Ten sam cukierek w nowym opakowaniu. Rick i Morty Tom 3 – Recenzja

Witajcie w Mortywersum! Zanim potraktujecie to, jako kosmicznie (hehe!) słaby żart z mojej strony, dajcie wyjaśnić! Wspomniane „Mortywersum” jest swoistym, choć może trochę naciągam, motywem przewodnim tego tomu. Sama nazwa budzi skojarzenia z multiwersum, które znamy z innych, dużo popularniejszych, komiksów. I bynajmniej nie dlatego, że Rick i Morty nawiązują do historii o superbohaterach. Jedyne, do czego nawiązuje trzeci tom, to oba poprzednie. Dostajemy to samo. I to kolejny już raz. Identyczny, smaczny cukierek, tyle że w nowym opakowaniu. Tym właśnie w skrócie jest najnowsze wydanie przygód kultowej już dwójki bohaterów. Niemniej, dalej przednio bawi i relaksuje jak mało co. No, bo przecież, kto nie lubi cukierków?

O ironio!

Zacząłem od zarzucenia wyczerpującej się świeżości, a w samej budowie trzeciego zbioru zeszytów zaszła zmiana. Dalej mamy pięć rozdziałów, tak samo wciąż obowiązuje podział na trzy traktujące o jednej, dłuższej przygodzie i dwa przeznaczone na krótsze fabularnie wydarzenia. Zniknęły jednak „Dodatkowe Historyjki”! Nie ukrywam, że ubolewam nad tym faktem, albowiem w dwóch poprzednich tomach trzymały (a niekiedy podnosiły) poziom i świetnie, w humorystyczny sposób, opowiadały perypetie postaci będących w cieniu tytułowej dwójki.

Pozostańmy jednak przy tym, co zostało, a nie co zabrano.

Główna historia jest bardzo podobna do tej, którą uraczono nas w drugim tomie. Nie wiem, odnoszę wrażenie, że jej zamysł jest przełożony prawie jeden do jednego. Dwie pozostałe są lepsze, bardziej zwariowane i dużo ciekawsze. Moim faworytem jest czwarty rozdział, ale nie chcę nic zdradzać. Dla niego warto zaopatrzyć się w zbiór okraszony cyferką „3”. Sam humor, patrząc na przekrój całości, jest wciąż satysfakcjonujący. Dalej tak przyjemnie prostacki i tak banalnie zabawny („Chcesz ruchać mój toster, Jerry?!”) a przez to nie przestanie szybko nudzić. Taką przynajmniej żywię nadzieję.

Bohaterowie są Ci sami…

…i w dalszym ciągu doskonale oddają charakter oryginałów znanych z animacji. Trzeci już raz nie było momentu, w którym postacie zgubiłyby swój styl bycia. Trzeba z tego miejsca przyklasnąć scenarzystom, bo materiał źródłowy przeanalizowali z każdej możliwej strony. Co więcej, zrobili to bardzo dokładnie. Nawet te postacie, które zostały wykreowane na potrzeby historii, pasują do ogółu. Nie jestem w stanie podać choćby jednego bohatera, który odbiegałby od klimatu. Winszuję, bo to ogromne osiągnięcie.

Bliźniaczo jest w przypadku rysunku.

Tu też doskonale przeniesiono klimat na papier. Barwy, pozornie niedbały styl graficzny i wręcz wzorowo odwzorowana mimika, która miała niebagatelny wpływ na „memiczny” potencjał pierwowzoru komiksu. Nad pracą grafików rozpływałem się już jednak dwukrotnie, a zatem nie będę przynudzał robieniem tego po raz kolejny. W skrócie: znów nie zawiedli i dostarczyli wzorowo wykonaną robotę. U nich, w przeciwieństwie do scenarzystów, powtarzalność ma ogromną wartość i jest zdecydowanie pozytywna.

Słów kilka o polskim wydaniu

Odpowiedź na pytanie, dlaczego zabrałem się za rozliczenie z rodzimym wydaniem dopiero teraz, jest prozaiczna. Wiedziałem, że przypadnie mi przyjemność recenzowania większej liczby tomów „Rick and Morty”. Nie chciałem osądzać polskiego przełożenia po jednym wydaniu, a tym bardziej wolałem uniknąć robienia tego po każdym z nich. Teraz, po ukończeniu trzech, czuję się kompetentny, aby to zrobić. Do rzeczy…

Tłumaczenie jest bardzo dobre!

Niczego innego nie spodziewałem się po wydawnictwie, które jest hegemonem polskiego rynku komiksów. A doświadczeniem przerasta pewnie wszystkie inne zebrane razem do kupy. Cieszy mnie to, że nie bawili się w sztuczne cenzurowanie ostrych kwestii – w końcu oznaczenie „tylko dla dorosłych” nie jest dla picu. Drugi aspekt, który chciałbym pochwalić, to pozostawienie nawiązań popkulturowych w oryginalnej formie. Nie zliczę, ile razy spotkałem się z nieudolnym przekładem porównań do amerykańskich osobistości na te z naszego kraju. Inne wydawnictwa – bierzcie przykład. Natalia Siwiec to nie Ariana Grande, a Jacek Piekara nie zastąpi w żadnym kontekście L. R. Hubbarda. Tylko tyle i aż tyle.

Reasumując

Komiks autorstwa ekipy, w skład której wchodzą: Fowler, Cannon, Ribon, Ellerby i Hill to wciąż przyjemna rozrywka. Dziesiątki nawiązań do popkultury, setki prostackich żartów, tysiące głupkowatych (pozytywnie!) docinek. W rzeczy samej wszystko super, ale teraz pomnóżmy to trzykrotnie. I bam! Nawet najsmaczniejsze danie po pewnym czasie spada do poziomu standardu. Adaptujemy się, przyzwyczajamy i traktujemy jako coś stałego. Dokładnie tak czułem się, obcując z trzecim tomem Rick and Morty. Niezwykle smaczny obiad, jednakże po raz wtóry przyrządzony identycznie i powoli zaczyna się przejadać. W ekranizacji udało się zachować złoty środek pomiędzy schematycznością a świeżością – być może właśnie za tym kryje się jej fenomen. Wierzę, że autorzy komiksowej adaptacji też ów znajdą, gdyż będzie to niewątpliwie największy prezent dla wszystkich wyczekujących kolejnego sezonu serialu.

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: