obśmiać.

Nie pozostaje mi w takim razie nic innego niż zaprosić wszystkich do lektury.

Aha – jedna sprawa: ten tekst to będzie jeden wielki spoiler. Najlepiej czytać go albo po obejrzeniu filmu (co raczej odradzam) lub jako ciekawostkę znając materiał źródłowy.

 

Too long, didn’t read

Podstawowym pytaniem pewnie każdego sięgającego po ten tekst jest to, czy warto w ogóle zabierać się za aktorską adaptację mangi Bleach. Odpowiedź na nie jest banalnie prosta – absolutnie odradzam sięgnięcie po nią. Nawet jeżeli tak jak teraz jest dostępna na wyciągnięcie ręki poprzez uprzejmość platformy Netflix. Pada bowiem on ofiarą tej samej choroby, co pozostałe tego typu próby przeniesienia historii rozpisanej na kilkadziesiąt zeszytów w seans mający trwać zaledwie około minut dziewięćdziesiąt. Jeżeli myślicie, że: „przecież biorą się za to Japończycy – oni znają pierwowzór oraz są usposobieni kulturowo, aby dobrze go zrozumieć”, to grubo się mylicie. Powiem wam w sekrecie, że poziomem wykonania większości tego typu prób (tak z 99%), niestety bliżej do zachodniego Dragon Ball Ewolucja, niż… hmm, chyba jedynym pozytywnym przykładem, jaki przychodzi mi teraz do głowy, jest Edge of Tomorrow na czele z Tomaszem Rejsem i towarzyszącą mu Emilią Tępą. W adaptacji, a właściwie w filmie opartym o motywy light-noveli oraz mangi „All You Need is Kill” – całkiem zgrabnie przenieśli realia na język zachodniego block-bustera. A, no i nie zapominajmy o fenomenalnym Old Boyu, chociaż wersję amerykańską lepiej przemilczmy i zostawmy w pamięci jego południowokoreańską, kultową już adaptację.

Bleach jak wspominałem, odstępstwem od reguły nie jest. Autorzy filmu zrobili w sumie wszystko to, czego się po nich spodziewałem. Pobrali więc część scen z oryginału, które są rozpoznawalne i ciepło wspominane przez fandom, próbując jakoś je ze sobą powiązać. Co z tego, że część z nich dzieliło nawet sześćdziesiąt rozdziałów – ważniejsze jest połechtanie tego typu fanservicem fanów. Nie mam pojęcia, dlaczego ktokolwiek wychodzi z założenia, iż wystarczy przenieść pewne sceny i już widownia będzie sikać pod siebie z ekscytacji w oczekiwaniu na seans. No więc, Panowie kochani, to tak wcale nie działa. Szczególnie gdy w podczas przeszczepu z kart komiksu do języka filmu, po drodze kastruje się dane dzieło z niemal wszystkiego, co stanowiło o jego sile. Zaznaczam, że nie miałem wcale dużych oczekiwań – jeżeli ktoś już nie raz się przejechał na czymś, przy kolejnych raczej nie myśli, że cokolwiek może się zmienić. Podszedłem raczej z ciekawością, jak bardzo udało im się wszystko zepsuć.

Po lewej Dragon Ball: Evolution, po prawej Oldboy

Nie chcąc już się specjalnie rozpisywać, bo wszelkie dokładne analizy i wylewane żale uczyniłem w długim tekście poniżej, tutaj chciałbym tylko pokrótce przedstawić, co mnie zabolało. Możecie, to potraktować jako bardzo zwięzłą recenzję.

Po pierwsze: chyba najgorszym elementem filmu byli jego bohaterowie. Coś, co mnie trzymało przy mandze, nawet gdy zaczęła mocno przynudzać – tutaj położono naprawdę spektakularnie. W praktyce żaden z nich nie przypomina swojego odpowiednika z mangi: Ichigo z pewnego siebie, nieco szelmowskiego i walecznego kolesia, tutaj przez trzy czwarte czasu ekranowego na przemian jęczy oraz narzeka. Dodatkowo kompletnie nic nie potrafi – takiej łamagi za bohatera filmu akcji dawno nie widziałem, w ogóle po seansie dziwię się, że w ogóle dożył do piętnastych urodzin, bo mam wrażenie, że zasznurowanie butów mogłoby go przerosnąć. Praktycznie przez większość seansu nie robi nic spektakularnego, ba nawet nie jest blisko podjęcia równej walki z jakimkolwiek przeciwnikiem. Koniec końców zostaje mu tylko użalanie się nad sobą. Drugi główny bohater – Rukia, także nie obeszła się bez szwanku. Ją pozbawiono niemal kompletnie jakiegokolwiek charakteru. Tam, gdzie była silną babką, z ciekawością nieznanego dla niej świata oraz pewną wrodzoną wesołością — adaptacja nic z tego nie przeniosła. Zamiast tego mamy smętną i sztywną jak dębowy pień kukłę. Pozostała część bohaterów natomiast to już zasadniczo tylko i wyłącznie wypełnienie tła, którego w ogóle mogłoby właściwie nie być, bo za nic nie odpowiadają, nie odgrywają żadnej roli i ostatecznie nie mają na nic wpływu. Ot, takie manekiny, żeby nie było za pusto na obrazku.

Po drugie: film jest cholernie wręcz nudny. Do jakiejś siedemdziesiątej, może osiemdziesiątej minuty akcji łącznie była jedna, bądź dwie. Reszta to opowieść o tym, jak bohaterowie gdzieś są i prowadzą pozbawione znaczenia dialogi. Żeby jeszcze one same w sobie były ciekawe, ale tak niestety nie jest. Niczego nie mówią nam o postaciach, nie budują ich charakterów, nie pozwalają im być po prostu sobą i wejść w interakcje. Zamiast tego bohaterowie do siebie przemawiają masą pustych frazesów lub tekstami żywcem wyjętymi z najgorszych komiksowych adaptacji pokroju filmowego Daredevila, czy innych Elektr i Bóg jeden wie, jeszcze czego tam Hollywood nie próbowało nam sprzedać. Chociaż jest tutaj nawet gorzej, bo tam przynajmniej był jakiś fun-factor, a w Bleachu człowiek chce sobie na miejscu podciąć żyły lub powiesić się na klamce, byleby zagłuszyć ból słuchania bzdur w nim wygłaszanych. Sceny akcji? Zwariowaliście, chcecie oczekiwać scen akcji po filmie opartym o mangę, gdzie bohater 70% czasu spędza na sieczeniu poczwar? Lepiej popatrzcie na ten jakże interesujący dramat bohaterów. Normalnie „Cierpienia młodego Wertera” się nie umywają.

Po trzecie: już w sumie o tym wspominałem, ale film wygląda po prostu brzydko. I nie mówię tutaj o CGI, ale ogólnie: sposób oświetlenia scen, ruch kamery i zdjęcia etc. cały techniczny warsztat. Wszystko wygląda płasko, bez życia – jak na obrazku. Ja rozumiem, że jest to historia opowiadająca o walce dobrych duszków ze złymi, ale bez przesady, film nie musi przypominać niemrawego, bladego trupa. Wystarczy spojrzeć np. na scenę na dachu szkoły, czy w domu Kurosakich. W tej pierwszej mamy długie, bezcelowe statyczne ujęcie obejmujące stojących naprzeciw siebie bohaterów, którzy rozmawiają. Na ekranie dosłownie nic, a nic się nie dzieje. W drugiej mamy powolne, bezcelowe najazdy na fragmenty kadru, które zdają się ciągnąć nieskończoność. I tak przez cały film, do ślamazarności scenariusza dochodzi jeszcze kompletny brak kompetencji osób odpowiedzialnych za zdjęcia, operatorkę i montaż. Technicznie od strony dźwiękowej – meh. Właściwie ani nic mi nie przeszkadzało, ani nie powodowało, żebym czuł się nieswojo. Ot, taki bezpieczny standard. Od strony muzycznej było parę przyzwoitych utworów, ale muzyko używano tak oszczędnie, że generalnie koniec końców nic a nic mi nie utkwiło w głowie, by nucić po seansie.

Niewiele dobrego mogę powiedzieć również o kreacjach, bo właściwie nikt nie miał się w czym tutaj wykazać. Choć paru aktorów dobrano w całkiem przyzwoity sposób i oni sami również próbowali coś z roli wycisnąć, jak np. Byakuya mógłby uchodzić spokojnie za kogoś darzonego respektem. Większość z nich jednak kompletnie nie odnajdywała się w przeznaczonych im rolach. Prym tutaj wiodła osoba wcielająca się w postać Ishidy Uryuu – aktor wyglądał na kompletnie zagubionego na planie i zupełnie nierozumiejącego kogo ma grać ani co robić. Para głównych bohaterów, z naciskiem na Ichigo, mogłaby się nawet sprawdzić, o ile dano by im na to szansę lepszym scenariuszem, czy dialogami. Przy tym, co mieli grać… no nawet topka Hollywoodzkich gwiazd miałaby problem pokazaniem swoich umiejętności.

Koniec końców to po prostu kolejna marna i niesamowicie usypiająca próba zarobienia na wciąż jeszcze ciepłej marce. Po scenie otwierającej liczyłem na chociaż guilty pleasure, ale wyszedł z tego po prostu zły film. Nie zły, że aż dobry, tylko zwyczajna marna adaptacja. Bez polotu, bez pomysłu na siebie. Ludzie za nią odpowiedzialni bali się zrobić coś swojego na istniejącym fundamencie i idąc linią najmniejszego oporu… pozwólcie, że zacytuję tutaj klasyka… upadli i sobie głupi ryj rozwalili. Ten film jest właściwie dla nikogo: nowi widzowie poczują się zagubieni i zdezorientowani, a fanom Bleach’a raczej udzieli się tylko frustracja z podjętych przez twórców decyzji. Zdecydowanie dziewięćdziesiąt minut seansu można przeznaczyć równie dobrze na gapienie się, jak schnie farba – rozrywkowo myślę, że i tak będzie ta czynność stać poziom wyżej niż ta adaptacja.

Więcej szczegółów na kolejnych stronach.

Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
oceniany
najnowszy najstarszy
Inline Feedbacks
View all comments
Iza
Iza
1 miesiąc temu

Jest wyjątek od tej reguły 3 częściowa saga Ruroni Kenshin 🙂