Scooby-Doo! | Film, na który zdecydowanie nie warto iść do kina

Scooby-Doo to dzieło kultowe. Ciężko znaleźć kogoś, kto nie słyszał o przygodach grupy wścibskich dzieciaków oraz ich gadającego psa. Zresztą nic w tym dziwnego, telewizyjne show, z krótszymi bądź dłuższymi przerwami, emitowane jest od 1969 roku. To kawał czasu, w którym prócz różnych seriali, powstawała cała masa innych rzeczy spod brandu Scooby-Doo. Mówię tutaj o różnych grach, gazetkach, komiksach… Nie wspominając nawet o wielu, wielu seriach figurek w zestawach Happy Meal.

Nie mogło w tym wszystkim zabraknąć także pełnometrażowych produkcji. Pamiętam, jak wielką frajdę sprawiło mi Aloha, Scooby-Doo! czy nieco nowsze Scooby-Doo! Na Dzikim Zachodzie. Filmy z Kudłatym i bandą w rolach głównych po prostu mają w sobie coś, dzięki czemu można je oglądać w kółko i w kółko. Wiadomo, czego się po nich spodziewać i, przeważnie, spełniają wymagania widza.

Przeważnie, gdyż zdarzają się czasem perełki, o których mądrzej nie wspominać. Tak jest w przypadku najnowszej animacji z serii, zatytułowanej po prostu Scooby-Doo! (org. Scoob!). Filmu moim zdaniem całkowicie spartolonego, chamsko żerującego na nostalgii i zdecydowanie obniżającego poziom i tak miernego w ostatnich latach brandu.

Scooby-Doo! wkracza w 2020

Film rozpoczyna się tam, gdzie początki całej Brygady Detektywów. Pierwsze spotkanie Kudłatego i Scooby’ego oraz reszty drużyny, a także ich pierwsza wspólna “misja”, polegająca na zbadaniu ponoć nawiedzonego domu. Później zaczyna się jazda bez trzymanki. 

Pewnego wieczoru dwójka największych obżartuchów świata zostaje zaatakowana przez dziwne roboty. Okazuje się bowiem, że w żyłach Scooby’ego płynie krew pewnego legendarnego psa, czyniąc z naszego bohatera klucz do tajemniczej krainy. Ów wymiar skrywa w sobie ponoć niesłychane skarby… Jednak wrót strzeże mityczny Cerber. 

Zagrożenie wydaje się niczym dla Dicka Dastradly’ego, który zrobi wszystko, aby tylko otworzyć wrota i spełnić swój cel. 

Scooby-Doo! i całkowity miszmasz fabularny

Film od początku zbierał raczej negatywne opinie. Ja, chcąc sprawdzić na własnej skórze, jak wypadło nowe dzieło Warner Bros, kupiłem bilet do kina, rozsiadłem się wygodnie i… Patrzyłem, jak masakrują mojego pieska. Naprawdę, jeżeli macie zamiar wybrać się na nowego Scooby’ego-Doo – odradzam. A co konkretnie w nim nie zagrało? Praktycznie wszystko. 

Od strony fabularnej dostajemy tak naprawdę sklejkę wielu różnych pomysłów zaczerpniętych czy to z seriali, czy z filmów. Animacja sprawia wrażenie, jakby twórcy chcieli upchnąć w niej wszystko, co tylko wpadło im do głowy. Mamy w nim początek przygody Kudłatego z jego czworonogiem, jednak bardzo szybko następuje bliżej nieokreślony time skip i wracamy do czasów, które już tak dobrze znamy. I moim zdaniem na tym przeskoku kończą się zalety produkcji.

Później dostajemy roboty, superbohaterów, pompatyczne legendy, czaszki oraz inne wymiary. Wszystko jak najbardziej realne, co kłóci się w ogóle z ideą Scooby-Doo. Nie ma tam hologramów, kostiumów na linach, przebieranek. Zamiast tego jest świat pełen bliżej niewyjaśnionej fantazji. Skaczemy po tych pomysłach bez większego celu, aby tylko coś się działo na ekranie. Czego tu brakuje? Śledztwa? Sensownie ułożonego planu na rozwiązanie zagadki? Zdemaskowania złoczyńcy? Nie, oj nie. Twórcy uznali, że w tym wszystkim brakuje… dinozaurów. Właśnie tak! W pewnym momencie filmu zmierzamy nawet na jakąś nieodkrytą wyspę pod lodowcem, zamieszkaną oczywiście przez wymarłe stwory. 

