Strona głównaFilmyMortal Kombat 1995: najlepsza ekranizacja gry? | Próba czasu

Mortal Kombat 1995: najlepsza ekranizacja gry? | Próba czasu

Żeby w ogóle pisać o pierwszym spotkaniu z filmem Mortal Kombat, najpierw trzeba wspomnieć o grze pod tym samym tytułem. Stworzona przez Eda Boona i Johna Tobiasa bijatyka pojawiła się na rynku w 1992 roku, od razu zwracając uwagę graczy grafiką i poziomem brutalności. Fabuła tylko szczątkowo zarysowywała dlaczego bohaterowie przystąpili do śmiertelnego turnieju. Czarnoksiężnik Shang Tsung, przy pomocy przerażającego Goro, dążył do zapanowania nad ludzkim światem. Nowe pokolenie wojowników musiało więc stawić czoła tej dwójce. Tylko tyle i aż tyle. W 1993 roku druga odsłona gry wprowadziła do rozgrywki nowe postacie.

Dwa lata później do kin trafił Mortal Kombat Paula W. S. Andersona (odpowiedzialnego również za serię Resident Evil). Choć film opierał się na pierwszej grze, pojawiały się w nim wybrane elementy z „dwójki”. W rolach głównych wystąpili Robin Shou (Liu Kang), Linden Ashby (Johnny Cage) oraz Bridgette Wilson (Sonya Blade). Partnerowali im Christopher Lambert (Rayden), Cary-Hiroyuki Tagawa (Shang Tsung), a także w mniejszych rolach: Talisa Soto, Trevor Goddard, Chris Casamassa i Tom Woodruff Jr. jako Goro.

Mortal Kombat, czyli dawno, dawno temu

Wspominam teraz zamierzchłe czasy, gdy grałam w Mortal Kombat 2 jeszcze na Amidze. Za oknem chodziły wtedy dinozaury, koło było dopiero w fazie testowania, a postaciami sterowało się przy pomocy joysticka. Przy nieodpowiedniej konfiguracji machnięć, trzeba było zmieniać dyskietkę. Pamiętam, że szczególnie wtedy, gdy „wymachało” się któreś fatality Jax’em. Moimi ulubionymi postaciami byli Liu Kang i Johnny Cage. Wyobraźcie więc sobie radość na twarzy małej dziewczynki, gdy wujek przyniósł jej na VHS-ie film Mortal Kombat, a tam głównymi bohaterami są właśnie ci dwaj!

Ten tytuł wspominam nostalgicznie. Trochę z rozpędu przywykłam też do powtarzania, że Mortal Kombat z 1995 roku to najlepsza ekranizacja gry. Chciałam zobaczyć Liu Kanga i Johnny’ego Cage’a. Byli. Piszczałam ze szczęścia, widząc na ekranie znane mi z gry ciosy, jak rowerowy kopniak czy też uderzenie „poniżej pasa”. Nie szukałam portretów psychologicznych postaci ani wielowątkowej fabuły, gdy Scorpion krzyczał: „Get over here!”, a bohaterowie okładali się po pyskach w znanych mi z grafik lokalizacjach.

Test your might

Mortal Kombat od tamtego czasu widziałam kilka razy. Oczy otwierały się na więcej elementów filmowych, jednak czynnik nostalgii nie malał. To prawdziwie film z lat dziewięćdziesiątych. Podejrzewam, że efekty specjalne zestarzały się, a całość będzie wyglądała kiczowato. Mimo wszystko ten kicz nie przeszkadzał mi wcześniej, bo pasował do całości. Tworzył atmosferę innego świata, zawieszając moje oczekiwania. Wiedziałam, że nie mam do czynienia z opowieścią osadzoną w mojej rzeczywistości. To mi nie było potrzebne, bo chciałam dobrze się bawić oglądając, jak ludzie i bogowie leją się po twarzach.

Z ręką na sercu, mam szczerą nadzieję, że się nie zawiodę. Zasiadam do ponownego oglądania Mortal Kombat.

Mortal Kombat: Próba czasu

Lata dziewięćdziesiąte poprzedniego wieku były zdecydowanie prostszymi czasami. To pierwszy wniosek, jaki nasuwa mi się po ponownym seansie Mortal Kombat. Film trwa półtorej godziny, więc nie traci czasu na ekspozycję fabuły czy bohaterów. Wszystko otrzymujemy w sposób przejrzysty i niepodważalny. Ot, garstka ludzi na przeciekającej łodzi musi uratować świat. Źli bohaterowie są źli. Z tym faktem dyskutować nie ma sensu. Dobrzy bohaterowie są dobrzy, ale mają swoje charakterki. Liu Kang, Sonya i Johnny Cage wprowadzeni zostają, każde pojedynczą sceną, po której ich profile psychologiczne nie wymagają głębszych rozważań. Momentami z ekranu wycieka spora ilość patosu, przyznaję. Nie dyskutuję z nią jednak, bo sprawa toczy się o ratowanie wszechświata!

Podobnie jak w przypadku gier, fabuła filmu to tylko pretekst do mordobicia. Mortal Kombat to propozycja toporna i bez subtelności. Wszystko jest podane na tacy, a drugiego dna próżno szukać. Efekty momentami przyprawiają o zgrzytanie zębami. Natomiast scenografia swoim plastikiem sprawia, że latexy Cardi B rumienią się ze wstydu. Nie przeszkadza mi to jednak ani na moment, bo gdy w kadr wchodzą np. Scorpion i Sub Zero – cieszę michę, jak podczas pierwszego oglądania.

Rzecz o walizkach

W trakcie seansu pojawiały się pytania, na które film nie planował odpowiadać. Zasady turnieju zależały akurat od momentu w fabule. Jak wygląda drabinka przydzielająca, kto z kim, po kim i kiedy walczy? Widocznie to nie było ważne. Kiedy z turnieju odpada Johnny? Nawet on się nie zainteresował. Dlaczego jedne pojedynki są w oficjalnej odsłonie, łącznie z widownią, a inne w zupełnym odosobnieniu? Nie zadawaj pytań! Jak Johnny Cage znalazł się w lesie, chwilę przed atakiem Scorpiona? Jak wyszedł z piekła zaraz po walce z rzeczonym ninją? W końcu, gdzie się podział gdy Liu Kang walczył z Reptilem? Mówiłam już, nie zadawaj pytań! Shang Tsung właśnie powiedział: „Finish him!”.

Odpowiedziano przynajmniej na jedno – skąd Cage miał ubrania na zmianę. Wątek walizek amerykańskiego aktora to jeden z najbardziej rozwiniętych w tym filmie.

Drugiego takiego jak on nie ma i nie będzie

Bez sprawdzania zaryzykuję stwierdzenie, że Mortal Kombat nie było nominowane do większych aktorskich nagród. Na wyróżnienie zasługuje jednak Christopher Lambert, który wniósł do filmu nie tylko kaliber swojego nazwiska. Jego Lord Rayden to elegancki, ale i nonszalancki bóg, pewny swojej mocy. Poważny, kiedy trzeba, oszczędny w słowach, a przy tym wszystkim niestroniący od żartów. Linden Ashby (Johnny Cage) przemyca na ekran dużo humoru (większość swoich one linerów zaimprowizował). Do tego zblazowaną gwiazdę hollywoodzkich filmów akcji zagrał w sposób zupełnie sympatyczny. Wszyscy jednak bledną przy Shang Tsungu. Cary-Hiroyuki Tagawa rolą w Mortal Kombat zaanektował postać mrocznego czarnoksiężnika po wsze czasy. Hołd jego wystąpieniu oddano również w grach.

Werdykt: Flawless victory…

… to to nie było. Obiektywnie Mortal Kombat zestarzał się niemożebnie. Możliwym jest też kontrowersyjne stwierdzenie, że nigdy dobrym filmem nie był. Osoby niezwiązane emocjonalnie z nim (i grami) pewnie nie zrozumieją estymy tytułu. Dla nich ten film będzie siermiężny w treści oraz wykonaniu. I ciężko się z tym kłócić. Nie mniej, ja tutaj pytam, czy Mortal Kombat z 1995 to wciąż najlepsza ekranizacja gry? Na to odpowiadam: jeszcze jak!

Z grą łączymy pewne emocje i to właśnie one powinny być przenoszone na ekran w przypadku filmowej adaptacji. Przed komputerem czy konsolą spędzamy długie godziny. Wracamy do pewnych gier dla rozrywki oraz uczuć, które w nas wywołują. Właśnie dlatego do tej pory mało która ekranizacja porwała osoby najbardziej nią zainteresowane – graczy. Twórcy powinni wreszcie zrozumieć, że na ekran przenieść trzeba nasze emocje i doświadczenia z grą, a nie samą fabułę. My ją przecież doskonale znamy.

Kano, Liu Kang, Rayden, Johnny Cage, Scorpion, Sub-Zero, Sonya, MORTAL KOMBAT!

Szczególnie w przypadku mordobić, gdzie treść to sprawa drugorzędna. Fajnie gdy jest, ale jako dodatek. Mortal Kombat Paula Andersona jest wypełniony elementami, które w niejednym graczu wywoływały dreszcze podniecenia. To rowerowy kopniak. To nasze ulubione fatality, nawet jeśli w PG13. Bohaterowie, którzy powtarzają takie kwestie, jak: „Finish him”, „Flawless victory” czy „Get over here”. Smaczki w postaci narratora losowo wypowiadającego „Reptile” tuż przed walką. Ale to też genialny muzyczny motyw przewodni całego filmu. Sam fakt, że zanim jeszcze cokolwiek zobaczymy na ekranie, nasze uszy zaatakuje Mortal Kombat (Techno Syndrome 7″) jest genialnym zabiegiem. Siadałam do oglądania z możliwie najchłodniejszą głową. Weszło „Test your might” Dostałam prawym sierpowym w podbródek, a genialny pomysł krytycznego oglądania Mortal Kombat wyleciał mi z głowy. Niewykorzystanie tej melodii w wersji z 2021 będzie błędem. A skoro już o niej – czekacie?

Jeśli jesteście fanami Mortal Kombat, lub jeśli jest film, który chcecie, żebym poddała próbie czasu – piszcie w komentarzach na stronie lub naszym fanpage’u. Do następnego razu!

Subscribe
Powiadom o 
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Kaśka "Gaya" Protasiewicz
Kaśka "Gaya" Protasiewicz
Najciekawsze zawsze kryje się w cieniu, dlatego interesuje mnie wszystko, co tajemnicze, niewyjaśnione i zagadkowe. Kryminały, thrillery, mitologie i teorie spiskowe. Jestem tam, gdzie autor zagląda w mroczne zakątki otaczającego nas świata oraz ludzkiego umysłu. Fanka kina koreańskiego i kdram. Specjalnie dla czytelników Leniwej Popkultury sprawdzam też, czy i jak zestarzały się znane i popularne filmy poprzedniego wieku.
- Advertisment -