Ten, komu diabeł nie mówi dobranoc. Hellblazer tomy 1-2 | Brian Azzarello

Brian Azzarello to człowiek, za sprawą którego poznałem Constantine’a lepiej niż przy pomocy Keanu Reeves’a (inne filmy tego Pana, które warto znać). Ja wiem, że inne medium i że nie ma co porównywać autora komiksów o Hellblezarze, do aktora, który wcielił się w tą postać w filmie z 2005 r., jednak trzeba przyznać, że oprócz serialu z 2014 r. John Constantine nie był za bardzo znaną personą wśród masowego odbiorcy.

Hellblazer. Niemoralny stróż moralności.

Na przestrzeni lat, historie o nim pisali tacy autorzy jak Ennis, czy Gaiman, ale szeroka publika i tak nie do końca wiedziała, kim jest tajemniczy Angol. Kto siedział w komiksach, ten oczywiście znał papierosowego magika, a kto kojarzył go tylko ze wspominanej wcześniej ekranizacji, ma teraz idealną okazję do sięgnięcia po niesamowicie intrygujący, dwudziestoośmio zeszytowy run od Briana Azzarello, który został właśnie wydany nakładem Egmontu.

Jestem świeżo po lekturze obu tomów Hellblazer zamykających pewien skrawek historii o tym bohaterze i muszę od razu podzielić się z Wami wrażeniami, bo jest czym.

Moja jedyna relacja, jaką miałem z Constantinem, oparta była o wspominany wcześniej film z 2005 r. Jak na tamte czasy, był to dobrze zekranizowany wycinek komiksowego świata Vertigo. Główna postać uzdolnionego manipulatora z Angli była tam przedstawiana jako rozdarty między niebem, piekłem a Ziemią, wypalony łowca demonów. Wypędzał siły nieczyste z opętanych nastolatek, gadał z aniołami, rzucał święte granaty ręczne itp. Nieśmiertelny kozak, który dokuczał szatanowi i bogu jednocześnie. Na tej kreacji opierałem swoją znajomość postaci i kiedy sięgałem po komiks, liczyłem dokładnie na to samo. I cholernie się cieszę, że moje oczekiwania się nie spełniły, bo dostałem coś znacznie lepszego!

Skazany za śmierć.

W pierwszym zeszycie poznajemy naszego urwipącia od razu zamieszanego w grubą aferę. Trafia do więzienia za domniemane zabójstwo pewnego typka. Paka pełna jest najtrwardszych kryminalistów, a wśród nich nagle pojawia się chudy jegomość, którego nie opuszcza cyniczny uśmieszek i ciągła chęć zapalenia papierosa. Więźniowie traktują go z rezerwą, bo wygląda na gościa zdolnego do wszystkiego. Nie wiedzą o nim zbyt wiele, dlatego nie wchodzą z nim w bliższe interakcje.

Natomiast John musi zapewnić sobie odpowiednią pozycję w nowej społeczności, oczyścić się z zarzutów oraz jak najszybciej skołować sobie paczkę fajek.

Pierwszy i ostatni podpunkt owego planu udaje mu się zrealizować wręcz błyskawicznie.

Jako sam Hellblazer, ogrywa ważną personę w karty i zyskuje tym samym szlugi oraz twardego przyjaciela, który pomaga naszemu bohaterowi zyskać miano nietykalnego.

Czy będzie dużym grzechem, jeśli zdradzę wam, że John w końcu wychodzi z tego pierdla? I to w bardzo spektakularny sposób! Bo nie dość, że zostaje z niego zwolniony, to jeszcze pozoruje swoją śmierć, co jest mu bardzo na rękę, ponieważ przeciwnicy, którzy wrobili go w zabójstwo, nie spodziewają się jego angielskiej inkwizycji. Tylko że biedaczyna musi się jeszcze dowiedzieć, kto dopuścił się morderstwa.

Hellblazer egmont

Prawdziwy magik nie zdradza swoich tajemnic.

I mniej więcej o tym właśnie jest cała fabuła kolejnych chapterów. Constantine jeździ po Ameryce, starając się dowiedzieć kto stoi za śmiercią jego przyjaciela. Tym samym przeżywa naprawdę wstrząsające przygody. I, ku mojemu zdziwieniu, to nie demony, czy inne siły nieczyste są w tych opowieściach najbardziej przerażające. To ludzie. Bo o ile w filmie, czy serialu dookoła Anglika wszędzie pełno było sługusów szatana, to w tym komiksie najgorsi są potomkowie Adama i Ewy. To oni mordują, kłamią, gwałcą, porywają a Hellblazer staje im naprzeciw. Rozprawia się z nimi swoim najskuteczniejszym orężem – manipulacją. Nie stosuje tu jednak żadnych sztuczek magicznych, czy trików. On zawsze panuje nad sytuacją i nikt nie jest w stanie rozgryźć jego metod działania, nawet odbiorca. To jest właśnie w tym wszystkim najciekawsze.

Pełna paleta barw i arytstów.

Kreskę w tym zbiorze jest ciężko ocenić jednoznacznie, bo za każdy rozdział odpowiada ktoś inny. Znajdziemy więc blond Anglika w przeróżnych wydaniach. Mi najbardziej zapadła w pamięć wizja rysownika ze 146 zeszytu, w którym Constantine trafia do więzienia. Obrazki z tego opowiadania są karykaturalne, psychodeliczne i momentami wręcz obrzydliwe, ale czuć, że właśnie takie miały być. Kolejni rysownicy potrafili idealnie wpasować się w klimat konkretnej historii. Bo dostajemy pomazany i niechlujny comeback do punkowych brytoli z czasów swojej świetności lub mroczną, surową, ale przy tym bardzo wyrazistą paletę barw osadzonych w zaśnieżonej części USA.

Szkice są tu jak wycieczka po muzeum sztuki i do tego rozpieszczają nas różnorodnością.

Hellblazer tom 2

Hellblazer to historia dla każdego.

Dwa tomy przygód Hellblazera autorstwa Azzarella, to niewątpliwie najcenniejsze komiksy w mojej kolekcji. Niosą ze sobą ogromny ładunek wartości artystycznej, od strony wizualnej, jak i fabularnej. Poruszają niezwykle delikatne, ale przy tym dwuznaczne moralnie tematy, których rozwiązania nigdy się nie spodziewamy. Dodatkowo, całość jest fantastycznie zbudowanym konceptem, który od początku do końca bawi się swoją formą, jednocześnie zamykając poruszony na początku motyw. Krótko mówiąc, zarys całej historii, jak i jej poszczególnych fragmentów zasługują na oklaski dla autora scenariusza. Kolejny w kolejce jest Ennis. Na jego wizję trzeba jeszcze trochę poczekać, jednak Brian Azzarello podbił moje czarne serce w stu procentach.

Dzięki Brian, do zobaczenia w piekle!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o