Próżno w najnowszej odsłonie Scooby-Doo szukać jakiegokolwiek klimatu serii. Co nie znaczy, że nie żerowano na nostalgii, bo na czym lepiej zarobić dolary, niż na oldschoolowej czołówce?

Kudłaty, Scooby-Doo i ci tamci

Najgorsze w tym wszystkim jest chyba to, że twórcy naprawdę nie musieli męczyć się z tworzeniem tego filmu. Mogli zwyczajnie wykorzystać wcześniej wykreowane rzeczy. Mieli przecież na wyciągnięcie ręki podstawę w formie Scooby-Doo i Brygada Detektywów! Tam bohaterowie, choć dobrze już znani, nabrali nowego wymiaru, głębi. Zamiast tego Fred, Velma i Daphne odegrali rolę wydmuszek bez wyrazu. Czułem, jakby znaleźli się w tym filmi tylko z tego powodu, że byli w serii od zawsze. Naprawdę.

Co nie znaczy, że konkretnie ta dwójka wypadał jakoś genialnie. Kudłaty i Scooby to dalej ten sam, znany od podszewki duet. Niby odegrali pierwsze skrzypce, ale czy ich relacja jakoś się zmieniła? Czy dostaliśmy solidną porcję rozwoju postaci? Niestety nie.

Pozwolę sobie pominąć całą resztę bohaterów, którzy zostali wrzuceni do filmu jak wspomniane dinozaury, a czasem ich rola zamykała się w jednej scenie.

Udany crossover

Wychodząc naprzeciw wszystkiemu, co do tej pory napisałem, przyznam, że jeden element nowego Scooby-Doo przypadł mi do gustu. Mianowcie: antagonista. W tej wersji jest nim nie kto inny jak Dick Dastardly, którego możecie kojarzyć z takich animacji jak Odlotowe wyścigi, Miś Yogi czy Dastardly i Muttley. Między przygodami samozwańczych detektywów możemy spotkać kilka ciekawych crossoverów, jednak Dastardly’ego w tym filmie kompletnie się nie spodziewałem. 

I było to miłe zaskoczenie, gdyż on, jako jedyny w tej “wspaniałej” produkcji miał jakikolwiek motyw działania. Ba, swoją głębią – jak na ten film oczywiście – bije na głowę wszystkich innych bohaterów. Przyznam, że całkowicie rozumiałem jego poczynania, a nawet mu kibicowałem.

Scooby-Doo 2020 movie

Animacja całkiem średnia

Równie wiele negatywnych komentarzy zbierała warstwa wizualna. Co do niej jednak mam mieszane uczucia. Fred, Velma i Daphne to zupełne nieporozumienie. Z kilometra widać ich plastikowy design. Cała trójka wyglądała jak wyjęta z którejś niskobudżetowej animacji Barbie tudzież animacji dla najmłodszych. Pozostali bohaterowie wyglądali znacznie lepiej. 

Na pewno poziomem odstają też niektóre efekty graficzne. Ciężko było mi patrzeć na wielkiego Cerbera, jednak nie potrafię wskazać, co konkretnie mi w nim nie zagrało. Ale koniec końców Scooby-Doo, moim zdaniem, prezentuje się w porządku.

Scooby-Doo

Scooby-Doo, czyli na co NIE iść do kina

Scooby-Doo! aka Scoob! okazało się totalnym niewypałem. Początkowo moja krótka opinia miała się pojawić na naszej stronie na Facebooku – Leniwa Popkultura, ale żenujący poziom filmu przelał czarę goryczy. Nie pamiętam czy kiedykolwiek miałem ochotę opuścić salę kina w połowie filmu i to nie przez kochanych ludzi wokół, a ze znudzenia. Sądzę, że nie byłem jedyny, bo nawet chłopczyk siedzący kilka miejsc obok pytał taty, czy mogą już wyjść.

Film był diabelnie płytki, bez pomysłu na siebie, a przede wszystkim: nie był ani trochę wciągający. Warner Bros wypuściło sklejkę “fajnych momentów” z serii i postanowiło zbić na tym kokosy. Zapytacie może, czy chociaż było śmiesznie? Cóż, naprawdę muszę odpowiadać? Scooby-Doo próbował puszczać oczko do dojrzałego widza, co było równie żenujące, jak wszechobecne w nim uwspółcześniania.

Postarano się przynajmniej o dobry soundtrack, ale czy dla kilku piosenek warto kupować bilet do kina? Zdecydujecie sami. Osobiście jednak polecam wykupić Spotify, aniżeli iść na to barachło.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments