Strona głównaFilmyMiłość na ekranie. 4 mity, w które każe nam wierzyć kino

Miłość na ekranie. 4 mity, w które każe nam wierzyć kino

Nieco ponad tydzień temu świętowaliśmy walentynki. Chcąc odpowiednio przygotować mnie na tę okoliczność, Internet podsuwał mi reklamy prezentów dla „drugiej połówki”, artykuły poradnikowe na temat udanych związków oraz propozycje filmów idealnych na 14 lutego. Sprowokowana tą sytuacją, postanowiłam, że mój kolejny tekst będzie o miłości – tej, którą oglądamy na ekranie w walentynki, a która niekoniecznie odzwierciedla rzeczywistość.

Analizując popularne motywy z klasycznych romansów, komedii i baśni, wybrałam kilka potencjalnie szkodliwych mitów dotyczących miłości. Omawiam je, odwołując się do różnych przykładów i wskazuję, jak filmowe fantazje mogą zniekształcać nasze postrzeganie romantycznych relacji.

Jesteście gotowi na brutalną prawdę i tylko prawdę o miłości? No, to jedziemy. Przed nami cztery fałszywe przekonania, które zasługują na publiczne obalenie, zanim rozwalą Wasze związki.

Mit 1: Miłość jest ślepa na różnice

Wiele filmów przekonuje nas, że prawdziwa miłość potrafi połączyć kompletnie niepasujące do siebie postaci. Nawet jeśli przyszłą parę dzielą rozmaite różnice, i tak się sobą zainteresują i mimo przeszkód będą razem. W świecie filmu syrenka-niemowa może zdobyć miłość ludzkiego księcia, nieokrzesana prostytutka zostaje żoną biznesmana-milionera, a wyszczekana feministka ulega urokowi szkolnego chuligana.

Tymczasem w życiu nie jest to wcale częsty scenariusz. Przede wszystkim działa tu raczej zasada „ciągnie swój do swego” niż „przeciwieństwa się przyciągają”. Ludzie mają tendencję do formowania bliskich relacji z osobami, które postrzegają jako podobne do siebie samych. Jeżeli partnerzy mają odmienne priorytety i poglądy w sprawach, które uważają za istotne, raczej nie stworzą trwałego i satysfakcjonującego związku.

Wygląd też ma znaczenie

Podobieństwo dotyczy także sfery fizycznej. Wbrew popularnemu przekonaniu miłość (tu rozumiana jako pociąg) nie jest aż tak ślepa i zwraca uwagę na wygląd. Według badań mamy tendencję do szukania partnerów raczej wśród tych ludzi, których rysy i poziom atrakcyjności fizycznej są zbliżone do naszego. Stwierdzono na przykład, że twarze osób tworzących związek są do siebie bardziej podobne niż te u osób niebędących parą, a im większe jest to podobieństwo, tym większa satysfakcja z małżeństwa.

Tak więc o ile w filmach znajdziemy sporo romantycznych duetów zbudowanych na zasadzie kontrastu, poza ekranem to bardziej wyjątek niż reguła. Związek osób ze skrajnie różnych światów w prawdziwym życiu nie będzie mieć raczej filmowego happy endu – zdanie się na siłę miłości nie usunie fundamentalnych różnic między partnerami. Może więc warto zdać sobie z tego sprawę, zanim wpakujemy się w układ, który nie ma szans na przetrwanie.

Mit 2: Miłość zmienia ludzi na lepsze

W wielu produkcjach, które koncentrują się na wątku romantycznym, dostajemy parę złożoną z typowego bad guy’a i dobrej dziewczyny (rzadko w odwrotnej konfiguracji). Między tą dwójką rodzi się uczucie, a pod jego wpływem nasz złoczyńca finalnie staje się lepszym człowiekiem. Morał? Miłość odpowiedniej osoby wystarczy, by zmienić toksycznego recydywistę w anioła. Trzeba go tylko mocno kochać i trwać przy nim bez względu na wszystko, aż jego wspaniałe, dobre wnętrze znajdzie drogę na zewnątrz.

