Strona głównaKomiksy MarvelaAvengers: Nie poddamy się | Recenzja | Jak 10 filmów Michaela Baya

Avengers: Nie poddamy się | Recenzja | Jak 10 filmów Michaela Baya

Przez cały okres wydawania Marvel Now 2.0 w Polsce mieliśmy już mnóstwo większych i mniejszych eventów. Niektóre zamykały się w kilku tomach, inne w pojedynczych zbiorach, a jeszcze kolejne zajmowały troszkę rozdziałów, w których większość bohaterów miała okazję stanąć ramię w ramię. To nieodłączna część tej branży i właściwie nie powinna już nikogo zaskakiwać tym, że istnieje. Może natomiast zaskoczyć samą fabułą i tak było w przypadku Avengers: Nie poddamy się.

Komiks, który zamierzam dziś zrecenzować, jest ostatnim eventem na taką skalę w obecnym cyklu wydawniczym w naszym kraju. I muszę przyznać, że zrobiono to z przytupem. Jak kończyć, to na szczycie! Można odnieść wrażenie, że w tym przypadku udało się zaserwować kilka ciekawych zwieńczeń wątków. A przy tym wiele nowych, które mają świetny potencjał na rozwój w najbliższych miesiącach. Zacznijmy jednak od początku.

Wielka gra

W „Avengers: Nie poddamy się” na samym starcie jesteśmy rzucani w prawdziwy wir wydarzeń. Rzeczy się dzieją, a my poznajemy bohaterów, którzy w kolejnych etapach będą stanowili trzon całej historii. I jest ich naprawdę dużo. Będąc szczerym, nie pamiętam komiksu, gdzie w jednej opowieści dostalibyśmy aż taką liczbę różnych postaci. Przewijają się mało znane (jak Red Wolf czy Enigma), szeroko rozpoznawalne i kultowe (jak Kapitan Ameryka i Hawkeye), a także zupełnie nowe (jak Wojażerka, o której więcej później). Prawdziwy mix!

Co jednak ważne, bardzo szybko okazuje się, iż bohaterowie są zaledwie pionkami na planszy w ogromnej grze. Ba – właściwie daleko im nawet do pionków – stanowią tu coś na wzór przeszkód w starciu pomiędzy dwiema drużynami złoczyńców sterowanymi przez potężne przedwieczne istoty – Grandmastera oraz Pretendenta (do owego tytułu). Obaj żądni wygranej, spragnieni krwi i gotowi poświęcić wszystko na Ziemi, by tylko osiągnąć cel.

Jak jednak doskonale wiadomo – Avengersi nie lubią stać z boku i przyglądać się temu, jak niszczy się ich świat. Cóż, prawdopodobnie nikomu by się to nie podobało (co widać po reakcjach Polaków na obecną sytuację w kraju), ale oni nie zamierzają czekać, aż sprawy rozwiążą się same. Akcja będzie jednak mocno utrudniona w związku z ograniczoną liczbą dostępnych bohaterów. I przez dość nietypowe zadanie, jakim jest walka z czymś, czego się nawet do końca nie zna.

Gdyby Michael Bay pisał komiksy

Pewnie nieco zastanawiał Was sam tytuł tekstu. Ów doskonale oddaje po prostu to, jak zbudowany jest ten komiks. Są pościgi, wybuchy, ciągła zadyma i masa akcji – niczym u Michaela Baya. Odnoszę wrażenie, że w zasadzie wszystko choćby przez moment nie zwalnia. Nawet gdy mamy pozorną chwilę wytchnienia przy zebraniach Avengersów, okazuje się, iż nie jest im dane dokończyć rozmowy, albowiem znów coś się dzieje. Można się zmęczyć, po prostu obcując z lekturą.

Samo porównanie do filmów Baya padło także w komiksie. Właśnie w taki sposób Nova określił to, co działo się na Ziemi w tamtym okresie. I w pełni się z nim zgadzam. I o ile filmy reżysera da się obejrzeć na jednym posiedzeniu, o tyle w przypadku „Avengers: Nie poddamy się” może być trudno. To prawdziwa kobyła, a każda kartka przepełniona jest wartką akcją. Po jakimś czasie trzeba zwyczajnie odsapnąć i poukładać sobie w głowie to, co się działo.

