Yokai i ich imiona. Księga przyjaciół Natsume – Tom 1 – Recenzja

Takeshi Natsume widzi dziwne rzeczy. Często przybierają one przeróżne kształty: raz są humanoidalne, innym razem ukazać się jako latająca kula włosów. Jedno jest pewne – przyprawiają mu niemałych kłopotów już od dzieciństwa. 

Nazywa się je Yokai. Tym słowem określano praktycznie wszystkie mityczne stwory, których bali się Japończycy. Znajdziemy więc wśród nich duchy, zjawy, gobliny, skrzaty, dziwne zwierzęta czy nawet demony. W zasadzie słowo Yokai może mieć tyle znaczeń, ile była w stanie wymyślić wyobraźnia człowieka. To im w legendach i mitach przypisywano wszelkie mniejsze lub większe tragedie czy zwyczajnie dziwne sytuacje. I to właśnie Yokai ciągle napastują Natsume, nieważne gdzie mieszka…

Widzicie, Takeshi nie ma lekko nie tylko przez same nękające go Yokai. Główny bohater jest sierotą, rzucaną od krewnych do krewnych. Można powiedzieć, że ludzie wyrządzili mu nie mniejszą krzywdę, niż demony… Oczywiście nie można tak szufladkować każdego. Odstępstwem od tego są na przykład państwo Fujiwara, u których Natusme aktualnie mieszka. 

Jednak nasz blondyn coś po swoich przodkach odziedziczył. Prócz umiejętności widzenia Yokai i „mocy”, dostał również po swojej babci Reiko Natsume jej Księgę przyjaciół. Na stronicach książki zapisane dziwnymi symbolami są… Imiona Yokai, które Reiko w przeszłości spotkała. Ten przedmiot stanowi ogromną pokusę praktycznie dla każdego – gdyż jej właściciel może kontrolować zastępy demonów! 

Na drodze Takeshiego staje pewnego dnia – a raczej wpada mu pod nogi – zapieczętowany w figurce kota demon. Ten, mimo początkowej chęci zjedzenia Natsume i zabrania mu księgi, postanawia pójść z nim na pewną ugodę – gdy Takeshi umrze, księga wpadnie w łapki Nyanko-senseia, ale w zamian za to, musi go chronić. Teraz życie bojaźliwego i samotnego Takeshiego nigdy już nie będzie takie samo.

Księga przyjaciół Natsume – w końcu na polskim rynku

O Natsume Yuujinchou nie napisałem żadnego tekstu – do dzisiaj. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jestem ogromnym fanem tej serii. Ogromnym. Gdybym miał wybrać jedno anime, bądź jedną mangę, którą będę czytał do końca życia – wybór padłby najprawdopodobniej właśnie na Księgę przyjaciół Natsume. Zanim dostałem do ręki tomik, anime całkowicie mnie pochłonęło. Jego świetny, spokojny, mocno melancholijny klimat jest tym, czego inne produkcje mogłyby mu zazdrościć. Dodatkowo żadna inna seria tak bardzo nie kupiła mnie swoim soundtrackiem – chociaż anime Irozuki Sekai no Ashita kara z aktualnego sezonu również ma zacny. 

Jednak o anime może porozmawiamy kiedyś indziej. Dzisiaj na warsztat postanowiłem wziąć mangę.

Ciężko jest mi pisać o fabule Księgi przyjaciół Natsume. Mamy bowiem w tej mandze pewną linię fabularną, której głównym elementem jest tytułowa księga. Wokół niej autorka Yuki Midorikawa buduje dziesiątki krótkich, zamkniętych historii (oczywiście nie w jednym tomie). Wszystkie dzielą tych samych głównych bohaterów – a dodatkowo kilkoro pobocznych. Jednak cały sens stanowią epizodyczne spotkania z Yokai. I trzeba w tym momencie pochwalić autorkę za jej pomysłowość. Za każdym razem daje nam coś nowego, świeżego, nie czuć znużenia, nawet mimo tego, że wszystko sprowadza się do oddawania imion. 

Chociaż i tak ten motyw jest jedynie powodem, dzięki któremu możemy bliżej poznać historie danego demona, ale również Reiko, Nyanko, czy psychikę głównego bohatera. Czasem historia potrafi przyspieszyć tętno – szczególnie gdy spotykamy naprawdę strasznego demona, innym razem możemy zaparzyć sobie herbatkę i oddać się przyjemnej, emocjonalnej podróży. I w ogóle tutaj nie kłamię, autorka świetnie bawi się klimatem, bawi się odczuciami czytelnika. Zresztą nic w tym dziwnego, skoro miała dwa miesiące na dopracowanie rozdziału. 

Czego zabrakło? Wspomnianej muzyki – jednak byłoby chyba dziwnie, gdyby takowa grała podczas czytania. Manga nie należy również do tych czytających się jak najszybciej… Ale dla mnie to nie wada, szczególnie gdy dodamy do tego jeszcze zimowe wieczory. Wydaje mi się również, że historia mangi leci trochę szybciej od anime.

Księga przyjaciół Natsume, a w niej wesoła gromada

W pierwszym tomie uświadczymy sporo postaci, ale tak, jak już wspominałem, są to głównie postacie epizodyczne. Na ten moment występowały osobno, jednorazowo – ale trochę zaspoileruję, że niektóre będą nam towarzyszyć w tle przez cały czas. Pani Midorikawa stara się urozmaicać charaktery napotykanych Yokai. Wydaje mi się, że to dość trudne zadanie. Mamy tutaj konflikt uczuć – demony na pewno rozumieją je inaczej, niż ludzie. Nic dziwnego więc, że często poznajemy ich, gdy sucho upominają się o swoje imiona. Jednak w momencie, gdy poświęcone zostaje im więcej uwagi, możemy ujrzeć w nich sporo z człowieczeństwa. Często nie mają złych zamiarów wobec ludzi, traktują ich z chłodnym dystansem, ale czasami także lękiem czy w pewnym stopniu pobłażliwością. Trafią się i takie, które będą chciały przysporzyć ludziom problemów. Nie polecam oceniać ich po wyglądzie! Czasem potwór może okazać się miłym gościem!