Tak zrobiła między innymi Bella, bohaterka „Pięknej i Bestii”. W obu disnejowskich adaptacjach znanej baśni dziewczyna, w zamian za wolność swojego ojca, daje się uwięzić strasznemu Bestii. Podczas pobytu w jego zamku jest, delikatnie mówiąc, nie najlepiej traktowana – musi znosić zakazy, obelgi i ataki furii mężczyzny. Sama okazuje mu troskę i współczucie, wskutek czego potwór nieco mięknie. Z czasem między Piękną a Bestią zaczyna kiełkować uczucie, na tyle silne, że ostatecznie bohater poświęca życie za ukochaną. Od śmierci ratuje go wyznanie miłości Belli, które sprawia, że potwór przemienia się w przystojnego księcia. A potem, naturalnie, żyją długo i szczęśliwie.

Ratuj siebie, nie Bestię

W prawdziwym życiu lepiej jednak nie brać przykładu z Belli czy podobnych jej bohaterek. Przemocowi partnerzy z problemami nie staną się lepszymi ludźmi ot, tak, dzięki miłości „właściwej osoby”. Przekonanie, że jest inaczej, grozi utknięciem w toksycznym związku. Nawet jeśli ukochana osoba przeprasza i obiecuje poprawę, nie oznacza to, że tak się stanie. Często po okresie względnego spokoju i zaangażowania w relację sprawca przemocy na powrót staje się „bestią”. Zmiana zachowania takiego człowieka to nie zadanie dla jego partnerki lub partnera – ofiara regularnej przemocy powinna przede wszystkim zadbać o własne zdrowie i bezpieczeństwo. Jej oprawcy przyda się za to pomoc specjalisty, o ile ten w ogóle dostrzega problem i chce nad sobą pracować. Obecność „prawdziwej miłości” nie zmieni ugruntowanych przez lata wzorców ani nie zastąpi długotrwałej terapii.

Mit 3: W imię uczuć wolno naruszać granice

Potrzeba częstego kontaktu z najbliższą osobą, poznawania jej preferencji i uczestniczenia w jej życiu wydaje się czymś naturalnym. Co jednak w sytuacji, gdy druga strona nie odwzajemnia zainteresowania albo otwarcie prosi o zostawienie jej w spokoju? Rozsądny człowiek pewnie uszanowałby jej zdanie i zupełnie odpuścił albo przynajmniej złagodził stosowaną taktykę. Niestety, wielu filmowych amantów zdaje się nie rozumieć, że „nie” znaczy „nie”.

Chyba najlepszym tego przykładem jest film „365 dni”, omawiany jakiś czas temu przez moją redakcyjną koleżankę Gayę. Mamy w nim do czynienia z gangsterem porywającym kobietę, w której się zakochał. Wbrew jej woli przetrzymuje Laurę w swojej rezydencji, obiecując, że jeśli kobieta w ciągu roku się w nim nie zakocha, uwolni ją. Dodajmy jeszcze, że facet ma na jej punkcie prawdziwą obsesję, choć widział Laurę tylko raz w życiu, a w jego domu wisi jej ogromny portret. To wszystko ma, oczywiście, świadczyć o ogromie uczucia, jakie nim owładnęło.

Stalking to nie romantyczny gest

Jeśli ten przejaskrawiony, absurdalny przykład z naszego podwórka wydaje się Wam odosobnionym przypadkiem, popatrzmy na Hollywood. Weźmy na przykład takiego Hana Solo z „Gwiezdnych wojen”. Forma jego zalotów wobec Lei nie spotyka się wcale z jej entuzjastyczną reakcją. Bohater często wchodzi z księżniczką w bliski fizyczny kontakt mimo jej sprzeciwu, a prośby o respektowanie jej granic kwituje żartami lub zupełnie zbywa. Podobny problem ma bohater „Dnia świstaka” – odrzucony przez niezainteresowaną nim koleżankę z pracy, intensyfikuje tylko wysiłki dążące do jej uwiedzenia. Korzystając z faktu, że codziennie przeżywa ten sam dzień, śledzi kobietę i zbiera informacje na jej temat, nie widząc w tym niczego niestosownego.

