Jak rozpętałem Secret Wars. Tajne tajne wojny Deadpoola – Recenzja

Pamiętacie Secret Wars z 1984 roku? I jak ważną rolę odegrał w nich Deadpool? Zaraz, zaraz… Nie pamiętacie? Wydaje wam się, że Deadpool w nich nie uczestniczył? Nie przejmujcie się, udział pana Wilsona był tak tajny, że nawet inni superbohaterowie o nim nie pamiętają.

Jeśli tak samo, jak ja, nie czytaliście oryginalnych Tajnych Wojen to nic straconego – dzięki życzliwości dobrych ludzi z Egmontu (tak, dalej siedzą w czarnej Wołdze przed moim domem i czekają na recenzję) w środku komiksu znajdziemy kawałek oryginalnych Secret Wars. No i oczywiście główną historię wraz z małym bonusem. Fragment ten warto przeczytać nie tylko z powodu dobrego wprowadzenia nawet największego laika do głównej fabuły, ale również dla zobaczenia tych kiczowatych, przesadzonych strojów z lat 90 oraz dialogów, które albo są opisem widzianych przez nas w tej samej chwili wydarzeń, albo próbują być na siłę cool, co zazwyczaj wychodzi zabawnie lub żenująco.

Wróćmy jednak do głównego bohatera oraz wątku. Jest nim oczywiście nasz ukochany Wade Wilson, który tym razem musi wygrać konkurs na Miss International i udowodnić, że inteligencja, dążenie do marzeń oraz pokój na świecie są równie ważne co urod… Cholera nie ten skrypt. Tak naprawdę to nasz najemnik z nawijką musi zrobić to, co robi każdy szanujący się amator majtek na spodniach, żeby utrzymać się w tym papierowym biznesie – uratować cały wszechświat. A przy okazji jeszcze innych herosów.

Co więc łączy gry Telltale, sprzedawcę hot dogów oraz Pulp Fiction? Sami możecie się o tym przekonać, czytając recenzję Tajnych tajnych wojen Deadpoola!

Tajne Tajne wojny Deadpoola – pół żartem, pół serio

Zacznijmy więc od dania głównego, czyli fabuły.  Co ciekawe Deadpool opowiada ją losowemu sprzedawcy hot dogów w Nowym Jorku. Jak już wspominałem, została ona co oczywiste żywcem wzięta z pierwotnych Secret Wars. Historia została trochę pozmieniana i wypełniona komentarzami naszego komika w czerwonym spandeksie w momentach mniej ważnych, jak i tych ikonicznych np. pierwsze spotkanie Spider Mana z symbiontem. Niestety bez dobrej znajomości Tajnych Wojen z 84 roku, niektóre przeskoki w historii potrafią być naprawdę chaotyczne. Czasem czytelnik może zostać nieźle zdezorientowany.

Jeśli sądzicie, że komiks, w którym znajduję się postać Wade’a Wilsona, powinien być ostrą jazdą bez trzymanki w Hondzie absurdu zakończoną na Sopockim molo, to możecie się trochę zawieść.

Nie brakuje jednak naprawdę odjechanych momentów. Rozstrzelanie wnętrzności Thunderballa przy akompaniamencie „Big Balls” zespołu AC/DC. Uwolnienie pewnej niesamowicie potężnej istoty z wiecznej nicości przez naszego najemnika… I jeszcze kilka smaczków. Jak przystało na komiks z Deadpoolem, pojawia się w nim masa przezabawnych żartów i mrugnięć okiem do fanów popkultury. Wade jest jednak postacią tragiczną, smutnym klaunem, który zasłania swoje życiowe traumy komedią. Nie dziwne więc, że również w tym komiksie pojawiają się poważniejsze tematy.

Jedną z nich może być romans Deadpoola z pewną kosmitką Zsają oraz co ciekawe… Wasp (Ant Man nie lubi tego). Jeżeli chcielibyście poczytać więcej na temat tej mniej znanej strony łysego geniusza komedii, gorąco polecam tekst „Deadpool – najsmutniejszy bohater Marvela” autorstwa Jacka aka Bisexual Communist, czy jakoś tak… Ja tutaj tylko kawę roznoszę.

Najpierw kosmitka…

Przejdźmy więc teraz płynnie do postaci. W całym dziele Cullena Bunna i Mattea Lolli jest ich cała masa, więc chciałbym skupić się na tych najważniejszych. Deadpoola każdy zna, a i ja już o nim chwilę pisałem.

Ciekawszym tematem jest jedna z „miłości” Deadpoola. Kosmiczna uzdrowicielka Zsaji okazuje się jedną z najważniejszych, o ile nie najważniejszą postacią w całym komiksie oprócz oczywiście Wadea Wilsona. Udało jej się zmienić, „uleczyć”, wygląd naszego łowcy nagród. Od teraz na jego wyniszczonej, łysej głowie pojawiły się gęste, złote włosy a pod nosem majestatyczny, krzaczasty wąs. Pierwszym moim skojarzeniem była młodsza wersja Petera Quilla (Star Lorda) ukazana w grze Guardians of the Galaxy od zamkniętego niedawno studia Telltale. Zsaja gra pierwsze skrzypce również w zakończeniu tej „tajnej” historii. Moim zdaniem postać białowłosej kosmitki jest jedynym poważnym romansem Deadpoola w całym komiksie.

