Tajne Imperium | Kapitan Hydra w roli głównej | Recenzja

Napisanie recenzji tegoż komiksu nie należało do najłatwiejszych z kilku powodów. Po pierwsze – miałem do czynienia z ogromnym wydarzeniem, wokół którego było bardzo głośno. Ciężko podejść do niego chłodnym, redaktorskim okiem.  Po drugie, cała historia jest rozbudowana jak amerykańska konstytucja ze wszystkimi poprawkami. Przebrnięcie przez tak opasłego kloca, jak Tajne Imperium, było bardzo angażujące. W końcu po trzecie: komiks jest bardzo nierówny. Ma swoje dobre momenty, jak i te tragiczne, w których upada na twarz, przez co odczucia przy lekturze układały się w sinusoidę.

Podzielę się z Wami wrażeniami, z jakimi pozostawił mnie Nick Spencer i jego dzieło. Jednak od razu ostrzegam, że lawiny pochwał nie będzie! No i mogą zdarzyć się lekkie spoilery. 

Tajne imperium – event mocno średni

Od razu podzielę się z wami pierwszą myślą, która mnie naszła zaraz po skończeniu komiksu. Wyczułem w tym przypadku ewidentny skok na kasę. Śpieszę z wyjaśnieniem. Przepoczwarzenie Kapitana Ameryki z symbolu demokratycznej wolności na lidera skrajnie nacjonalistycznej organizacji terrorystycznej zakrawa o chwytanie się brzytwy przez tonącego. Dom pomysłów już dawno wyprztykał się ze swoich lepszych historii i próbują wymyślać coraz to nowsze potworki, aby tylko wywołać w fanach chwilowy zachwyt. Steve Rogers wymawiający HAIL HYDRA obiegł internet, a komiksowy światek z zapartym tchem czekał co będzie dalej. Historia solowa rozwijała się nieźle, aż do momentu, kiedy ukazał się event. Ludzie rzucili się jak na ciepłe bułeczki, by już za chwile dać zachwytowi ostygnąć. Okazało się bowiem, że sama opowieść, to co najwyżej średniak ze wszystkimi możliwymi wadami super hero.

Spencer przez pierwszą połowę historii stara się nam szczegółowo opowiedzieć o tym, jak mogło dojść do tak radykalnej zmiany ustrojowej najpierw w USA, a potem na całym świecie. Jego obraz malowany jest całkiem realnymi barwami politycznymi, które ułatwiają odbiór. Widzimy państwa po kolei składające hołd nowemu przywódcy, albo poszczególne ruchy oporu tłamszone pod butem nowej Hydry. Wakanda, Miasto mutantów – Tian, Atlantyda, wszystkie bastiony powoli padają, a my uczestniczymy w prawdziwym kryzysie wiary naszych pozostałych bohaterów.  Skoro największy symbol amerykańskiej wolności opowiedział się za reżimowym ustrojem to… co będzie dalej? Czy pozostało jeszcze jakakolwiek nadzieja? 

Co stało się w Vegas, zostaje w Vegas. 

Po dotarciu do kulminacyjnego momentu w Tajnym Imperium, kiedy z ust Steve’a Rogersa padają rozkazy zbombardowania całego miasta w ramach pokazu sił, dotarło do mnie, że sytuacja jest niezwykle poważna. Było w całej historii kilka naprawdę mocnych momentów i zniszczenie Vegas przez Hydrę należy właśnie do takowych. Innym przykładem jest choćby scena kolacji u Ultrona, gdzie doświadczyłem naprawdę wielu emocji, a bohaterowie jedynie ze sobą rozmawiali. Niestety od połowy opowieści jakość scenariusza drastycznie spadła. W pewnym momencie polityczne zagrywki, klimatyczne kadry i wyraziste dialogi zostają zastąpione tępą nawalanką kolesi w spandeksach. Kolorowe rajtuzy latają tu i na prawo i lewo. Natomiast w tło fabularne zaczynają wkradać się takie głupoty, obok których nie mogłem przejść obojętnie.

Tego się nie spodziewałem!

Uzbroiłem się w brak oczekiwań wobec tego wydarzenia. Byłem przygotowany na  lekką rozrywkę, ale niektóre elementy przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Przykład? Proszę bardzo. W więzieniu Inhumans, gdzie przetrzymywani byli zmutowani przedstawiciele ludzi obdarzonych supermocami, znalazł się jeden gagatek, który miał niesamowitą umiejętność wyrzygania przedmiotu, o którym aktualnie myślał. I tak się złożyło, że ekipa buntowników spotkała tego gościa podczas odbijania owego zakładu z rąk wroga. Rzygacz (bo niestety tak go nazwano)  wyrzucił kolejno z siebie  przedmiot będący głównym zainteresowaniem obu stron konfliktu. Dał go tym dobrym i poszedł przemyć buźkę. Serio? Płycej się nie dało? Popchnięcie głównego wątku przy pomocy typa wydalającego z siebie jeden z najistotniejszych artefaktów całego zamieszania nie jest ani zabawne, ani zaskakujące. Jest po prostu żenujące. 

Samo zakończenie pozostawia ogromny niesmak i zdecydowanie powinno być bardziej satysfakcjonujące. Nie chcę nikomu zdradzać finałowych scen, jednak zbudowanie tak dużej opowieści jaką jest Tajne Imperium i rozwiązanie jej w prymitywny sposób przez zwykłe mordobicie dwóch Kapitanów jest po prostu zmarnowaniem własnej pracy. Choćby ze względu na rozmiar i rozmach owego wydarzenia, zasługuje ono na jakkolwiek ciekawe podsumowanie. A dostaliśmy tylko mini pojedynek przywódców różnych ustrojów, który okazał się przerostem formy nad treścią. 

(Spokojnie, to nie finał)

Gdzie artystów sześć tam nie ma co jeść.

Ilość artystów zaangażowanych w rysowanie tego projektu była niemała, a różnorodność ich grafik potrafiła przytłoczyć i stworzyć uczucie zagubienia. Mamy bowiem do czynienia z twórczością takich osób jak Jesus Seiz (Avengers Impas – Atak na Pleasant Hill), Steve McNiven (Wojna Domowa, Uncanny Avengers), czy Andrea Sorentino (Staruszek Logan). Ilustrowane przez nich kolejne kartki komiksu bardzo się od siebie różniły. Operowali oni zgoła odmiennymi stylami, które niekoniecznie się uzupełniały. Częste przeskoki między zeszytami, skutkowały koniecznością wybicia się z tonu poprzedniego malarza i przyzwyczajenia się do kogoś zupełnie innego. Brak graficznej spójności powodował zmęczenie i momentami ciężko było zrozumieć, co widzimy na kartce. Dopiero po chwili udawało się złapać ostrość, aby zrozumieć, wizję artysty. W końcu jego poprzednik prezentował to samo, lecz nieco inaczej. 

Nie kopie się leżącego.

Mógłbym jeszcze przyczepić się do kilku innych niezrozumiałych elementów, jak np. Iron Man będący sztuczną inteligencją, udowadniający tym samym, że współczesny Marvel już chyba nie potrafi wydać eventu bez Tonego Starka, czy Peter Parker występujący na okładce, praktycznie reklamujący owo wydarzenie, a w samym komiksie widniejący może na dziesięciu planszach. 

Podsumuję po prostu recenzję stwierdzeniem, że jeśli jesteś maniakiem super hero i musisz mieć każdy większy tytuł na półce, to możesz sięgać po Tajne Imperium. Jest to opowieść, którą da się czytać, można znaleźć w niej pozytywne elementy i chwile zapadające w pamięć.

Jeśli jednak cenisz swój czas i lubisz go poświęcić na dobrą lekturę, to znajdź sobie coś lepszego. Ilość głupot w tym tytule potrafi przyćmić dobre strony oraz zepsuć całą zabawę. Oczywiście zachęcam do poszukiwań na naszej stronie Leniwa Popkultura! 

Zapraszam również do polubienia i obserwowania nas na Facebooku, aby być na bieżąco ze wszystkimi komiksowymi nowościami. Tymczasem ja już się z Wami żegnam. Do zobaczenia!

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments