The Longest Journey – przeżyć „najdłuższą podróż”

the-longest-journey-tlo

Co jakiś czas wybucha wielka dyskusja, czy gry mogą być uznane za formę ekspresji artystycznej, czy też nie. Zazwyczaj głównym argumentem przeciw bywa stwierdzenia, że przy powstawaniu tego typu elektronicznej rozrywki, ciężko o indywidualny, autorski głos. Inaczej jak w przypadku filmów, gdzie reżyser lub scenarzysta mają dramatyczny wpływ na ostateczny wygląd dzieł, gry zazwyczaj nie mają tak silnej persony u sterów. Szczególnie w tych produkcjach z najwyższej półki. Tam wysiłek i praca wkładana w ich powstawanie są gigantycznym wkładem dziesiątek, o ile nie setek osób.

Bardziej osobistych nut możemy szukać przede wszystkim w grach indie, gdzie te często są tworzone przez pojedynczą osobę. Dobrym przykładem będzie np. fantastyczne Undertale, w którym od historii, poprzez muzykę, aż po rozgrywkę jest dziełem jednej osoby. Z dużych projektów natomiast trzeba wspomnieć o Hideo Kojimie, czy Suda 51 – ich styl również jest nie do podrobienia.

Leonardo widzi jak robisz kurwę ze sztuki

Do czego zmierzam?

Skąd ten przydługi wstęp? Pewnie teraz pomyśleliście, że zacznę tutaj polemikę na temat już wyżej poruszony, czyli dotyczący artyzmu gier. Otóż nic bardziej mylnego. Uważam ją za jałową i tak przeżutą, że bez sensu byłoby tutaj dokładać moją własną cegiełkę do problemu, który tak szeroko został omówiony przez dziesiątki innych osób. Do czego zmierzam? Otóż o ile ocena wartości artystycznej gier jako całości doświadczenia, osobiście dla mnie sensu nie ma, to skupienie się na pojedynczych jej elementach jak najbardziej. Szczególnie gdy chcemy poruszyć temat np. samej opowiedzianej historii, a mało który gatunek nadaje się do tego lepiej, niż gry przygodowe…

Jacek kontra przygodówki

Na początek od razu zaznaczę, że za tego typu produkcjami nie przepadam. Bardziej jednak bierze się to z tego, jaką formę rozgrywki oferują. Choć wiele razy próbowałem samemu podejść do nich, nigdy nie byłem w stanie polubić mechanik, na których ten typ gier jest zbudowany. Z naciskiem na te w stylu point-and-click. Nie jestem osobą, która jest specjalnie cierpliwa, a niestety klasyczne przygodówki tego wymagają od człowieka. Przede wszystkim dlatego, że zagadki i wyzwania stawiane graczowi są często mocno abstrakcyjne oraz przeczące intuicji.

W ten sposób niestety wygląda lwia część z nich. Nadmierne komplikowanie, wręcz złośliwe projektowanie takich konfiguracji przedmiotów, by wymusić na grającym dopasowywanie na ślepo. Klikaj na wszystko bez opamiętania, spróbuj odgadnąć kompletnie od czapy sekwencję łączenia przedmiotów, czy polowanie na ukryte gdzieś w ledwie widocznym punkcie elementy potrzebne do rozwiązania. Jednym zdaniem: sadyzm twórców częstokroć nie zna granic.

Gdzie Jacek nie może, tam Tuba pomoże

Na szczęście żyjemy w erze cyfrowej rozrywki. Dzięki temu, że sam nie muszę w nie teraz grać, aby poznać zawarte w nich opowieści — chwała niech będzie YouTube’owi. Pozwoliło mi to mieć tę przyjemność, by poznać jedną z najlepszych opowieści, jaką przyszło mi śledzić w jakimkolwiek medium. Zachowując przy tym zdrowe zmysły i nerwy…

Najdłuższa Podróż

Skoro mamy już moje jęki i narzekania na gameplay za sobą, to możemy przejść do mięska. The Longest Journey, to leciwa gra. Developer, którym jest norweskie studio Funcom, wypuścił ją na lokalny rynek w listopadzie 1999, a wydanie amerykańskie to rok 2000. Wielu z Was się pewnie skrzywiło na te słowa: “Ej, Panie Jacku – co nam Pan tutaj opowiada o jakiejś starości?”… ale, ale! Proszę o cierpliwość oraz pozostanie przez chwilę i posłuchanie. Obiecuję, że nie pożałujecie.

The Longest Journey

Po drugiej stronie rzeczywistości

Wyobraźcie sobie, że choć zasypialiście w swoim własnym, wygodnym łóżku, to nagle budzicie się na skarpie. Przed wami rozciąga się fantastyczny, niemal baśniowy pejzaż, a całość jest tak realna, że zaczynacie kwestionować, czy to jawa, a może sen. W oddali gdzieś na horyzoncie majaczy coś niespokojnego, mrocznego i do tego nieuchronnie, niczym najgorsza burza, zbliżającego się do ciebie. Zanim zdążysz przetrawić całą sytuację, spada na ciebie zadanie uratowanie nienaturalnie wielkiego jajka i spotkanie ze smokiem (elokwentnym), a później atak ze strony tajemniczego sztormu i spadek w ciemną otchłań.

April Ryan budzi się nagle ze snu. Jej pokój jest ciasny i duszny, bezlitośnie rozgrzewany letnim słońcem. Wynajęte cztery kąty, choć tanie oraz całkiem przytulne, są pozbawione wygód pokroju klimatyzacji. Zderzenie z rzeczywistością sprawia jednak, że pamięć o śnie powoli gaśnie wraz ze wpadnięciem w ciąg codziennych spraw i zmartwień. Romanse, egzaminy w akademii sztuk pięknych i praca wystarczająco zajmują czas oraz wypełniają myśli. Nadnaturalne, wręcz niewyjaśnione zjawiska jednak nie odpuszczają. Nasza protagonistka, po części wbrew swojej woli, zostaje wciągnięta w intrygę, której stawką jest los nie jednego, a dwóch światów.

Opowieść ponad wszystko

Jeśli zapytalibyście mnie, którą z gier uważam za gotowy materiał do zaadaptowania w formę filmu / serialu, to bez większego zastanowienia odpowiedź brzmiałaby: The Longest Journey. Ragnar Tørnquist, scenarzysta oraz reżyser, stworzył świat bogaty, pełen życia i wypełniony intrygującymi historiami oraz postaciami. Przede wszystkim rozdzielenie akcji na dwa odmienne rzeczywistości było zagraniem, które uwolniło mu ręce w kwestiach kreatywności.

The Longest Journey

Stark i Arkadia leżą w The Longest Journey tuż obok siebie, a właściwie są jednym światem rozdzielonym przed milleniami na dwa osobne. Niczym dwie strony monety. Pierwszy rządzi się logiką i nauką, drugi abstrakcją przemieszaną z magią. Stark, to futurystyczna wizja naszego świata, o tyle Arkadia jest już zupełnie inną parą kaloszy. Pozbawiona logicznych rozwiązań znanych naszej cywilizacji, z zaprzeczającymi fizyce fenomenami i rasami wymykającymi się konwencjom gatunku. Jednym z fragmentów, wciąż tkwiącym w mojej pamięci, jest dialog pomiędzy April Ryan a przedstawicielem ludu, dla którego czas jest jednym punktem. Wszystko, co przeszłe, teraźniejsze i przyszłe nie podlega rozróżnieniu. Ujęcie tego aspektu w rozmowie kipiało od kreatywności. Nad całością tymczasem czuwa siła Równowagi wraz ze swoim Strażnikiem. Wokół niej i pewnej przepowiedni (w opowieściach fantasy musi być zawsze jakaś przepowiednia, nie?) kręci się cała oś fabularna. A to tylko wierzchołek przykładów z cudownego światopisarstwa, jakiego możemy tutaj doświadczyć.

April Ryan

Bohaterka The Longest Journey też na pierwszy rzut oka nie jest kimś, kto nadawałby się specjalnie do ratowania rzeczywistości. Filigranowa studentka ASP z pewnością kandydatem na czempiona nie jest, choć nadrabia to inteligencją i sprytem. Oraz masą samozaparcia do brnięcia dalej — choć próbując dotrzeć do końca tej “Najdłuższej podróży”, los wciąż ciska jej pod nogi kolejne kłody. Chociaż początkowo niechętna misji i próbująca się z niej wykręcić, ostatecznie podejmuje walkę. Głównie przez wzgląd na bliskich, którzy nieświadomi zagrożenia nie rozumieją, dlaczego April najpierw się od nich odsuwa, a później znika bez śladu. Niewielu jest gotowych obciążyć swe barki przyszłością ludzkości i magicznych stworzeń “po drugiej stronie lustra”, jednocześnie rezygnując z wszystkiego, co do tej pory stanowiło cały twój świat.

Poświęcenie, los i Równowaga

Nasza kultura nauczyła nas jednak, że nieważne ile przeżył bohater w trakcie swoich przygód. Czy też ile odwiedził zamków, by dowiedzieć się, iż księżniczka może znajdować się w kolejnym. Koniec drogi wiąże się z jakąś formą nagrody, czy spełnienia. Tuż za ostatnią górą, za finałowym złylordem — czeka zasłużony odpoczynek w glorii i chwale. Z ukochaną(ym) u boku, z połową królestwa w ręce i zachodzącym słońcem na horyzoncie. “Najdłuższa Podróż” łamie ten trop w brutalny sposób. April Ryan w finale staje przed nami złamana i choć całość teoretycznie kończy się powodzeniem sił dobra, to w gruncie rzeczy dla samej bohaterki jest bardzo gorzkim zakończeniem.

The Longest Journey

Mierząc się z przeciwnościami wielokrotnie od niej potężnymi, stając oko w oko z traumami z dzieciństwa i odrzucając miłość oraz przyjaźń bliskich — zostaje sama. Nie ma fanfarów, nie ma garnka ze złotem na krańcu tęczy. Jest pustka, zgorzknienie i poczucie bezsensu. Jej trud nie został wynagrodzony, a na dodatek okazuje się, że wcale nie była bohaterką tej przygody. Wręcz przeciwnie, wykonywała tylko narzuconą rolę, stanowiąc zaledwie trybik w gigantycznej machinie napędzającej dwa światy. Niewiele jest gorszych rzeczy niż dowiedzenie się, iż jest się wyłącznie bezmyślnym narzędziem. Pojawia się w takich chwilach pytanie: warto było? Czy każde poświęcenie, każda odtrącona ręka to adekwatna cena, jaką przyszło zapłacić? Choć nie ma na nie jasnej odpowiedzi — April odchodzi samotna, pozbawiona złudzeń i przyszłości.

Wiele osób krytykowało zakończenie, jako zostawiające zbyt duże pole co do interpretacji, ale czy na pewno tak jest? Dla mnie osobiście stanowi fenomenalne podsumowanie podróży, której doświadczyła bohaterka. Nawet w świecie baśni, magii i innych niesamowitości, nie da się uniknąć trudów oraz znojów, a za nasze cierpienia niekoniecznie musi czekać nagroda.

The Longest Journey

Gorąco wszystkich zachęcam do zapoznania się z “Najdłuższą Podróżą”. Nawet jeżeli nie macie sami ochoty grać, to sięgnijcie po jedną z wielu dostępnych zapisów rozgrywek. Gdy zapomnicie, że patrzycie na grę — dostaniecie kawał fenomenalnie napisanej i opowiedzianej historii, która mam nadzieję, zostanie z Wami na dłużej.

Bardzo bym chciał zobaczyć opowieść z The Longest Journey w formie serialu, bo nadaje się do tej formy znakomicie. Byłoby miło, gdyby twórcy filmowi zaczęli sięgać właśnie przygodówki, jako podstawy do adaptacji. A czai się w nich masa pięknych historii, tylko czekająca na zaprezentowanie ich szerszej publice.

Od siebie polecam sięgnąć np. po tę serię na YT, chociaż zapis rozgrywki ma już swoje lata, to jest po polsku (świetny dubbing swoją drogą!). Plus grająca też wie, co robi, a i komentarz ma niezgorszy.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o