Strona głównaFilmyDlaczego Kung Fu Hustle to dobre kino sztuk walki i perfekcyjna komedia?

Dlaczego Kung Fu Hustle to dobre kino sztuk walki i perfekcyjna komedia?

Czy ktoś jeszcze pamięta o oldschoolowym, chińskim kinie sztuk walki? Oczywiście, pewnie nasuwają się Wam takie klasyki jak Wejście smokaPrzyczajony tygrys, ukryty smok, a ci więksi pasjonaci wskażą też Pijanego mistrza (swoją drogą – świetny!). Ale czy potrafilibyście wymienić chociaż jeden film, nawiązujący stylistyką do wymienionych, który powstał w ostatnich dwudziestu latach?

Kino sztuk walki, mimo że wciąż cieszy, dla wielu już trąci myszką. Trzeba przyznać, że takie produkcje nie starzeją się dobrze – efekty, które prawdopodobnie dawniej wprawiały w osłupienie, dodawały klimatu, podnosiły ciśnienie, dzisiaj, cóż, bliżej im do tandety i kiczu. Scenariusze są dziurawe, a z tych otworów wyłania się schematyczność. Na przykład ten kultowy motyw przeciwników, którym honor nie pozwala atakować bohatera grupowo, tylko dostają wciry pojedynczo.

Trzeba się zastanowić: czy dla omawianego gatunku istnieje jeszcze jakiś promyk nadziei? W końcu moda na kung fu już dawno minęła, a prawdziwych wojowników zobaczymy raptem w produkcjach familijnych pokroju Karate Kida… Ale nie martwcie się!

Wraz z Gayą udowodnimy Wam, że filmy o sztukach walki mogą jeszcze znaleźć swoje miejsce w dzisiejszym świecie! Może niekoniecznie w takiej formie, jak dotychczas, ale ich los nie jest jeszcze przesądzony. Co więc stanowi tę magiczna furtkę? Jedno słowo: parodia!

O filmie w filmie w ramach filmu

Mówi się, że kopiowanie to najwyższa forma uznania. Gdy dodać do tego żart, ale nie prześmiewcze i złośliwe wyśmiewanie, mamy do czynienia ze świadomą i dobrą parodią. Można pałać do kogoś lub czegoś uwielbieniem, ale jednocześnie widzieć jego wady i umieć je wytknąć, właśnie w żartobliwy sposób. Przecież nikt nie uznaje za obraźliwe memów z Robertem Makłowiczem, prawda? Tworzymy je, bo go kochamy.

Dobra parodia, jak i modne ostatnio – listy miłosne do kina, powinny znać i rozumieć materiał źródłowy. Zgadzamy się z tym chyba wszyscy. Powinny też umieć funkcjonować samodzielnie. Jeśli do zrozumienia jakiegoś filmu musimy posiadać akademicką wiedzę z historii kina, to coś poszło nie tak. Całe szczęście wciąż są na świecie ludzie, którzy to rozumieją. Kung Fu Hustle Stephena Chowa to wielogatunkowa parodia. I nie trzeba być fanem kina kopanego, by umieć ją docenić. Wystarczy rozsiąść się wygodnie w fotelu i dać się porwać przygodzie. Polecam też poduszki na podłodze, bo momentami ze śmiechu można z owego fotela spaść.

King Bruce Lee Karate Mistrz

Stephen Chow to prawdziwy człowiek renesansu. Reżyseruje, produkuje, a nawet grywa główne role. Karierę zaczynał jako statysta oraz prezenter, a jego aktorskim debiutem był występ w filmie Final Justice (1988). Przez następną dekadę ciężko pracował jako aktor, by w 1994 roku pierwszy raz stanąć za kamerą jako reżyser From Beijing with Love.

W 2001 roku jego Shaolin Soccer osiągnął olbrzymi sukces kasowy na całym świecie. To właśnie wtedy Chow zwrócił na siebie uwagę międzynarodowej widowni. Zakochany w stylu Wuxia oraz klasycznym kinie akcji z Hongkongu, postanowił połączyć wszystko, co sam uwielbia we wschodnich produkcjach. I tak rozpoczęła się praca nad Kung Fu Hustle.