Potem Osa…

Słów kilka o kolejnym obiekcie zainteresowań naszego Deadpoola, Wasp. Nie jest ona zbyt istotna, jeśli chodzi o całość historii jednak dla naszego czerwono-czarnego klauna sama w sobie jest ważna. Przez pewien czas romansują, jednak nie z powodu głębokich emocji czy chemii pomiędzy tą dwójką. Prawdziwy powód jest dosyć trywialny. Wade po przemianie w przystojnego blondyna zaczął jej się zwyczajnie podobać. W momencie „powrotu” Deadpoola do normalności (o ile za normalność można uznać wyniszczoną przez raka łysinę) Wasp odwróciła się od niego i cały „czar” prysł. W tamtym momencie możemy usłyszeć jedno z najmądrzejszych zdań w całym komiksie i zostaje ono wypowiedziane przez… naszego najemnika z nawijką: „To właśnie odróżnia dziewczynę taką jak Zsaji od takiej jak ty. Ona od początku widziała mnie takim, jakim byłem…”

a na koniec Jaszczur?

Kolejną, trochę mniej ważną personą jest Dr Curt Connors szerzej znany jako Lizard i występujący w tej właśnie formie. Jego relacja z naszym zamaskowanym bohaterem jest po prostu cudowna! Zaczyna się od chęci wzajemnego mordu, a kończy na udzielaniu rad sercowych przez Wade’a zielonemu znajomemu, który również, o ironio, zadurzył się w Wasp. Marzy mi się film akcji w reżyserii Quentina Tarantino ukazujący interakcje tych dwóch bohaterów… O tak, Pulp Fiction gdzie główne role grają zmutowana, humanoidalna jaszczurka oraz miłośnik obcisłych strojów ze smykałką do zabijania. Shut up and take my money!

Parę słów wypada również powiedzieć o głównym antagoniście, Doctorze Doomie. Jego aparycja, tak samo, jak w przypadku naszego nieśmiertelnego żartownisia, została poprawiona. W tym przypadku jednak dzięki mocy samego Beyondera. Na początku chce prowadzić dialog z naszymi herosami, ba nawet spełniać ich życzenia, jednak wszystko kończy się na chęci opanowania wszechświata dzięki mocy  kosmicznego bóstwa. No i  byciu złym dla samego bycia. Da się to jednak zrozumieć, bo przecież cała historia jest w jakimś stopniu przełożeniem komiksu z 84 roku. W tamtych czasach złoczyńcy byli jednowymiarowym tłem dla superbohaterów. Wiecie, najlepiej jeśli głośno się śmiali, głaskali kota i złowieszczo zakręcali wąsa. Postać zakapturzonego Latverniana jest więc równie interesująca co wyniki trzeciej, białoruskiej ligi hokejowej.

Brzydki jak Deadpool?

Z recenzenckiego obowiązku chciałbym jeszcze opisać pokrótce kreskę komiksu oraz dialogi w nim zawarte. Oprawa graficzna jest dosyć prosta, lecz wygląda schludnie. Nieźle oddaje emocję postaci oraz naprawdę dobrze radzi sobie z ich dynamiką w ruchu – czego chcieć więcej? Dialogi również wypadają w porządku, chociaż moim zdaniem niektóre żarty i gry słowne mogły zostać lepiej przetłumaczone oraz w pojedynczych momentach kuleje składnia, nie przeszkadza to jednak zbytnio w czytaniu.

Wszystko co dobre, szybko się kończy 

Reasumując: „Tajne Tajne Wojny Deadpoola” na pewno nie są najlepszym wydanym w tym roku komiksem od Egmontu. Znajduję się w nim parę fajnych momentów i kadrów, wszystko to zalane zostało typowymi dla Deadpoola, zabawnymi gagami, jednak sama lektura nie wywołała we mnie większych emocji, a czasem nawet dezorientowała nagłymi przeskokami w czasie.

Kolejnym minusem był to, iż osobiście nie czytałem oryginalnych Secret Wars, przez co niektóre wydarzenia okazały się dla mnie niezbyt klarowne. Było tak nawet po zapoznaniu się z częścią eventu zawartą z tyłu komiksu. Gdybym przeczytał pierwotne tajne wojny z 84. to pewnie lepiej oceniłbym całość.

Fani zarówno Deadpoola, jak i ogólnego eventu Secret Wars, poczują się tutaj jak w domu. Dla innych może być to momentami męcząca jednak koniec końców satysfakcjonująca i przyjemna w czytaniu historia szczególnie na długie, zimowe wieczory. Anna Jantar śpiewała „Nic nie może wiecznie trwać”. Tak jest również z tą recenzją. Z mojej strony to tyle, dużo się uśmiechajcie, bądźcie grzeczni i bojkotujcie filmy z Wolverinem a może wujek Wade (o ile akurat nie zachla się do nieprzytomności) również do Was przyjdzie z prezentami. Do zobaczenia!

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o