Strona głównaFilmy„Mortal Kombat” (2021) | Recenzja | Czy dostaliśmy udany reboot?

„Mortal Kombat” (2021) | Recenzja | Czy dostaliśmy udany reboot?

Napisanie czegokolwiek o najnowszym filmie z uniwersum „Mortal Kombat” jest równie trudne co wykonanie z pamięci ikonicznego Fatality w jego growym protoplaście. Produkcja z jednej strony reklamowana jako kolejny okręt flagowy HBO Max i koherentny popcorniak z potencjałem na rozkręcenie nowej franczyzy. Z drugiej będąca reżyserskim debiutem wcześniej odpowiedzialnego jedynie za kręcenie reklam Simona McQuoida. Do tego zrealizowana za marne (jak na dzisiejsze standardy kina akcji) 55 milionów dolarów… Wyłożonych z resztą w sporej części przez australijski rząd.

Tak naprawdę wspomniane Fatality najlepiej opisuje tegorocznego potworka Warner Bros, bo jest on po prostu… fatalny!

Tak zły, że aż dobry?

No dobrze, „fatalny” to może za mocne słowo, bo w gruncie rzeczy nowy „Mortal Kombat” nie jest jakiś bardzo zły, a jedynie… nierówny. Cieszące oko sceny akcji oraz dający się lubić bohaterowie mieszają się tutaj z mizernym aktorstwem, leniwym scenopisarstwem czy kompletnie niewykorzystanym światem przedstawionym. W zależności jednak jak do niego podejdziemy, tegoroczny „Mortal Kombat” może sprawić nam masę odmóżdżającej rozrywki… lub wręcz przeciwnie! Wywołać chęć punktowania każdej kolejnej sceny i powrotu do kultowej adaptacji Paula W. S. Andersona (o której jakiś czas temu pisała moja koleżanka Gaya). A jak ja do niego podszedłem? Czy Kombat taki straszny, jak go malują?

Siła tkwi w fabule

Wszyscy się chyba zgodzimy, że ostatnie odsłony „Śmiertelnej Walki” są grami co najmniej dobrymi. Piekielnie dynamiczny, jak i satysfakcjonujący gameplay, cudowna oprawa graficzna oraz masa różnorodnych, charakterystycznych bohaterów. Dlaczego jednak, pomimo wychodzenia kolejnych Tekkenów czy Street Fighterów, to właśnie produkcja studia NetherRealm jest hegemonem jeśli chodzi o cyfrowe bijatyki? Już spieszę z odpowiedzią! Świat przedstawiony oraz rozgrywające się w nim historie. Najnowsze części tego trwającego już prawie 30 lat cyklu dały nam nie tylko mistrzowsko zrealizowane mordobicia. Dostarczyły również trzymającą poziom fabułę, w której uświadczymy zarówno wypchanych patosem dialogów, jak i epickich pojedynków. Nie zabrakło też rozważań na temat rodzicielstwa, czy presji przechodzącej na kolejne pokolenie „Kombatantów”, oblane pociesznymi żarcikami i masą dystansu. Wszystko to w niesamowicie barwnym uniwersum pełnym magów, ninja i cyborgów. Czego chcieć więcej?

Jak więc na tym tle wypada fabuła filmowego rebootu? Bardzo nijako, żeby nie powiedzieć rozczarowująco. W produkcji tej śledzimy losy niejako Cole’a Younga, utalentowanego zawodnika MMA, który okazuje się być jednym z wybrańców zobligowanych do walki na ikonicznym już turnieju „Mortal Kombat”. Okazuje się jednak, iż zły czarnoksiężnik, Shung Tsung, nie ma zamiaru walczyć fair. Nasz protagonista wraz z innymi (bardzo dobrze kojarzonymi przez każdego fana growej serii) Ziemskimi wojownikami musi więc nie tylko odkryć swoje moce, ale również nie dopuścić do nieczystej wygranej Zaświatów.

Gdzie dwóch źle pisze… tam nikt nie korzysta

Pomimo niezbyt skomplikowanego głównego wątku, całość w wielu miejscach niemiłosiernie kuleje. Moim zdaniem wynika to z „przedobrzenia” scenarzystów. Panowie Oren Uziel oraz Greg Russo chcieli mieć ciastko i zjeść ciastko. Z jednej strony w wielu miejscach nawiązując do znanych fanom postaci, wydarzeń czy lokacji. Z drugiej nieudolnie próbując zredefiniować świat „Mortala” i dopisać do niego coś autorskiego. Skończyło się więc tym, że fabuła jest nieangażująca oraz nielogiczna, a nieobeznany z growym lore widz może czuć się cholernie zagubiony. Jest wręcz od początku bombardowany jest nazwami lub miejscówkami, które według twórców powinien znać. Kim jest czarnoksiężnik? Powinieneś pamiętać. Dlaczego Sub-Zero i Scorpion się nie lubią? Przecież to każdy wie. A ten most? Ten most musisz kojarzyć, w końcu grałeś w gierki.

Mocno rozczarowują również wszystkie scenopisarskie fikołki i klisze, których tutaj od groma. Na czele stoi znienawidzoną chyba przez wszystkich Deus Ex Machina. Jak podczas seansu sztuczki te działały, tak po nim, kiedy zaczynamy rozkładać produkcję na czynniki pierwsze, robi się coraz gorzej. Najbardziej szkoda jednak postaci, które w wielu przypadkach miały potencjał, jednak przez leniwe scenopisarstwo skończyły jako pocieszne avatary.

Choose Your Fighter

A no właśnie, postacie. Moim zdaniem obok muzyki czy scen walki są one najlepszym elementem najnowszego filmu Warnera. Nie wiem, czy był to celowy zabieg, ale twórcom udało się wykreować dosyć płytkie, acz w większości charakterne persony. Ilość cheesu wrzucona w bohaterów sprawiła, że nie tylko praktycznie od samego początku z nimi sympatyzowałem, ale również jakoś tak prościej pochłaniało mi się tę absurdalną fabułę. Najbardziej urzekł mnie Liu Kang sportretowany jako stereotypowy mnich o czystym sercu i niezachwianym umyśle oraz diabelsko przaśny, rzucający one-liner w co drugim zdaniu, Kano. Ależ Josh Lawson musiał bawić się na planie!

Bardzo zawiódł mnie natomiast nasz główny bohater. Lewis Tan odgrywający Cole’a wypadł stosunkowo słabo, do tego jego postać na tle reszty była po prostu nudna. Parę dni po seansie nie jestem w stanie powiedzieć o nim praktycznie nic. Ot, szwendał się wraz z resztą bohaterów, miał jakąś tam relacje z Sonyą czy córką, trochę powalczył i to tyle. Przez większość czasu służył jednak jako śmietnik na ekspozycję, co momentami robiło się wręcz karykaturalnie śmieszne.

Scorpion czy Sub-Zero?

Jak wątek protagonisty był bez wyrazu i nie wzbudził większych emocji (a wręcz usypiał), tak przedstawienie naszych dwóch najbardziej ikonicznych wojowników marki cholernie mnie zbulwersowało. Mowa oczywiście o Scorpionie oraz Sub-Zero. Nie dość, że ich konflikt wypada co najmniej mizernie na tle tego zarysowanego w grach — panowie nie lubią siebie oraz swoich klanów, w sumie nie wiadomo dlaczego – to jeszcze są kiepsko napisani i umotywowani. Hiroyukiego Sanady w roli Scorpiona można jeszcze bronić, na początku ma parę fajnych emocjonalnych scen, a następnie jest tym cool demonem zemsty, czającym się w cieniu. Z kolei Sub-Zero to kompletna porażka. Zły podwładny antagonisty, którego jedyną cechą oraz celem jest… bycie złym. Żenada. Szczerze mówiąc jedynym plusem ich występów, jest to, że za każdym razem, gdy się pojawiają, niosą za sobą pierwszorzędne sceny akcji!

Kino (s)kopane

Bo naparzanki w tegorocznym „Mortal Kombat” są naprawdę miodne. Bardzo bałem się o ten element, wiedząc, że gdyby on nie dowiózł, cała reszta filmu również skazana byłaby na porażkę. Na szczęście w tym aspekcie pan McQuiod oraz jego ekipa, pozytywnie mnie zaskoczyli. Już od pierwszych scen twórcy raczą nas cudownym połączeniem pomysłowej choreografii, zgrabnej pracy kamery oraz satysfakcjonująco bryzgającej juchy. Widać, że reżyser wcześniej pracował przy reklamach, ponieważ ujęcia pomimo swej dynamiki nie tracą na czytelności. Mimo że późniejsze walki wypadają nieco gorzej, tak autorom najnowszego „Mortala” na pewno nie można odjąć kreatywności oraz serducha włożonego w ten projekt. Pojedynek Sonyi z Kano czy finałowa potyczka na zamrożonej hali sportowej są scenami, które zapadną w pamięć.

Szkoda z kolei całej reszty produkcji, która wygląda, jakby była kręcona przez szwendającego się po planie statystę. Mimo posiadania niezłego oka do scen akcji nasz australijski reżyser musi się jeszcze wiele nauczyć. Kompozycja kadrów jest co najwyżej poprawna. Tempa tutaj ze świecą szukać, a w montażowni komuś się ewidentnie przysnęło, bo co druga scena jest dziwnie przeciągnięta. Do tego wiele ujęć czy dialogów, które w teorii miały pokazać nam bardziej ludzką stronę bohaterów, przez dziwne zbliżenia oraz ustawienia kamery, wypada niesłychanie sztywno. I te rozmowy w pustych korytarzach – aż miałem flashbacki do prequeli Star Wars!

„Mortal Kombat” (2021). Czy warto obejrzeć?

Reasumując, najnowsza produkcja Warner Bros to swoisty wehikuł czasu. Bzdurna fabuła, tekturowe postacie czy żenujące dialogi rekompensowane są przez niezłe efekty specjalne oraz porządne sceny akcji, a wszystko to urzekająco tanie i kiczowate. Jednym słowem lata 90. jak się patrzy! Muszę jednak powiedzieć, że osobiście podczas oglądania bawiłem się przewybornie! Czy więc polecam? I tak i nie. „Mortal Kombat” to jeden z tych filmów, którego wady zauważamy dopiero po wyłączeniu telewizora i przeanalizowaniu wszystkiego na chłodno. Sądzę więc, że jeśli podejdzie się do niego bez żadnych oczekiwań oraz z nastawieniem na czystą rozrywkę, to seans powinien nas nie zawieźć. A o jakości tego uroczego potworka będziecie mogli przekonać się sami, już za paręnaście dni. Kina wracają, kochani!

Swoją opinię o filmie możecie zostawić na naszej grupie – Popkulturowe Leniwce!

I tym pozytywnym akcentem kończymy. Pozostaje mi tylko życzyć zdrowia, szczęścia podczas międzywymiarowych turniejów na śmierć i życie oraz owocnych seansów – powtarzam, kina otwarte! Trzymajcie się i do następnego!

1 KOMENTARZ

Subscribe
Powiadom o 
guest
1 Komentarz
oceniany
najnowszy najstarszy
Inline Feedbacks
View all comments
Sał Ata
Sał Ata
4 miesięcy temu

Dla mnie fatalny to odpowiednie słowo, wynudziłem się koszmarnie, montaż psuł każdą scenę walki prawie, żadnej postaci nie polubiłem. Drugi najgorszy film roku imo

Patryk "Norn" Buchta
Z tej strony wielki fan kina jak i szeroko rozumianej popkultury! Staram się oglądać wszystko od niezależnych, kameralnych dramatów po wielkie blockbusterowe widowiska. Najbliżej mojego serduszka są jednak filmy grozy, superbohaterszczyzna oraz Gwiezdne Wojny. Poza oglądaniem sporo też gram, czytam czy podcastuję. Prywatnie lubię pokopać w piłkę, porzucać do kosza i najpierw wsypywać płatki a później dolewać mleka. Ulubiony dinozaur? Zdecydowanie Giganotozaur.
- Advertisment -