Więcej, więcej, ciągle mało…

A wszystko to jest przecież przeplatane masą wspomnień z dawnych komiksów oraz kolejnymi postaciami – wśród których najważniejszą jest bez wątpienia Wojażerka. Silna kobieta przekonuje nas oraz bohaterów, że stoi za założeniem Avengers! I choć początkowo jej nie wierzymy, bo nic takiego nie pamiętamy, podejście pozostałych członków ekipy sprawia, że zaczynamy ulegać.

Z czasem na jaw wychodzą jednak pewne ważne sprawy, o których nie chcę tu pisać – nie zamierzam Wam psuć przyjemności z lektury, ale bądźcie pewni, że dzieje się dużo. A ciekawym zabiegiem jest przedstawienie kilku perspektyw. Dzięki temu czujemy się, jakbyśmy uczestniczyli w wielkiej sesji i jednocześnie znali ruchy prowadzących rozgrywkę. Wszystko, niczym wielka gra wideo, gdzie dwóch graczy steruje odpowiednimi drużynami. Marvel’s Avengers od Square Enix, o jakim marzyliśmy!

Avengers: Nie poddamy się – czy warto?

Słowem – warto. Trup ściele się gęsto, budynki walą się niczym zamki z piasku, a bohaterowie urabiają się po łokcie, by zminimalizować starty. Co więcej, w wielu miejscach dostajemy także rozważania na podłożu filozoficznym, gdzie przeróżne postaci zastanawiają się nad sensem swojego powołania, mocami na tle innych, czy zdolnością do ratowania wszystkich. I choć nie ma tu Spider-Mana, czuć, że z wielką mocą idzie naprawdę wielka odpowiedzialność.

Aż chciałoby się zadać pytanie – czego można chcieć więcej?! „Avengers: Nie poddamy się” to świetny event z dużym rozmachem, który kapitalnie spiął się w jednym opasłym tomiszczu. I choć do końca Marvel Now 2.0 zostało nam jeszcze nieco pojedynczych wydań, tu mamy coś na wzór początku końca… Albo idealnych fundamentów pod kolejne wielkie wydarzenia w ukochanym uniwersum Marvela, za którym szalejemy.

Dla zwieńczenia, z dziennikarskiego obowiązku, muszę odpowiedzieć też na pytanie, które może się pojawić. Czy trzeba znać pozostałe komiksy, by bawić się dobrze przy lekturze tego? Nope! Jasne, będzie dużo łatwiej na samym początku, a niektóre sytuacje okażą się przejrzyste bez zbędnych tłumaczeń, ale dość szybko można się w tym połapać. Twórcy sami tłumaczą wiele rzeczy w dialogach i na dodatkowych stronach, więc nie ma obaw. Jeśli się wahacie, pora przestać i wbić w wyszukiwarkę ulubiony sklep komiksowy! Bierzcie, nie pożałujecie.

PODSUMOWANIE

Wydanie: 2021 Seria/cykl: MARVEL NOW 2.0 Scenarzysta: Al Ewing, Mark Waid, Jim Zub Ilustrator: Kim Jacinto, Pepe Larraz, Paco Medina Tłumacz: Marek Starosta Typ oprawy: miękka ze skrzydełkami Liczba stron: 400 Data premiery: 24.02.2021
Subscribe
Powiadom o 
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Avatar
Kajetan "Kajtii" Węsierski
Zajarany popkulturą, nową technologią, marketingiem i sportem. Dużo czytam, oglądam, słucham i gram. Od małego kręcą mnie japońskie anime i amerykańskie kreskówki, literatura faktu i fantastyka oraz mangi i komiksy. Jednym słowem - geek. Piszę z życia i żyję z pisania - ot mój cały świat.
- Advertisment -