Shirayuki. Śnieżka o czerwonych włosach – Tom 1 – Recenzja

Czym może wyróżnić się człowiek? Teoretycznie to całkiem proste pytanie. W dzisiejszych czasach mamy praktycznie nieograniczone możliwości. Możesz nosić ekstrawaganckie ciuchy, możesz pięknie śpiewać, możesz kręcić pomysłowe filmiki. Ostatecznie możesz też założyć bloga o popkulturze, ale to temat dyskusyjny.

Ale czym mogłeś wybić się ponad tłum w erze rycerzy? Opanowanym fechtunkiem? Szlachetnością? Rodowodem? Na pewno każdą z tych rzeczy. Jednak Shirayuki pokazuje, że wystarczy też urodzić się ze szkarłatnymi włosami i już cały świat zaczyna kręcić się wokół ciebie.

Czy Leniwiec również zakochał się w czerwonowłosej mieszczance? A może jednak sam wcisnąłby jej do buzi zatrute jabłko? Przekonacie się o tym w kolejnych akapitach!

Dawno, dawno temu…

Pewnego zwykłego dnia, niezbyt rozgarnięty książę Tanbarun – Raji – zapragnął posiąść najpiękniejszą panienkę w całym kraju. Miejski informator twierdzi, że prawdopodobnie zna kogoś takiego. Ów niewiastę wyróżniają włosy koloru czerwonych jabłek, a zwą ją Shirayuki.

Naszej bohaterce w ogóle nie widzi się jeszcze zamążpójście, a ogólna opinia o księciu – jakoby był mało inteligentny – również Śnieżki nie zachęca. Decyduje się więc na ucieczkę. Pozostawia niedoszłemu mężowi obcięty kosmyk włosów i wybywa z kraju. Któregoś dnia wędrówki, ścigana zapadającym zmrokiem, trafiła na opuszczony dom, w którym postanowiła przenocować.

W opuszczonej ruderze

Szybko jednak przekonuje się, że ruina ma już swoich lokatorów. Na pozór banda rzezimieszków spada na nią niemal z nieba, w ruch idzie miecz i… Okazują się naprawdę sympatycznymi ludźmi. Po krótkiej rozmowie oraz pewnej przysłudze zapraszają Śnieżkę do środka. Aż w końcu ktoś dostarcza do ich kryjówki koszyk pełen czerwonych jabłek.

Każdy znający baśń o Królewnie Śnieżce domyśli się, co było z nimi nie tak. Jednak Shirayuki od zatrucia ratuje jeden z nowych znajomych – Zen. Całe zdarzenie okazuje się podłą intrygą wcześniej wspominanego księcia. Shirayuki rusza do jego pałacu, aby otrzymać antidotum… Zupełnie niepotrzebnie.

Zen to nie byle jaki podróżnik czy bandyta, Zen to drugi książę królestwa Clarines i niestraszne mu byle trucizny (przeszedł specjalne szkolenie). Ratuje Śnieżkę z opresji, zawiązując przy tym pewną umowę z księciem Raji.

Shirayuki z przyjemnością przystaje też na propozycje wspólnej podróży do królestwa Clarines, a tam, chcąc w pewien sposób pomóc pałacowi, postanawia zostać nadworną zielarką.

Wraz z pięknym Leniwcem

Rozwiejmy na wstępie wątpliwości: jeżeli szukacie tutaj mangowej wersji znanej Królewny Śnieżki, to niestety się zawiedziecie. W zasadzie prócz kilku elementów Shirayuki. Śnieżka o czerwonych włosach niewiele ma wspólnego z baśnią Braci Grimm. Mamy oczywiście charakterystyczne zatrute jabłko, wspaniałego księcia z bajki i kilka rozpoznawalnych cytatów.

A coś poza tym? Powolne tempo akcji, kilka ziewnięć na stronę, deus ex machinę i przewidywalność.

Faktycznie, fabuła nie jest najmocniejszą stroną Shirayuki. Śnieżka o czerwonych włosach. Lektura nie sprawiła mi przyjemności, ba, szło mi pod górkę – gdyby nie fakt, że postanowiłem ją zrecenzować, pewnie odstawiłbym ją na półkę jako „on hold”. Nie myślcie, że to przez trudną, pokręconą tematykę – wręcz przeciwnie, przez swoją nudną prostotę.

Akcja w mandze dzieje się – mówimy tutaj tylko o pierwszym tomie – według jednego schematu: Shirayuki wpada w tarapaty, a Zen przybywa z ratunkiem. I tak w kółko. Rozumiem, gdyby te sprawy dotyczyły stricte księcia, ale on zjawia się nawet wtedy, gdy Śnieżka wpada w pułapkę podczas egzaminu z zielarstwa. Co najlepsze: gdyby Zena tam przypadkiem nie było, zwyczajnie nie poradziłaby sobie z problemem. Jak na dłoni możemy tutaj zobaczyć kochany zabieg nazywany deus ex machiną: gdy tylko u Shirayuki pojawiają się kłopoty, z nieba magicznie spada księże… Nie ważne, czy popłynęła na wyspę, czy została w mieście.

Kwestia marudzenia

Dzisiaj w pociągu, myśląc o tej mandze, zastanawiał mnie pewien fakt: z tego, co mi wiadomo, w średniowieczu podział na kasty był niemal nie do podważenia. Rodziłeś się chłopem i praktycznie zawsze chłopem umierałeś. Ponadto, osoby urodzone szlachetnie, trzymały się raczej z sobie równymi.

A w Shirayuki. Śnieżka o czerwonych włosach mamy przedstawiony motyw, jakoby drugi książę liczącego się kraju zaprzyjaźnił się z mieszczanką. Trochę to dziwne, prawda? W dodatku to niejedyna osobistość, która nawiązuje ze Śnieżką znajomości.

Żyła sobie piękna kreska

Jeżeli chodzi zaś o oprawę graficzną, nie mogę powiedzieć niczego złego. Kreska mocno się nie zestarzała, dwanaście lat na karku nie przeszkadza w czytaniu.

Postacie są ładnie narysowane, warto docenić moim zdaniem świetnie stworzone stroje, które dodają Akagami no Shirayuki-hime baśniowego klimatu. Pamiętam, że pozytywnie zaskoczył mnie projekt pałacowych zielarnia.

Jak zwykle kupiła mnie okładka, która jest po prostu miłą dla oka. Szkoda tylko, że nic nie kryło się pod obwolutą. Na minus na pewno styl końcowego one-shota, nadgryziony już zębem czasu.

Koniec końców jednak kreska to jeden z nielicznych atutów Akagami no Shirayuki-hime.

A z nią siedmiu krasnoludków?

Postaci przewijających się w pierwszym tomie jest całkiem sporo. Między innymi głupi książę, o którym pisałem Wam na wstępie. Na ten moment większość z nich nie ma rozbudowanej historii, ale – hej, to dopiero pierwszy tom.

Nasz drugi książę, który wjeżdża na swoim białym rumaku, zawsze ratując główną bohaterkę z opresji to Zen. Jego rolą w mandze, prócz bycia Deus ex machiną, skupia się na aspektach bardziej komediowych. Przeważnie uciekaniu przed swoją strażą. Pamiętam, że zaplusował mi w jednej scenie: widzimy, jak bierze odpowiedzialności za swoją niesubordynację (a raczej lekkomyślność) i jako dobrowolną karę cały dzień siedzi w urzędowych papierach. Miło czasem zobaczyć, że ci wszyscy kochankowie robią coś jeszcze, poza bieganiem za Shirayuki.

Zen ma u boku parę naprawdę fajnych strażników i mimo że ich rola kończy się na drugim planie, potrafili wzbudzić we mnie sympatię. Szybko można się przekonać, że to nie są byle jacy przyboczni, a specjalnie wyszkolona ochrona. Ponadto zawsze bawiły mnie sceny, w których dla Zena byli oschli, a w tym samym czasie milusi dla Shirayuki.

I na koniec nasza Śnieżka… Czyli najzwyklejsza w świecie mieszanka, zielarka, kobieta. Shirayuki cechuje, prócz włosów, jej upór i wrodzona potrzeba wolności (ryzykowna decyzja o ucieczce z kraju). Ciekawie prezentują się jej relacje z księciem Zenem – z jednej strony chce zostać nadworną zielarką, pomagać mu w ten sposób, a z drugiej nie czuć jakiejś bliskości między nimi. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest wymóg, ale, no wiecie, pojawiają się elementy romansu – prędzej czy później zaiskrzy. Traktuje go raczej jak dobrego kolegę. Trochę mi się to kłóciło podczas lektury.

Snow White with the Red Hair

Miałem małe problemy z przebrnięciem przez pierwszy tom, a dodatkowy one-shot to już w ogóle chciałem rzucić w kąt. Skreślać coś po samym początku jest zachowaniem głupim, ale nie skłamie, jeżeli napiszę, że manga mnie wynudziła. Jej przewidywalność i zwykła miałkość utrudniały lekturę. Naprawdę, najprzyjemniej obserwowało mi się wydarzenia, gdzie Shirayuki nie musiała martwić się o swoje życie, tylko zwyczajnie zajmowała się zielarstwem.

Mam nadzieję, że kolejny tom okaże się fabularnie lepszy, a postacie nabiorą głębi.

Co ciekawe, cztery lata temu pojawiła się animowana adaptacja recenzowanej mangi o tym samym tytule. Fakt faktem jeszcze jej nie widziałem (ale kiedyś dodałem ją na listę „do obejrzenia”!). Sądząc wyłącznie po ujęciach czy gifach, muszę przyznać, że wygląda zachęcająco. Czy takie jest? Tego niestety jeszcze nie wiem.

Wiem jednak, że jeżeli macie wątpliwości co do komiksu Shirayuki. Śnieżka o czerwonych włosach, możecie zaryzykować kupno i skończyć z podobnymi odczuciami do mnie – lub zupełnie odwrotnymi, kwestia gustu. Możecie też poczekać na recenzję kolejnego tomu, która na pewno się pojawi i wtedy ocenić, czy warto inwestować. Ja kupię i sprawdzę, nie przegapcie!

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o