Strona głównaArtykułyKryzys twórczy, czyli o tym, co czasem gryzie recenzenta

Kryzys twórczy, czyli o tym, co czasem gryzie recenzenta

Kiedy przez długi czas nie wiesz, o czym napisać, to właśnie to może być tematem kolejnego tekstu. Z fizycznego punkt widzenia coś nie może brać się z niczego, więc chyba należy uznać, że brak weny może być źródłem natchnienia. Tak właśnie chcę do tego podejść i tak ze mną ostatnio jest. Nie wiem, o czym pisać, w jaki sposób pisać i czy w ogóle chcę to robić. Dlatego paradoksalnie piszę właśnie na ten temat. To się chyba nazywa kryzys twórczy, choć czuję, że to nieco zbyt górnolotne stwierdzenie. Dam chyba jeszcze radę coś z siebie wykrzesać.

Koniec końców udawało mi się to robić przez blisko trzy lata. Ja, Michał “Rankine” Zaniewski, przez ten czas dostarczałem Wam teksty o komiksach, głównie z serii DC Vertigo. Znalazły się też publikacje o serialach Netflixa, a mój głos mogliście również usłyszeć na Leniwych Podcastach. Z kilku dzieł jestem naprawdę dumny, choć to najważniejsze tworzę właśnie teraz. Jak jednak znalazłem się w tym miejscu i skąd nadszedł kryzys.

Kryzys – zacznijmy od początku

Czasem dla znalezienia problemu, należy zbadać całą historię już od źródła. Zawsze lubiłem pisać, przychodziło mi to z łatwością, dawało satysfakcję. Frajda często było tym większa, że spotykało się to z dobrym odbiorem. Komplementy, jakieś wygrana w konkursie literackim – dawało to nieco wiatru w żagle. Nigdy jednak nie potrafiłem swoich starań pisarskich przekuć w coś regularnego i zorganizowanego. Wiecie – typowe zrywy pod wpływem natchnienia. Po skończeniu szkoły średniej i pójściu na studia przestałem tworzyć w ogóle. Opowiadania zostały zastąpione przez sprawozdania, środki stylistyczne przez szeregi obliczeń. Można powiedzieć, że to też był swego rodzaju kryzys, wywołany brakiem czasu i ukierunkowania. W tej pustce natrafiłem jednak na nowe dla mnie przeżycie popkulturowe – komiksy. Pokochałem je tak bardzo, że zapragnąłem się podzielić swoimi wrażeniami z innymi i dać światu coś od siebie. Tak zostałem recenzentem.

Na gałąź Leniwej Popkultury trafiłem dobre dwa i pół roku temu. Strona miała wtedy inną nazwę, redakcja mniejsze grono, ale plany i marzenia bardzo duże. Szybko wkręciłem się w nową rolę. Leniwcowi spodobał się mój tekst o pierwszym tomie Sandmana od Gaimana… Choć bardziej od recenzji przypominało to opowiadanie. Tak czy inaczej, zacząłem pisać regularnie. Początkowo nie było miesiąca, żebyśmy nie publikowali 1-2 wytworów mojego umysłu. To było naprawdę wspaniałe – miałem czas, pomysły, ale też czułem, że recenzje są coraz lepsze. Jacek, za co bardzo mu dziękuję, nie szczędził mi ani uwag, ani komplementów, przez co wiem, że dziś piszę dużo ciekawiej, ale też przystępniej. W każdym razie kariera recenzencka rozwijała się naprawdę nieźle. Dziesiątki ciekawych tytułów, współpraca z wydawnictwami, konwenty, podcasty, lepszy warsztat pisarski… Żyć nie umierać. W takim razie Michał, skąd ten kryzys?

Sedno problemu

Pierwsze objawy tego, że coś jest nie tak, nadeszły mniej więcej rok temu. Zacząłem wtedy pierwszą poważną pracę, a dodatkowo byłem zajęty kończeniem pierwszego stopnia studiów. W pewnym momencie z oglądania i czytania wielu rzeczy zajmowałem się tylko tymi, które miałem potem opisać. Odbierało mi to powoli radość z obcowania z popkulturą i zamieniało ją czynność zawodową, konieczną. Myślałem, że to minie z biegiem czasu. Wiecie – sytuacja się trochę rozluźni, uspokoi, a ja poczuję przypływ natchnienia. Tak się jednak nie stało albo raczej nie stało się tak do końca. Praktycznie zawsze potem czułem w sobie pewną „recenzencką drzazgę”, że muszę coś opisać. Chyba wtedy to przyszło. Kryzys wywołany presją i przymusem, który narzucałem sam sobie. Że jak już coś poznaję, to powinienem się podzielić swoimi odczuciami, ale zwyczajnie nie czułem, że tego potrzebuję.

Co robić, jak pisać?

To jest właśnie prawdziwy kryzys dla recenzenta – kiedy czujesz, że musisz, że coś opisać, a nie, że po prostu tego chcesz. Ktoś powie, że powinno się do tego podchodzić w sposób bardziej zawodowy. Robota ma być zrobiona i tyle. Nie zawsze musi być ona przyjemna i satysfakcjonująca. Coś w tym jest, pewnie. Sęk w tym, że tak można zacisnąć zęby przez jakiś czas. Uważam, że akt pisania jakichkolwiek tekstów – recenzji, opowiadań – musi płynąć z potrzeby podzielenia się z kimś tym, co ma się w środku. Raz, drugi można się trochę przymusić, ale jeśli trwa to bardzo długo, to chyba w końcu czuć z każdej strony, że coś jest do końca nie tak.

W ten sposób kryzys ciągnie się za mną do dzisiaj, niestety. A szkoda, bo naprawdę to lubiłem. To przyjemne uczucie – tworzyć i dzielić się tym z innymi. Jest ono jeszcze lepsze wtedy, kiedy możesz to robić w tak świetnym gronie. Bo wiecie, nie ma recenzenta bez redakcji. Leniwce są ze mną od dwóch i pół roku. Jak to w życiu – przez tyle czasu przydarzą się człowiekowi lepsze i gorsze chwile. Oni byli obok przez cały czas zarówno jako współpracownicy, jak i przyjaciele. Rozbawiali, doradzali, wspierali… Nie zliczę wiadomości na Leniwej Konwersacji, bo czasem pisaliśmy tam jak poparzeni. Pamiętam, jak w jedne wakacje mieliśmy fazę na nocne rozmowy i do białego rana śmieszkowaliśmy ze wszystkiego. Nasze podcasty i rozmowy im towarzyszące wiele mnie nauczyły na tematy popkultury, bo każdy z Leniwców jest wyjątkowy i ciekawie patrzy świat.

To, co boli najbardziej

Wszystko to było tym piękniejsze, że redakcja nie była tylko ludźmi z Internetu, ale żywymi osobami, z którymi naprawdę się zgrałem. Opolcon w towarzystwie Jacka to zdecydowanie najlepszy konwent, na jakim byłem. Naprawdę świetną sprawą jest być częścią takiej grupy i tworzyć razem z nimi. Tym ciężej wiedzieć, że już się tego nie potrafi, choć bardzo by się chciało. Nawet najlepsza redakcja nie sprawi, że teksty same się napiszą. Chciałoby się nadal być częścią tego, choćby dla dumnego stwierdzenia „Jestem jednym z Leniwców”, ale choć to wszystko pięknie brzmi, nie wystarcza. Pomimo tego, że „kryzys twórczy” brzmi smutno i w istocie taki jest, nie musi być do końca zły. Zawsze warto jest żyć w zgodzie ze sobą, bo dzięki temu można żyć w zgodzie z innymi. Nie każdy jest recenzentem na zawsze.

Trzeba wiedzieć kiedy zejść z gałęzi

I tak dochodzimy do końca mojego rozliczenia się z samym sobą – recenzenta, którego nawiedził kryzys twórczy. Nie chcę, żeby ten tekst był odbierany jako pożegnanie, bo chciałbym coś kiedyś napisać. Póki co jednak nie potrafię tego zrobić, a oszukiwanie siebie i innych na temat tego, że jest inaczej, byłoby nie w porządku wobec każdego. W taki właśnie sposób napisałem o tym, że nie potrafię pisać. Mam nadzieję, że kiedyś z równie dużym przekonaniem, że robię coś właściwego, wrócę z jakąś recenzją bądź tekstem. Obyśmy zobaczyli się niebawem!

Subscribe
Powiadom o 
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Rankine
Komiksy, książki, gry, seriale, BJJ, bieganie, energetyka. Staram się znać na tym wszystkim. Jak wychodzi? Chyba nieźle. Fan dobrej opowieści.
- Advertisment -