Aktorzy i mistrzowie sztuk walki

Zachodniemu widzowi nazwiska aktorów, których zatrudnił, może nie powiedzą wiele. Wyjaśni się jednak, gdy przybliżymy, kim są. Yuen Wah to absolwent Peking Opera School. Wystąpił w ponad stu filmach oraz był dublerem samego Bruce’a Lee. Chiu Chi-ling to kolejny mistrz sztuk walk i aktor ze sporą ilością tytułów w CV. Podobnie imponuje lista jego współpracowników, a należą do nich Bruce Lee, Jackie Chan, Chow Yun-Fat i właśnie Stephen Chow. Bruce Leung, słynny reżyser i aktor z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, oraz wielki idol Chowa, który wrócił z emerytury specjalnie dla roli antagonisty w Kung Fu Hustle. Natomiast Yuen Qiu (za młodu pojawiła się w Człowieku ze złotym pistoletem) dostała jedną z ważniejszych ról, bo… paliła papierosa z sarkastyczną miną, gdy jej znajomy brał udział w castingu. A to i tak tylko kilka przykładów z brzegu.

Kung Fu Hustle

Szanghaj, lata trzydzieste ubiegłego wieku. Miastem rządzi brutalny The Axe Gang pod wodzą brata Suma. Okrutny gangster podporządkował sobie lokalną społeczność, siejąc strach poprzez zabijanie wszystkich, którzy staną mu na drodze. Pewnego dnia w dzielnicy Pig Sty Alley zjawia się dwóch nieznajomych. Sing i Bone twierdzą, że należą do The Axe Gang, co szybko okazuje się nieprawdą. Nieudolne groźby nie robią wrażenia na lokatorach, wręcz przeciwnie, zachowują się, jakby był to dla nich chleb powszedni. Przechwałki szybko przeradzają się w czyny, jednak… Nieważne czy to przypadkowa kobieta, dziecko, czy też osiedlowy dziadek – wszyscy stanowią zbyt duże wyzwanie dla Singa. Nasz samozwańczy bandzior postanawia wezwać posiłki, ale i te zostają szybko rozgromione. Dzielnice bowiem zamieszkują mistrzowie kung fu.

W żadnym wypadku nie będzie to ostatnie słowo Gangu Siekier. Sum odpłaci się mieszkańcom Pig Sty Alley z nawiązką. W międzyczasie Sing zrobi wszystko, aby tylko stać się częścią mafii.

Dramat protagonisty

Sing jako główny bohater filmu raczej jest antybohaterem. Wyzywa ludzi do walk, oszukuje, cwaniakuje. Udaje, że jest mocny w gębie, ale nawet i to szybko okazuje się być nieprawdą. Ktoś taki nie powinien zdobywać naszego zaufania. Jednak Singa od początku da się lubić. Tym, czego szuka ten człowiek jest szacunek. Miejsca, które nazwie domem. Lub też po prostu: władzy, pieniędzy i kobiet. Zraniony przez wydarzenia z przeszłości – gdy kierując się szlachetnością, mocno oberwał od życia– porzucił ckliwe motywacje. Świat dookoła niego jest pełen kłamców i wyzyskiwaczy. Żeby znaleźć się na szczycie, musi być taki jak oni, prawda? Tak uważa Sing i stąd jego zachowanie. Problem jest jeden – w głębi duszy nie jest zły ani samolubny.

Osobiście miałam wiele skojarzeń z westernami i kowbojami, którzy “chcą tylko w spokoju wypić drinka, a kończą, ratując całe miasto.” Zblazowani, zawiedzeni otaczającym ich światem, zajmują się tylko sobą, mimo że w środku wiedzą, co jest słuszne i jak powinni postąpić. Podobnie jest z Singiem. Dopiero przyparty do muru podejmuje decyzję, by iść za głosem serca. Przechodzi metamorfozę (dosłownie leczy się w kokonie) i zjawia się jako prawdziwy bohater. Superbohater nawet.

Szał na ekranie

Wbrew pozorom jest to jeden z “normalniejszych” filmów Stephena Chowa. Powiedziałbym nawet, że stanowi idealny poziom wejścia w dorobek tego reżysera, jeżeli nigdy wcześniej się o nim nie słyszało. Chow, jako geniusz komedii, zarówno w Kung Fu Hustle, jak i innych produkcjach, wykręca poziom szaleństwa do maksimum. Zakres jego żartów nie zna granic, począwszy od tych najprostszych, jak wykorzystywanie golizny, przez kicz i sceny rodem z The Looney Tunes Show, aż po tak naturalne oddanie nieporadności bohaterów, że widz zwija się ze śmiechu.

Oceniając go jedynie po wierzchniej warstwie, otrzymamy prostą, momentami nawet prostacką, komedię, bazującą na nierealnych sytuacjach. Wszystkie żarty skupiają się wokół nieporadnego głównego bohatera i jego pierdołowatego kolegi “po fachu”. Raz zostaną mocno pokiereszowani przez przypadkowego okularnika z tramwaju, innym razem nieumyślnie sami zrobią sobie krzywdę, na przykład poprzez wbicie noża w rękę. Można też wyczuć od Kung Fu Hustle nieco klimatu filmów pokroju Scary Movie. Jeżeli szukacie prostej rozrywki, omawiane dzieło Wam jej dostarczy, jednak… Prawdziwe złoto kryje się pod spodem!

Drugie dno

Żeby w pełni zrozumieć geniusz dzieła Stephena Chowa, trzeba posiadać pewne doświadczenie z chińskim kinem sztuk walki. Oczywiście, doktorat nie jest obowiązkowy, wystarczy mieć za sobą kilka klasyków. Jak pisałem we wstępie – w takowych występuje pewna schematyczność, a Kung Fu Hustle z pełną świadomością i odwagą, nie dość, że czerpie z nich to, co najlepsze, to jeszcze jawnie śmieje im się w twarz.

Gdy pierwszy raz włączycie Kung Fu Szał, prawdopodobnie pomyślicie, że producentom zabrakło budżetu i musieli iść na pewne ustępstwa… Błąd! Włożono bardzo dużo pieniędzy w pokraczne animacje postaci, przedmiotów i efekty specjalne. Wszystko swoją kiczowatą stylistyką miało prześmiewać stare filmy, które stosowały te zabiegi zupełnie poważnie. Chłop rzuca włócznie, doskakuje do niej i później leci z nią dalej? Wygląda to okropnie, ale hej, to przecież kung fu! Niedzielny widz to po prostu akceptuje, bardziej doświadczony – rozumie.

Tak samo Kung Fu Hustle postępuje z motywem mafii, łącząc elementy przestępczości wschodniej, jak i lepiej nam znanej – europejskiej. W Gangu Siekier dostrzeżemy zarówno wpływy chińskiej Triady, ale też Ojca Chrzestnego. Wszystko oczywiście odpowiednio przekoloryzowane, a naszym mafiosom dano nawet moment na piękny, synchroniczny i złowieszczy taniec.

Kung Fu Szał jest samoświadomym filmem, który doskonale wie, co robi i dlaczego coś robi. Dzięki omawianym wyżej, kiczowatym efektom, film praktycznie w ogóle się nie starzeje. Oglądam go od lat, a on wciąż wygląda tak samo dobrze, jak przy pierwszy seansie. Geniusz Stephena Chowa wyłania się między innymi też w tym, że niemal każdy element filmu ma swój określony cel. Coś wciśnięte na początku, wraca z czasem jako istotny element. Oczywiście, zdarzają się sceny kompletnie bezsensowne, ale taki urok szalonej komedii.

Muzyczna wisienka

Czymś, co powinniśmy przy seansie odbierać całkowicie poważnie, jest muzyka. Utwory skomponowane przez Raymonda Wonga oraz chińską orkiestrę (Hong Kong Chinese Orchestra) nadaje dziełu niesamowity klimat. Jest połączeniem klasycznych, wschodnich melodii z nowoczesnymi dźwiękami. Ponadto, nie dość, że budują klimat, to dodatkowo momentami nadają tempa akcji. Wraz z mocniejszymi akcentami, na ekranie zaczyna dziać się magia kung fu.

Naprawdę warto zwrócić uwagę na ścieżkę dźwiękową w Kung Fu Hustle. Poniżej możecie usłyszeć prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalny utwór z filmu.

Kung Fu Hustle oczami leniwców

Na sam koniec przygotowaliśmy dla Was małe podsumowanie najlepszych scen. Będziecie mogli zestawić sobie wrażenia Gayi, która oglądała go po raz pierwszy, z moimi – Jacka – gdy ja tych seansów mam ponad dziesięć.

Najlepsza scena

Gaya: Kung Fu Hustle to film, któremu ciężko przypisać jeden gatunek, dlatego wybieranie sceny, która zapadła w pamięć jest trudne. Zależy czy szukamy czegoś komediowego lub bardziej dramatycznego, a może sceny akcji? Osobiście mogę wyróżnić dwa fragmenty. Najpierw komedia: scena rzucania nożami (a właściwie rękojeściami) we Właścicielkę kamienicy. Sing i Bone, by zostać przyjętymi do Gangu Siekier, muszą kogoś zabić. Z wyborem długo nie zwlekają, ale wykonanie… To trzeba zobaczyć, bo opisywanie gagów kompletnie mija się z celem. Uśmiecham się na samo wspomnienie tego “wybitnego” zamachu. Nie pamiętam kiedy ostatnio płakałam na jakiejś scenie ze śmiechu.

Jacek: Osobiście najlepiej wspominam scenę, w której do akcji pierwszy raz wkroczyli Gospodarze. Nie tyle za piękne wyjaśnienie przeciwników, co za samą jej końcówkę, gdy braciszek Sum siedzi w aucie i czeka na wynik starcia… A nagle, ni stąd ni zowąd, w aucie pojawiają się wspomniani wyżej bohaterowie. Dość jasno dają gangsterowi do zrozumienia, że ma zostawić w spokoju Pig Sty Alley. Tutaj też widzimy, jak nieugięty dotąd mafioso prawie schodzi na zawał.

Najlepsza scena walki

Gaya: Zdecydowanie walka z Harpinistami. Brat Sum zatrudnia zabójców, by pozbyli się mistrzów sztuk walki zamieszkujących w Pig Sty Alley. W międzyczasie, jeden z nich i tak postanawia opuścić dzielnicę. To właśnie wtedy zostaje napadnięty. Mamy do czynienia z brutalnym atakiem na niewinnych ludzi, a całość podana jest jak elegancki balet. Byłam pod wrażeniem kreatywności wykonania tej sceny. Przepiękne wykorzystanie guqin (tradycyjnego chińskiego instrumentu), który jest narzędziem walki, ale nie w dosłowny sposób. Do tego przyciemnione światło i pusty plac, na którym odbywa się pojedynek, oraz delikatna muzyka, tworzą zamkniętą przestrzeń – niczym scenę w teatrze. Rewelacyjna choreografia walk rodem z filmów wuxia. Świetne zdjęcia, bez powodującego ból oczu i mózgu– shaky cam. Jedna z najlepszych scen walk, jaką widziałam.

Jacek: Finałowy pojedynek z Bestią. Nawet w tak kluczowym dla filmu momencie, twórcy nie zrezygnowali z tych wszystkich “tandetnych” efektów specjalnych. Powiedziałbym nawet, że najlepsze zostawili właśnie na koniec. Gdy bohatera odbija się od przelatującego sokoła i w chmurach odkrywa swoją drogę Kung Fu, a potem spada, płonąc niczym meteor, aby raz na zawsze zakończyć tę krwawą jatkę. Ponownie widzimy, że scenariusz dzieła był dobrze przemyślany od początku do końca i nawet komediowe wstawki mają znaczenie.

Śmieszek z zaskoczenia

Jacek: Przy omawianiu tego typu produkcji, nie mogło zabraknąć takiej kategorii. Kung Fu Hustle wielokrotnie zaskakuje niespodziewanymi scenami, ale jedną zdecydowanie będę wspominać przez lata. To moment, w którym dostajemy scenę pościgu. Ale jak to, Need For Speed w kinie sztuk walki? Pewnie! Kto reżyserowi zabroni? Z tym, że bohaterowie nie ścigają się drogimi autami, a niczym Struś Pędziwiatr i Kojot, wykorzystują własne nogi. Moim zdaniem ta scena błyszczy nawet na tle innych, dziwnych momentów z Kung Fu Hustle.

Kung Fu Hustle. Czy warto obejrzeć?

Mamy nadzieję, że tym tekstem rozwialiśmy Wszelkie wątpliwości – Kung Fu Hustle to kino wybitne, samoświadome, wciągające i prześmieszne. To dzieło, z którym spędzicie niejeden miły wieczór. Jeżeli lubicie klasyczne chińskie kino walki, to pozycja wręcz obowiązkowa do nadrobienia. My na pewno jeszcze wiele razy do Kung Fu Szału wrócimy!

Jeżeli jednak szukacie czegoś innego, sprawdźcie naszą polecajkę kwietniowych nowości na Netflix!

Subscribe
Powiadom o 
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Jacek "Leniwiec" Kraśnicki
Jacek "Leniwiec" Kraśnicki
Od lat jaram się japońską popkulturą, a od czasu startu Leniwej Popkultury, również serialami, filmami i animacjami z całego globu. Staram się łączyć mój pracoholizm z lenistwem, ale ciężko jest wybierać między napisaniem nowego tekstu, a czytaniem ciekawostek o zwierzątkach. W wolnym czasie układam LEGO, piję zbożową kawę i spaceruję. Wiecie, że leniwce pływają trzykrotnie szybciej, niż sie poruszają?
- Advertisment -