Niczego niestosownego nie widzą w takim zachowaniu także twórcy tych i podobnych filmów. Coś, co w realnym świecie mogłoby zostać uznane za poważny nietakt lub nawet przestępstwo, pokazują jako romantyczny gest. Co niepokojące, bohaterowie stosujący takie podejście dostają za nie nagrodę – początkowo oporne kobiety w końcu lądują w ich ramionach. Stalking, porwania, molestowanie i inne formy nadużyć zostają usprawiedliwione ogromną miłością, jaką zakochany ma darzyć swoją wybrankę. To jednak całkowite przeciwieństwo prawdziwej miłości, która powinna opierać się na symetrycznej relacji i wzajemnym poszanowaniu swoich granic. Stosowanie takiej „strategii” w prawdziwym świecie nie tylko odstraszy (lub nawet straumatyzuje) nasz obiekt westchnień, ale też może się skończyć więzieniem.

Mit 4: Gdzie miłość, tam i (dobry) seks

Jakiś czas po słynnym pierwszym wejrzeniu, które wzbudza w bohaterach filmu gorące uczucie, dochodzi między nimi do fizycznego zbliżenia. Kochankowie lądują ze sobą w łóżku, po czym – zwykle nie zawracając sobie głowy antykoncepcją – szybko przechodzą do rzeczy. Następnie dostajemy sekwencję zmysłowych ujęć z klimatyczną muzyką w tle oraz satysfakcjonujący dla obu stron finał. Oczywiście, podczas takich scen nikt nic nie mówi, bo po co? Przecież język miłości nie potrzebuje tłumacza, a wszyscy zakochani potrafią czytać sobie w myślach, nie?

Takie przedstawienie seksu jest problematyczne z kilku powodów. Po pierwsze, dlatego, że miłość romantyczna nie zawsze pociąga za sobą seks. Partnerzy mogą nie decydować się na niego z różnych (osobistych lub kulturowych) względów. Przykładowo, osoba religijna może chcieć poczekać z seksem do ślubu. Ktoś inny nie decyduje się na szybki skok do łóżka, bo wstrzymują go przed tym kompleksy, dysfunkcje lub jakaś trauma. Niektórzy potrzebują więcej czasu, żeby oswoić się z drugą osobą i jej ciałem, zanim dopuszczą do zbliżenia. Wreszcie, są przecież ludzie aseksualni, którzy mogą kochać, ale nie czują przy tym pociągu seksualnego do swoich wybranków*. Seks nie jest dla nich istotnym elementem relacji.

Bez komunikacji ani rusz

Tego typu bohaterów nie spotkamy w większości ekranowych romansów. Wprowadzenie ich do scenariusza wymagałoby rozmowy partnerów o ich potrzebach, obawach i preferencjach w tej sferze, co zwykle nie interesuje twórców. To kolejny zarzut w stronę filmowych historii o miłości: bagatelizują one potrzebę łóżkowej komunikacji. Kompletnie niedoświadczony w temacie widz może odnieść wrażenie, że do dobrego seksu wystarczy gorąca miłość i/lub silne pożądanie.

Tymczasem sprawna komunikacja, także w sferze erotycznej, wydaje się być podstawą zdrowego związku. Brak częstych i szczerych rozmów o naszych potrzebach grozi frustracją i poczuciem niespełnienia (po jednej lub obu stronach). Co więcej, nawet największa miłość nie uleczy seksualnego niedopasowania. Para może się bardzo kochać, ale – mimo wielu prób i rad specjalistów – kompletnie nie dogadywać się w łóżku. Warto się wtedy zastanowić, czy potrafimy żyć bez satysfkacji w tej sferze, czy pora pomyśleć o rozstaniu lub otworzeniu związku.

Jak widać, wizja seksu propagowana przez popkulturę nie jest najlepszym wzorem prawdziwych intymnych relacji. Jeżeli to na niej budujemy nasze oczekiwania, czeka nas wielkie rozczarowanie.