Działa to też w drugą stronę: czasem najprzyjemniejszy z aparycji demon to krwiożercza bestia, która nie pogardzi pomniejszym demonem lub nawet człowiekiem. Takim typem jest Madara, chociaż częściej mówią na niego Nyanko-sensei lub po prostu Mistrzu. Ten uparty, czasem wredny biały kotek będzie kroczył gdzieś obok Natsume. Lub w jego plecaku. I chociaż zawsze dotrzymuje umowy, tak zdarzają mu się nocne libacje alkoholowe efektywne, jak te studenckie.

Niektóre Yokai stanowią jedynie element komiczny całej mangi. Autroka wykorzystuje multum sprzeczności między światem ludzi a demonów. Ci drudzy nie za bardzo przejmują się porą dnia czy tym, że Natsume jest, na przykład w szkole. Szczególnie jedna parka pomniejszych demonów umiłowała sobie towarzystwo głównego bohatera, a przejawiają to chociażby w „kibicowaniu” mu przez okno, gdy ten ma zajęcia. 

Gdy nie masz swojego miejsca

Główny bohater, o którym już całkiem sporo tutaj napisałem, to z jednej strony ciekawa postać – a z drugiej nie do końca. 

Takeshi jest postacią smutną, której jeszcze nie raz będzie nam szkoda. Już w pierwszym tomie mamy pokazane, jak wyglądało jego życie. Zdecydowanie nie było usłane różami. Doświadczył cierpienia zarówno ze strony rodziny, która zamiast go wspierać – rzucała nim po kątach, przekazując jak jakąś rzecz. Po części przez zwykła ludzką… Niechęć? Strach? Jak wytłumaczyć takie zachowanie? Na pewno nie pomagał też fakt widzenia rzeczy, których nikt inny nie widzi. 

Bardzo podobne życie wiodła również Reiko – babcia Takeshiego. Ta, odrzucona przez ludzi, szukała wsparcia w Yokai. Jej problemem jednak był brak umiejętności socjalizowania się (za co nie można Reiko winić). Używała siły, aby się z kimś „zaprzyjaźnić” – a potem bardzo często demony zwyczajnie olewała.

Mając na plecach taki bagaż doświadczeń, trochę trudno zarzucać Takeshiemu bycie wycofanym i pozbawionym „blasku”. Ale mając w głowie dużo większą część fabuły, niż tylko pierwszy tom, później wcale nie jest dużo lepiej. Mały spoiler: fakt, ma kilku znajomych i sam twierdzi, że nie jest samotny, ale jego zachowanie niemal w ogóle się nie zmienia.

Natsume wieje nudą. Sad but true. 

Kreska

Warstwa wizualna jest chyba najgorszym elementem całej mangi. Kreska jest zwyczajnie brzydka, nie da się tego ukryć. W anime ją „wygładzili” i tam patrzenie na nią sprawia przyjemność. I choć w całości Księga przyjaciół Natsume graficznie nie porywa, tak pojedyncze kadry niejednokrotnie robią bardzo pozytywne wrażenie. 

Autorka nie boi się wspomnianymi kadrami bawić, – na przykład ich układem –  nadając tym samym odpowiedniego tempa komiksowi. Jakimś nieznanym mi sposobem, pozbawione słów kadry Yuki Midorikawy często mówią więcej, niż dialogi. Proste spojrzenie Mistrza sprawia, że czytelnik zaczyna zastanawiać się nad dalszym rozwinięciem historii. A może tylko ja tak mam? Przeczytajcie i sprawdźcie!

Jednak dzięki szkaradności kreski sporo zyskują Yokai. W ich przypadku projekty wypadają znacznie lepiej niż postaci ludzkich. Te „miłe” – chociaż jak już wspominałem, nie dajcie się oszukać wyglądowi – są miłe dla oka, a tym „złym” brzydota stylu zwyczajnie pasuje.

Warto też pochwalić Studio JG za piękną obwolutę. 

Księga przyjaciół Leniwca

Księgę przyjaciół Natsume muszę polecić wszystkim. Serce nie pozwala mi napisać nic innego. Akurat przyszła zima, a znią dłuższe wieczory. Sięgnijcie po pierwsz tom i dajcie się porwać słodko-gorzkiej historii niezwykłego nastolatka oraz jego grubego kota. Polecam również do czytania włączcie sobie ten soundtrack, naprawdę warto. 

Ale nie tylko jemu: Natsume, gdy musi być mangą zabawną, taką właśnie jest. Głównym motorem napędowym komedii jest na pewno Nyanko. Jego wspomniane już nocne imprezy i zwykłe, kocie zachowania świetnie kontrastują z jego poważną i wyniosłą naturą. Gdy jest w postaci grubego kotka, zwyczajnie nie można go nie lubić. 

Ciekawostką jest również posłowie, w którym autorka wyjaśnia, co motywowało ją do napisania danego rozdziału lub jaka miała być jego myśl przewodnia. Myślę, że taki zabieg wyglądałby fajnie w innych mangach – bo kto by nie chciał wejść do głowy autora? – ale najlepiej działa, gdy każdy rozdział jest zamkniętą historią, właśnie tak jak w recenzowanej mandze.

Księga przyjaciół Natsume na pewno zajmie honorowe miejsce w mojej kolekcji mang. Nie mogę doczekać się kolejnych tomów. 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: