The Midnight Gospel | Sezon 1 | Recenzja serialu Netflix

The Midnight Gospel można opisać na wiele sposobów.  Teoretycznie da się tak powiedzieć o każdym tworze popkulturowym, jednak w przypadku tego serialu ma to szczególne znaczenie. Jedno nie ulega żadnej wątpliwości – w ofertę Netflixa i w umysł widza wlatuje równie subtelnie, jak Jorge Masvidal w Bena Askrena.

Pozornie jest to pozycja absurdalna, rodem z największego narkotycznego tripu. W gruncie rzeczy dawno nie zetknąłem się z opowieścią tak przyziemną i życiową. Dotychczas nie powiedziałbym, że da się połączyć zupełnie bezkompromisowo coś ponadwymiarowego z czymś zwykłym, ale The Midnight Gospel po prostu tu robi.

Jak się za to zabrać?

Opisując The Midnight Gospel, najłatwiej będzie zacząć od faktów. Głównym bohaterem serialu jest Clancy Gilroy, który opuścił ojczystą planetę, żeby móc rozwijać swój program – tytułowy TMG. Jego show ma charakter podcastu (kosmocastu), który publikuje w internecie (kosmonecie). Machiną napędową jego materiałów jest symulator wszechświatów przenoszący go w szereg uniwersów. Przeprowadza tam rozmowy z szeregiem interesujących osób. Ciekawostką jest fakt, iż wizyty te nie są symulacjami, a zagrożenie w nich jest realne, jednak Clancy wędruje tam pod postaciami awatarów. Raz zobaczymy go w roli różowej małpki, innym jako grającą tęczę czy jego samego, ale z bitej śmietany. Lecz to nadal fakty.

Im dalej w las, tym odbiór The Midnight Gospel staje się coraz bardziej indywidualny. Dzieje się tam tyle, że każdy wyłuska z serialu swoją interpretację. W moich oczach TMG dzieli się na trzy płaszczyzny. Pierwszą jest sfera podcastu. Głosem Clany’ego jest Duncan Trussell – jeden z twórców animacji. Przeprowadzane rozmowy przebiegają bardzo naturalnie z prostej przyczyny – w prawdziwym świecie ten gość sam jest gospodarzem słuchowiska The Duncan Trussell Family Hour. Patrząc na to w ten sposób, to właśnie Clancy może być analogicznie awatarem Duncana w serialu. 

Tak czy inaczej, w rolę rozmówców głównego bohatera wcielają się różni znani, przede wszystkim w kulturze amerykańskiej, ludzie – pisarze, blogerzy. Również oni otrzymują swoje fikcyjne odbicia. Ich rozmowy jednak przez większość czasu skupiają się na sprawach oderwanych od rozgrywających się aktualnie w serialu wydarzeń. Dyskutują na temat życia i śmierci, przebaczenia, doświadczeń życiowych, poglądów. To rozmowy dojrzałych ludzi, którzy są chętni do podzielenia się wartościowymi treściami. Patrząc na to w ten sposób, The Midnight Gospel mogłoby być po prostu słuchowiskiem o takiej samej nazwie. Całość nie jest jednak zupełnie oderwana od stricte serialowej treści, bo co jakiś czas bezpośrednio nawiązuje się do tego, co dzieje się wokół bohaterów…

Psychodelia w The Midnight Gospel

Druga płaszczyzna, czyli to, co fizycznie dzieje się w The Midnight Gospel, jest absolutną jazdą bez trzymanki. Jej analiza zapełniłaby kilka tekstów. Raz, że każdy zwiedzany przez Clancy’ego wszechświat jest kompletnie inny niż poprzedni – od planety z apokalipsą zombie po taką z olbrzymim morzem, po którym pływa kocia załoga. W tych krainach dzieje się wszystko. Wydarzenia przypominają jazdy towarzyszące eksperymentowaniu z całą gamą psychodelików. 

Ciężko przy tym dostrzec w nich jakikolwiek sens, choć na pewno takowy jest. TMG to w końcu bardzo przemyślana produkcja. Za pierwszym obejrzeniem na pewno nie uda nam się go odnaleźć. Z jednej strony to trochę przytłacza… A z drugiej tak na dobrą sprawę nie musimy tam wszystkiego zrozumieć. Całość jest na tyle powalona, że rozbija nas na drobne kawałeczki, robi papkę z mózgu, ale tym samym przygotowuje nas na przyjęcie do przemyślenia pierwszej warstwy serialu. Wiecie – trochę jak z gliną, którą swój kształt przybiera, przeistaczając się z bezkształtnej grudy.

Nie można również zapomnieć o czysto wizualnej stronie The Midnight Gospel. Za animację odpowiada znany z Adventure Time Pendleton Ward i faktycznie kreska budzi niemałe skojarzenia. Wydaje się jednak być bardziej odrealniona i niepokojąca. Jest to potęgowane przez fakt, iż akcja w TMG nie jest do końca płynna, jakby całość trochę „klatkowała”. To prosty zabieg, ale bardzo potęguje szaloną część serialu. Poza tym jednak zobaczymy tu proste rysunki, zaaranżowane na niezwykłe i poważne sceny. Całość jest odrobinę rozmyta, bardzo jaskrawa i znakomicie wpisuje się w odjechany aspekt The Midnight Gospel.

Życiowych aspektów ciąg dalszy

Ostatnią, ale równie ważną, płaszczyzną serialu jest historia samego Clancy’ego. Odnoszę wrażenie, że prowadzący The Midnight Gospel nieustannie mierzy się z uczuciem wyobcowania, poszukuje sposobu na to, żeby się spełnić. Cieszy się z każdego nowego subskrybenta swojego show, których nie ma jeszcze wielu. Zależy mu na nich do tego stopnia, że wyrusza do innego wszechświata specjalnie po lody dla swojego kolejnego fana. Nagrywając podcasty, nasz bohater nie tylko rozwija swój program, ale również siebie samego. Wędrujemy z nim, patrząc, jak próbuje radzić sobie z rzeczywistością i może po trochu uciekając w inne światy za pomocą symulatora. Tak jak my nie jest superbohaterem, tylko zwykłym gościem nadal poznającym życie. Łatwo go polubić i się z nim utożsamić. 

The Midnight Gospel

Animowane arcydzieło?

The Midnight Gospel jest niesamowitym serialem. Pozornie szalona psychodelia to tylko otoczka dla bardzo dojrzałego i mądrego dzieła. Nie jest ono łatwe w odbiorze, ale zdecydowanie wartościowe. Niech Was nie zwiedzie pierwsze wrażenie – to przede wszystkim jazda bez trzymanki dla umysłu, nie tylko dla oczu. To perełka, do której bez wątpienia warto podejść z należytą uwagą – z odpowiednim spokojem i skupieniem, dawkując sobie kolejne odcinki.  Jeśli oddamy im odpowiednią uwagę, to może uda nam się wyciągnąć z nich część przesłania przygotowanego przez twórców.

Jestem ciekawy Waszego zdania na temat The Midnight Gospel. Odnoszę wrażenie, że od dawna żadna pozycja Netflixa i dawała tak dużego pola do popisu w interpretacji, jak ten serial. Podzielcie się z nami wrażeniami na naszym fanpage Leniwa Popkultura… A jeśli po seansie MTG wciąż nie będziecie mieli dość podcastów, wpadnijcie na Spotify, gdzie od niedawna gościmy z własnym słuchowiskiem pod nazwą Leniwy Podcast. Do usłyszenia!

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments