Strona główna Komiksy Marvela Hawkeye Kate Bishop | Recenzja | Kobieca siła w akcji!

Hawkeye Kate Bishop | Recenzja | Kobieca siła w akcji!

Kurczę, ostatnie wydania z Marvel Now 2.0 są serio kapitalne. Odnoszę wrażenie, że im dalej w las, tym poziom komiksów coraz bardziej rośnie. I raz, że to dobrze dla samego wydawnictwa, a dwa, co ważniejsze, to naprawdę świetnie dla czytelników. Jestem właśnie po lekturze Hawkeye Kate Bishop i pozwolę sobie na start napisać jedno – to najlepsza historia komiksowa, z jaką miałem okazję obcować w ostatnich miesiącach! 

Wydaje się przy tym, że to jeden z najlepszych momentów na jej wypuszczenie. Zaledwie kilkanaście tygodni temu miała miejsce spora fala wycieków w kwestii zdjęć z planu serialu Marvel Cinematic Universe. Ten ma opowiadać właśnie o kobiecym wcieleniu Hawkeye. Fani zdążyli podekscytować się osadzeniem w roli bohaterki utalentowanej Hailee Steinfeld i zdaje się, że oczekiwania nie mogą już bardziej urosnąć. No właśnie – zdaje się – albowiem dzieło, którego recenzji się podejmę, właśnie to robi. 

„Ta druga” Hawkeye

Jak zdradza sam tytuł komiksu, całość skupi się w dużej mierze na Kate Bishop, a więc jednej z przedstawicielek „młodego pokolenia” bohaterów Marvela. Przez drogę, którą obrało wydawnictwo, ciężko w skrócie opisać ową postać – już dawno przestały one być bowiem jednowymiarowe i łatwe do określenia. Jeśli jednak miałbym ją do kogoś porównać, to określiłbym ją jako żeńską wersję Spider-Mana. Nie, to nie pomyłka. 

Jeśli chodzi o sam charakter, podejście do świata oraz rodzaj czynienia dobra, Kate zdecydowanie bliżej do Petera Parkera aniżeli wyszkolonego wojskowego, Clinta. Czemu? Właściwie dobrze zostało to oddane już w opisywanym komiksie, gdzie dziewczyna za wszelką cenę stara się wyjść na swoje i pomagać ludziom w różnych sprawach – od całkiem prozaicznych, aż po te, które wymagają niemałego nakładu pracy. 

W gruncie rzeczy „przyjazna łuczniczka z sąsiedztwa” wybrzmiewałoby w tym przypadku idealnie. Tym, co jeszcze pozwala przyrównywać ją do Spider-Mana, jest niezwykle charakterystyczny i cięty rodzaj humoru, który używany w walkach podchodzi pod komizm sytuacyjny. Sprawdza się naprawdę świetnie i bardzo mocno przywołuje skojarzenia z pierwszymi odsłonami przygód młodego kujona w czerwono-niebieskim wdzianku. 

Mała Kate w wielkim Los Angeles

Do rzeczy! Kelly Thompson (to ona bowiem odpowiada za scenariusz komiksu) wysłała naszą bohaterkę poza Nowy Jork – aż do Los Angeles. Wszystko za sprawą tropu, na jaki wpadła Kate oraz chęci wyjścia „na swoje”. W końcu nie mówimy już o malutkiej dziewczynie, a całkiem dojrzałej kobiecie! W nowym miejscu decyduje się zamieszkać i otworzyć własne biuro śledcze. A po co to wszystko? Cóż, czego się nie robi, by wyjść z cienia i przestać być zaledwie „tą drugą” Hawkeye. 

A okazja ku wyrycia swojego nazwiska w historii super herosów nadarza się naprawdę niezła. Okazuje się bowiem, iż w LA nie jest bynajmniej spokojniej, niż w Nowym Jorku. Co jednak wyjątkowo interesujące – bardzo duży wpływ na wszystkie wydarzenia zdają się mieć korzenie i więzy rodzinne Kate. Nie chcę tutaj wchodzić nazbyt w szczegóły, ale jeśli jesteście jednymi z tych, którzy wyznają, iż „z rodziną dobrze tylko na zdjęciach”, możecie przybić sobie z Hawykeye piąteczkę! 