To właśnie (nie) miłość

Historie o miłości, które oglądamy na ekranie, są jednym z czynników kształtujących nasze oczekiwania wobec związków romantycznych i seksu. Niestety, wiele z nich nie przedstawia miłości w realistyczny sposób, skupiając się raczej na spełnianiu fantazji twórców i podtrzymywaniu stereotypów. Pod wpływem takich produkcji możemy wypracować nierealistyczne i szkodliwe przekonania, które krzywdzą nas oraz naszych partnerów.

Czy to znaczy, że mamy zrezygnować z oglądania filmów pokroju „Listów do M.”, a dzieciaki chronić przed starymi animacjami Disneya? Osobiście nie posuwałabym się aż tak daleko. Ważne jednak, by podczas seansu być świadomym, że mamy do czynienia z fikcją, a nie dokumentem na temat bliskich relacji. Warto też równolegle sięgać po produkcje, które eksplorują temat miłości i intymności głębiej niż typowe romcomy. Pamiętajmy, że popkultura, choć dostarcza fajnej rozrywki i okazji do wzruszeń, nie jest najlepszym źródłem wiedzy. Tej powinniśmy szukać po drugiej stronie ekranu, w prawdziwym życiu, rozwijając i badając nasze relacje. Zamiast wzorować się na fikcyjnych postaciach, lepiej posłuchać prawdziwych ludzi: bliskich nam osób, specjalistów w temacie oraz siebie samego.

Ciąg dalszy nastąpi…?

Powyższa wyliczanka nie wyczerpuje oczywiście listy zarzutów wobec filmowych przedstawień miłości. Dokładny opis wszystkich mitów wymagałby znacznie więcej pracy i cierpliwości do materiału źródłowego, którego oglądanie niestety potrafi boleć. Jeśli jednak macie ochotę na więcej, dajcie znać – narzekanie na szkodliwe stereotypy możemy kontynuować w kolejnym artykule. Napiszcie do nas także, jeżeli nie zgadzacie się z tym rantem albo chcielibyście coś do niego dodać.

Wszystkie skargi, pochwały i propozycje przyjmujemy na fanpage’u Leniwej Popkultury na Facebooku. Tam też informujemy o najnowszych artykułach na stronie i publikujemy newsy ze świata mangi, anime, filmów i seriali. Koniecznie zajrzyjcie w to miejsce, żeby być z nami na bieżąco!


* Takie osoby mogą co prawda chcieć uprawiać seks, ale nie czerpią z niego przyjemności o charakterze seksualnym; satysfakcję może im w takiej sytuacji sprawiać np. sam bliski, emocjonalny kontakt z ukochaną osobą czy możność sprawienia przyjemności partnerowi/partnerce.

2 KOMENTARZE

Subscribe
Powiadom o 
guest
2 komentarzy
oceniany
najnowszy najstarszy
Inline Feedbacks
View all comments
Natsumi
2 miesięcy temu

Świetny tekst. Mam ochotę na więcej narzekania, np. na miłość od pierwszego wejrzenia,która pojawia się w co wielu romansach.

Avatar
Iva
W redakcji od marca 2019. Miłość do popkultury towarzyszyła jej od zawsze: jako dziecko zbierała Pokemony, w gimnazjum zaczytywała się w "Wiedźminie", a niedługo później, za sprawą Alana Moore'a, odkryła na nowo świat komiksu. Ponieważ Kaer Morhen było poza jej zasięgiem, wybrała studia psychologiczne i publicystykę - dziś wojuje piórem zamiast mieczem. W wolnych chwilach chłonie wszystko, co da się przeczytać lub obejrzeć: mangi, komiksy, powieści science-fiction i fantasy, seriale aktorskie i anime. Grywa też w niezależne produkcje wygrzebane z dna Steama. Lubi zanurzać się w dystopijne światy pełne czarnego humoru, filozoficznych pytań oraz aktualnych problemów społecznych. Poza pochłanianiem kultury oraz pisaniem o niej tworzy opowiadania i wiersze, walczy z deadline'ami i je stanowczo zbyt dużo czekolady.
- Advertisment -