Tomb Raider – oglądanie tej samej historii w końcu musi się znudzić. O wtórności przygód Lary Croft.

Nowy Tomb Raider nie jest ani dobry, ani zły. Po prostu jest. Właściwie ciężko go rozpatrywać w jakichkolwiek kategoriach, bo, o dziwo, jestem w stanie przekonać samą siebie, że jednocześnie był to film całkiem w porządku, jak i, że był kompletną klapą.

Co świadczy o pierwszym?

Przede wszystkim – bohaterka. Alicia Vikander w roli Lary Croft podobała mi się dużo bardziej niż Angelina Jolie. Rozmiar biustu (co jest najczęściej omawianym elementem filmu) osobiście nie robi na mnie wrażenia. Alicia jest przystępniejsza, sympatyczniejsza i jakoś łatwiej trzymać mi za nią kciuki. Wpasowuje się w lekki ton filmu. Nie bije od niej sztuczność.

Jeśli jest dobrze, to dlaczego jest tak źle?

Jak też wspomniałam – Tomb Raider jest lekki i przyjemny. Typowy film przygodowy na wakacje. Nie zaskoczy widza niczym nowym. Fabularnie bezpieczny. Realizacyjnie również. Żadna ze scen (poza tą z granatnikiem – nie powiem, zachichotałam) nie zapada w pamięć ani nie zrzuca z fotela. W trakcie filmu można spokojnie wyjść po napoje czy za potrzebą, a po powrocie doskonale odnaleźć się w fabule. Można też przyciąć komara i wyniesie się z filmu dokładnie tyle samo. Według wielu jest to ogromną zaletą, gdyż pewne filmy mają nieść rozrywkę, a nie intelektualną przygodę. Nowy Tomb Raider jest idealny, by leciał sobie w tle na jakiejś posiadówce ze znajomymi. Właśnie dlatego oceniłam go na mocne 6/10. Dodatkowy plus za to, że autentycznie najechano grobowiec!

Jednak nie wypierając się tego wszystkiego, co napisałam, w tym momencie odzywa się moje serce kinomana z wymaganiami… Jak również niespełnionego twórcę scenariuszy i opowieści w szerokim znaczeniu tego słowa.

Dlaczego? Dlaczego, w roku 2018 roku, gdzie wszystko już było, nikt nie chce wysilić się na oryginalność?! Przyznaję, że to jest coś, co mnie okrutnie tamuje w pracy, bo trafiam na kliszę i walczę, żeby jej nie użyć. Więc wkurza mnie, że oto dostajemy taką fabularną i reżyserską kalkę wszystkiego, co już było i mamy się tym zachwycać. Ja nie rozumiem, dlaczego tam, w Hollywood, nikomu już się nie chce. (Tzn. rozumiem, parafrazując klasyka: „Po co? Frajerzy przyjdą.”)

Tomb Raider: Początek

Czym charakteryzuje się origin story? Nieświadoma niczego sierota żyje, walcząc z codziennością, aż w końcu pojawia się zwiastun przygody. Bohater rusza w drogę, na której walczy ze swoimi słabościami i innym przeciwnościami losu, by na koniec poznać samego siebie, znaleźć swoje przeznaczenie. I wyjątkowo ciętym one linerem rzucić zapowiedź sequela tuż przed pojawieniem się napisów końcowych.

Tak już bez większego zastanawiania się wiadomo, czego oczekiwać: bohater zbierze ekipę (najczęściej namówi ich do współpracy albo obietnicą kasy, albo uderzy w emocjonalne tony). Opiekun/wujek bohatera będzie zdradzieckim typem zamieszanym w zaginięcie/śmierć rodzica. Jeśli to poszukiwania – zaginiony rodzic znajdzie się, aby chwilę później i tak iść do piachu. Można tak wyliczać w nieskończoność.

Analiza filmu aka SPOILERY

Spójrzmy sobie na fabułę Tomb Raidera. (tak, wiem, że to ekranizacja gry, ale wciąż mogli się szarpnąć na coś od siebie). Albo chociaż kazać jej zamknąć lokaja w lodówce. To by odebrało argumenty wszystkim krytykantom.

Lara, dziedziczka fortuny, dorabia jako kurier i ledwo wiąże koniec z końcem tylko dlatego, że nie chce przyjąć do wiadomości, że jej ojciec może nie żyć. Woli, żeby dorobek
życia Richarda (Dominic West) stał i marniał, bo ona nie chce podpisać kawałka papieru. Do tego oczywiście będąc fajną i młodą dziewczyną, jest kompletnie odporna na wszelkie męskie zaloty, które zbywa cytując Szekspira. „Opiekunka” Lary, Anna (Kristin Scott Thomas), w pewnym momencie mówi, że już nawet „prywatni detektywi nie chcą brać pieniędzy na poszukiwania Richarda.” Lara, wykształcona dziewczyna, zamiast podpisać papiery, przejąć firmę i za własne pieniądze, na własną rękę szukać ojca – jeździ rowerem po Londynie.

Co więcej, kiedy odkrywa skarbiec i sekret, i decyduje się wyruszyć na poszukiwania… Wciąż nie bierze kasy, tylko zastawia w lombardzie ukochany medalik, który dostała od ojca.

Ale to już było…

Samiuteńka, uzbrojona tylko w plecak, jedzie do Japonii… I od razu pada ofiarą kradzieży. Tu następuje nic niewnosząca scena akcji, gdzie Lara i jej oprawcy ganiają się wśród tabuna ludzi. Rozwalają co popadnie, wrzucają ludzi do wody i ogólnie traktując cały market jako swoje podwórko do zabaw. Nie znajdzie się nikt, kto złapie ich za fraki i wstrząśnie, by przywołać do porządku.
Oczywiście, poszukiwany przez Larę, Lu Ren (Daniel Wu, co by azjatycka widownia przyszła), jest doskonale wszystkim znany, ale lokalni nie chcą Larze pomóc. Jednak nie bójmy żaby, podczas tych przebieżek Lara wpadnie na łódź Lu, jej oprawcy uciekną, a pijany żeglarz w końcu zgodzi się jej pomóc, bo dziewczyna wstawi mu rzewną gadkę.

Wspólna podróż zaowocuje słownymi docinkami, ale też powolnym odnajdywaniem wspólnego języka. Tutaj plus za brak romansu, bo gdyby odwrócić płcie bohaterów, to inaczej by tę łódź w pewnym momencie rozbujali.

Główny zły, Vogel (Wolton Goggins, którego jestem fanką po Nienawistnej Ósemce) wprost powie Larze, że zabił jej ojca (nie prawda). Następnie ten sam Vogel pozwoli Larze uciec (pewnie tak samo „upewnił się”, że Richard nie żyje). Co już jest dość dziwne. Z czasem okaże się, że Vogel potrzebuje kogoś z rodziny Croftów, by otworzyć grobowiec i sam wrócić do rodziny, którą zostawił siedem lat wcześniej. A jeszcze przed chwilą tak ochoczo strzelał do każdego o nazwisku zaczynającym się na C…

Nawet będąc w potrzasku, Lara i Lu Ren nie szczędzą sobie ciętych dialogów (ot, wszystko by podtrzymać się na duchu w ich wyjątkowo trudnej sytuacji). Całe szczęście śmieszkowanie nie przeszkadza im w zaplanowaniu ucieczki. To znaczy, Lara ucieka, a Vogel – zamiast złapać Rena i krzyknąć za Larą „Wracaj, bo mu rozwalę łeb!” (przecież widział, z kim Lara najwięcej dyskutowała, z kim się trzymała, kto jej pomógł uciec), tylko nokautuje kapitana rozbitego statku i właściwie nic mu tak naprawdę nie robi.

Tomb Raider: Pierwsza krew

Lara nagle włącza game mode, skacze, pływa, ciałko też ma zajebiste. Scena jej użerania się z rzeką i samolotem powinna trzymać widza na krawędzi krzesła, ale tak nie jest.

Dalsze zwolnienie akcji przynosi nam odnalezienie ojca i decyzję, by jednak wrócić do obozu Vogela.

Co tam dalej? Też klasyki. Lara teraz niczym Rambo Predator w jego stealth kamuflażu, wchodzi do obozu wroga. Lu Ren organizuje powstanie (a bo dlaczego by nie?), Richard pchnie się do grobowca i zostaje wzięty za zakładnika. Vogel jest zdziwiony, że Richard żyje, ale nie nadrabiają siedmiu lat rozłąki, bo czas goni i trzeba grobowiec otwierać. Richard odmawia, ale zjawia się Lara (która teraz stała się Legolasem tej historii [Legolas ładniejszy]). Richard prosi córkę, by prędzej zabiła go, niż pomogła wypuścić na świat klątwę (a Wy macie pretensje, gdy matka wam każe talerz chociaż w zlewie zostawić ;/).

Następuje wchodzenie do grobowca odhaczające każdą z linijek cytowanej przez Larę przypowieści. Tu przypomniał mi się cytat z Odkryć Ryrii Michela J. Sullivana, coś w ten deseń: „Wchodzenie odbywa się wolno, ale wychodzenie jest zazwyczaj na pędzie.” W Tomb Riderze zastosowano tę samą metodę. Nie chcę wgłębiać się w szczegóły, szkoda czasu. Ale oczywiście macie rację – coś tam się dzieje. Są zagadki, podłoga się zapada, grobowiec jest, coś się Larze nie zgadza, oho! Okazuje się, że w sumie to nie żadna klątwa i zła królowa wcale nie była taka zła, jak mówili. Przydupasy Vogela umierają, Vogel kradnie kawałek królowej. By tradycji stało się zadość, ojciec Lary wysadza się w grobowcu (ale dla pewności zostaje zakażony, żeby nie było, że miał jednak szansę uciec), uprzednio żegnając się z córką pełnym łez i „bycia z siebie nawzajem dumnym” dialogiem.

Tymczasem na powierzchni: Lu Ren mówi: „Nie uciekam, wracam po Larę!” Losowy koleś, który spędził w niewoli x lat i prawdopodobnie teraz nawet nie wie, gdzie szukać swojej rodziny na to: „Ja też! Lara jest zajebista!”. Kopią chłopaki, kopią! Dokopali się. Hurra, Lara żyje! (tylko pomyśleć, jak byłoby wszystkim niezręcznie, jakby z dziury wylazł Vogel?!).

Na końcu kolejny cięty dialog.

Koniec? Nie!

Czego zabrakło? Kto uważnie czytał? Tak, tak. Opiekunka Lary okazuje się być szują, która finansowała Vogela.
Lepiej! Richard prowadził wcześniej śledztwo w jej sprawie, wiedział, kim kobieta jest, a i tak zostawił swoją córkę pod jej opieką! Way to go, Dad!

To już niewątpliwie kurtyna!

Na koniec uprzedzam pytania: Nie. Nie planuję oglądać „dwójki.”

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o