Kobieca siła! 

Świetnym zabiegiem ze strony Kelly Thompson jest skupienie historii w głównej mierze na kobietach – to one stanowią trzon historii. Oprócz samej tytułowej bohaterki, na kartkach komiksu pojawiają się również Jessica Jones, Laura oraz Gabby (Wolverine i Mini-Wolverine, jak to słodko ujęta Kate), a także policjantka Riviera i niebohaterskie przyjaciółki głównej postaci. Jeśli chodzi o przeciwniczki, tu też bez zaskoczenia, choć te odsłaniają się dopiero po kilkuset stronach, więc oszczędzę Wam spoilerów. 

Nie mogło w tym wszystkim zabraknąć także głównego Hawkeye’a! Clint Barton przybył do LA, gdy tylko dowiedział się, że jego młoda uczennica potrzebuje pomocy. I muszę przyznać, że scenarzystka potrafi genialnie zarysować chemię między bohaterami. Nie dość, że wszystkie wątki przyjaźni były naprawdę udanie rozpisane, to jeszcze to, jak kapitalnie przedstawiono więzy rodzinne na linii mentor-uczeń… Jestem zachwycony! 

Warto w tym miejscu wspomnieć także o warstwie wizualnej – choć wyłącznie z dziennikarskiego obowiązku. Za rysunki odpowiada bowiem młody brazylijski twórca, Leonardo Romero. Dotychczas najwięcej doświadczenia zdobywał bez wątpienia przy seriach o Młodych Tytanach oraz Dr. Strange’u i to widać. Właściwie wszystko jest „zaledwie” poprawne. Próżno szukać świetnej gry światłem i wybitnych kadrów. Jest dobrze, ale bardzo mocno zalatuje grafiką sprzed kilku dekad. 

Hawkeye Kate Bishop. Czy warto przeczytać?

Recenzowany Hawkeye Kate Bishop to naprawdę kawał mocnego komiksu. I jednocześnie kolejna historia z Marvel Now! 2.0, którą można zacząć czytać bez zaznajomienia z innymi komiksami. Oczywiście pojawiają się bohaterowie z przeszłości, ale wcale nie trzeba ich znać. Co więcej, choć jest tu naprawdę sporo bijatyk i ciętych żartów, fundamentem historii zdaje się coś zupełnie innego. Kluczem są tu więzi i relacje między bliskimi. 

Bardzo mocno polecam komiks dosłownie każdemu. Choć w ostatnich miesiącach zdarzało mi się chwalić wiele wydań od Egmontu, to ten zbiór jest zdecydowanie najlepszym z nich. Naprawdę mocne otwarcie roku i historia, która moim zdaniem może spokojnie stawać w jednym szeregu z „Visionem” Toma Kinga (recenzję znajdziecie tutaj) oraz „Moon Knightem” od Jeffa Lemire’a (moje wrażenia w tym miejscu). 

Znów dostajemy bowiem historię, która chce nam przekazać coś więcej, niż tylko mordobicie. Kelly Thompson zrobiła świetną robotę i udowodniła konserwatystom, że superbohaterki w żadnym stopniu nie odstają od swoich męskich wersji. Kate Bishop jest tego najlepszym przykładem i jeśli macie w tym miesiącu wydać na coś 80 złotych, to wręcz musi tym być ten komiks. Polecam z ręką na sercu (a drugą na kołczanie)!

Subscribe
Powiadom o 
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Avatar
Kajtii
Zajarany popkulturą, nową technologią, marketingiem i sportem. Dużo czytam, oglądam, słucham i gram. Od małego kręcą mnie japońskie anime i amerykańskie kreskówki, literatura faktu i fantastyka oraz mangi i komiksy. Jednym słowem - geek. Piszę z życia i żyję z pisania - ot mój cały świat.
- Advertisment -