Vision – czyli amerykański sen, który zamienił się w koszmar.

Praca superbohatera stojącego na straży ziemskiego pokoju to trudna profesja. Wymaga wielu poświęceń i jest czymś raczej na stałe. Niełatwo pogodzić ten zawód z posiadaniem szczęśliwej rodziny. Jeden z Avengersów postanowił jednak spróbować. Vision, czyli robot stworzony przez Ultrona, zdecydował, że chciałby popołudniami prowadzić zwyczajny tryb życia, na przedmieściach metropolii. Kosić trawnik, wychowywać dzieci i kochać swoją żonę. Nikt przecież nie chce być samotny. Coś jednak poszło źle i jego wymarzona, familijna idylla przekształciła się w koszmar, który zniszczył błogi sen o domowy ognisku.

Być albo nie być?! Oto jest pytanie!

Jest to bez wątpienia najbardziej filozoficzne dzieło spod skrzydeł Marvela, z jakim spotkałem się dotychczas. Może znam za mało tytułów, ale póki co, żaden z mainstreamowych komiksów (a już szczególnie superbohaterskich) nie powodował u mnie tylu rozkmin. Dotyka tematów związanych ze znaczeniem egzystencji. Stawia przed czytelnikiem niezwykle skomplikowane pytania, których nie powstydziliby się choćby Shakespeare, czy Platon.

Vision został sztucznie powołany do życia. Buntując się przeciwko swojemu stwórcy, dołączył do obrońców rasy ludzkiej. Miał już jednak dość tego, że uratował świat 37 razy. Chciał czasem odetchnąć po kolejnym, wyczerpującym dniu. Podczas pobytu na Ziemi przyglądał się jej mieszkańcom i zauważył ich skłonności do łączenia się w pary. Sam w pewnym momencie zapragnął poczuć czyjąś bliskość. Co prawda był maszyną, jednak miał ludzki umysł.

Pierwszy głód nawiązania z kimś emocjonalnej więzi, został zaspokojony przez  Wandę Maximoff. Scarlet Witch i Visiona łączyło coś więcej niż tylko przelotny romans. To była prawdziwa miłość. Śmiali się z tych samych żartów, zacieśniali więzy na wspólnych misjach oraz świetnie się rozumieli. Jednak „idealny” związek nie przetrwał. Coś się zwyczajnie posypało i pierwsza miłość mechanicznego człowieka umarła wraz z elementami jego wspomnień. Wanda ułożyła sobie życie u boku kogoś innego, a nasz protagonista znów poczuł pustkę w swoim robocim sercu. Tym razem zdał się na swoje umiejętności kreatywnego tworzenia i zbudował sobie:

Virginie – żonę

Viv – córkę

Vin’a – syna

Zwyczajne marzenie, niezwyczajnej rodziny.

Przy pomocy wyjątkowych postaci, autorom udało się opowiedzieć spójną historię o nieświadomości własnego istnienia nas wszystkich. Bowiem rodzinka głównych bohaterów tego komiksu zadaje sobie takie same pytania, co każdy człowiek. Kim jesteśmy? Po co istniejemy? Dokąd prowadzi życie? A może by tak rzucić to wszystko i pojechać w Bieszczady? Syntezoidy mają plan dopasowania się do ludzi, próbując jak najzwyczajniej prowadzić swoje codzienne obowiązki. Czasem wręcz karykaturalnie starają się przy tym zachować pozory normalności. Z przerażającymi uśmiechami na twarzach chcą wtopić się w podmiejskie otoczenie sielanki i dobrobytu. Zapraszają do siebie sąsiadów, oprowadzają ich po domu, opowiadają przeróżne historie, błagając przy tym podświadomie o akceptacje.  Zdaje się to jednak niewykonalne przez to, kim są i kto ich stworzył. Konsekwencje bycia blisko obrońcy Ziemi okazują się niemożliwe do uniknięcia. Rodzina Visiona zostaje zaatakowana pod jego nieobecność w domu, co doprowadza do wydarzeń rodem z horroru o familijno – kryminalnym podłożu.

Potem dochodzą do tego wątek intrygi ze szpiegami, czy motyw zemsty na przyjaciołach. Jednak przez całą historię widać jedną, bardzo mocno podkreślaną idee. „Chronić tych, których się kocha, za wszelką cenę”. Każdy z bohaterów, nawet pies, miał swój moment, w którym zmuszony był do podjęcia ekstremalnych działań, aby uratować najbliższych. W końcu rodzina jest najważniejsza.

Perfekcyjny Pan domu.

Od pierwszych stron wiemy, że z grupką syntezoidów jest coś nie w porządku. Początkowe wprowadzenie dwójki ludzkich postaci ( sąsiadów ) ma pokazać jak dziwni i sztuczni są  Visionowie. Starają się jednak wtopić w otoczenie ze wszystkich sił. Zabiegają o normalne traktowanie, bo zależało im na stworzeniu chociaż namiastki zwykłej codzienności. Tym samym historia dotyka również tematyki wyobcowania z danego środowiska, odrzucenia społecznego, czy nawet zjawiska alienacji jednostek. Dlatego, że nikt nie traktuje nowych lokatorów tak jak reszty współmieszkańców, to ci oddalają się jeszcze bardziej od swojej idei przeciętności.  Tego typu problemy dotyczą różnych grup. Widząc, jak ludzie w realnym świecie są coraz bardziej zamknięci na inność, należy piętnować strach przed nieznanym i pokazywać, jakie to może mieć skutki. Komiks jest do tego dobrym nośnikiem, ponieważ ograniczają go jedynie wyobraźnia autora i wizja rysownika. Ponadto z większym prawdopodobieństwem trafi do młodych, świeżych umysłów.

A jeśli już o autorach mowa!

Zarys samej historii i tego, jakie wrażenia we mnie wywołała, już trochę wam przybliżyłem. Teraz chciałbym poświęcić fragment tekstu warstwie estetycznej. Ilustracje bowiem są dość psychodeliczne oraz brutalne. Mimo że flaki nie latają dookoła (tak jak w Old Man Loganie, o którym możecie poczytać tutaj, jeśli czujecie żądze krwi) to momentami jest agresywnie. Kadry gdzie żona Visiona dopuszcza się morderstwa przy pomocy metalowej, kuchennej podstawki, po czym zakopuje ciało w ogródku, są mocne i zapadły mi bardzo głęboko w pamięć.

Gabriel Hernandez Walta i Michael Walsh, czyli rysownicy tej opowieści, stworzyli naprawdę niepokojący klimat. Patrząc na wykrzywione, fałszywe uśmiechy sztucznej rodziny czuć mrowienie na plecach, które towarzyszy temu, kiedy nasz umysł jest niespokojny. Dysonans odczuwany  w kontakcie z naszymi bohaterami jest spowodowany tym, co widzimy. Jak zachowują się Visionowie przy ludziach, a jak sami. I nie chodzi tu o to, że są jakimiś złoczyńcami i knują jak by tu uprzykrzyć dzień zwykłym obywatelom. Oni po prostu tak mocno starają się być szarakami, a tak bardzo nie powinni.

Jednym z najważniejszych elementów opowieści jest jej oryginalny sposób prowadzenia narracji, stanowiący istotną część strony wizualnej. To, co zaprezentowano na obrazkach to jedno. To, co w chmurkach, to drugie. Jednak główna linia fabularna jest opowiadana przez narratora w niewielkich, ramkach rzucających się od razu w oczy. Tam rozgrywa się akcja, która tłumaczy niektóre kadry lub uzupełnia je o komentarz. W połączeniu z pastelową paletą barw i wspomnianym wcześniej, wywołującym dreszcze klimatem, całość daje chwilami wstrząsający efekt.

Powiew świeżości.

To wciąż jest w jakimś stopniu superbohaterski komiks, no bo przecież głównym zamieszanym jest jeden z mścicieli. Jednak przy pomocy bardzo oryginalnej fabuły, poprowadzonej w ciekawy sposób i narysowanej jak dobry horror, stworzono unikatową opowieść. Dodatkowo poruszono tutaj wiele ciekawych i ważnych tematów, które wydawałoby się, są omijane w innych  dziełach twórców głównego nurtu. Plusem jest również fakt, że to osobna, niezależna produkcja, do której można sięgnąć bez znajomości wydarzeń z uniwersum.

Co za tym idzie, jeśli nie przeszkadza Ci, że głównymi bohaterami są maszyny o ludzkich umysłach, to bierz bez zastanowienia.  W końcu to, co wartościowe skrywa się w środku pod obudową i plątaniną kabli.

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o