Sandman Uniwersum. Lucyfer – Diabelska komedia | Tom 1 | Recenzja

Jak spod ręki Dana Wattersa wypada historia Lucyfera znanego z pierwowzoru? Czy utrzymanie opowieści w klasycznym sandmanowym stylu wystarczy do stworzenia komiksu przynajmniej porównywalnie dobrego?

Jestem bardzo związany ze światem Sandmana, stworzonym przez Neila Gaimana. Interakcja z tym uniwersum otworzyły w moim życiu co najmniej dwa ważne wydarzenia – Preludia i nokturny to komiks, od którego zaczęła się moja poważna przygoda z tym medium.  Z kolei tekst o tym właśnie tomie był moim pierwszym wkładem w dorobek Leniwej Popkultury (wtedy jeszcze w Leniwiec Pisze). To spowodowało, że podchodziłem z dużym dystansem do opowieści ze świata Śnienia, których autorem nie był twórca pierwowzoru. Rozumiecie – ciężko było mi uwierzyć, że ktoś poprowadzi zaczęte już wątki w sposób równie dobry. Ciekawość jednak w końcu zwyciężyła i postanowiłem sięgnąć po nowość wydawnictwa Egmont – Lucyfer – Diabelska komedia. Czy warto było się przemóc?

Diabli wiedzą co, jak i gdzie?

Nazwa komiksu jednoznacznie wskazuje na jego głównego bohatera – to Lucyfer, były książę Piekieł, który abdykował ze swojej funkcji. Jak sobie radzi i co się obecnie z nim dzieje? Po pierwszych stronach komiksu można pomyśleć, że… Patrz tytuł akapitu. Początkowo nie jest łatwo nadążyć za całą akcją, która podzielona została na dwa główne wątki. Tylko jeden jest rozwijany chronologicznie, drugi to miszmasz, w którym trochę ciężko się wkręcić w rozgrywające się już wydarzenia. 

Prawdopodobnie byłoby mi łatwiej, gdybym wcześniej sięgnął po Sandman Uniwersum stanowiące zapowiedź Lucyfera i innych nowych opowieści ze świata Śnienia. 

A jak się już dowiedzą…

Mimo lekkiego zdezorientowania brnąłem przez kolejne strony i całość zaczynała się coraz lepiej spajać. Od połowy tomu wychodzi z tego już naprawdę przyjemna historia, która bardzo mocno uderza w tony wczesnego Sandmana. Oniryczny i zagadkowy klimat, szczypta horroru, trochę nieoczekiwanego i fantastyczność w czystej postaci. Wszystkie składowe, za które pokochaliśmy pierwowzór. Zbiorczo wypada to naprawdę nieźle, ale gdyby to Lucyfer w takiej  formie miał być otwarciem uniwersum, prawdopodobnie nie doczekałoby się ono takiego rozkwitu. 

Stricte fabularne tło Lucyfera, jak już wspomniałem, dotyczy dwóch wątków. Tym bardziej poukładanym są losy Johna Deckera – detektywa z Los Angeles, którego droga w chwili największej życiowej próby okazuje się krzyżować z istnieniem piekielnego świata. Wątek podstarzałego gliniarza z zasadami, który zostaje wplątany w ponadnaturalne sprawy, jest dość często eksploatowany w popkulturze (#StephenKing), ale tu wypada całkiem świeżo. Dzieje się tak za sprawą kilku niedużych, lecz interesujących zwrotów akcji. Sam Gwiazda Zaranna zdaje się dopiero rozwijać na nowo skrzydła. Idzie mu to powolnie i nie tylko z uwagi na fakt, że piękne pióra zostały mu odcięte przez Morfeusza. Przez większość komiksu Lucyfer mierzy się z uwięzieniem w tajemniczym świecie (kolejna analogia do początków Sandmana) i utratą pamięci. Mimo to potrafi z niego wyjść ten ironiczny, narcystyczny, ale i ujmujący psychopata, którego niecierpliwie będę wyglądał w pełnej krasie. Jak jednak eks-władca piekieł znalazł się w więzieniu? Dowiedzcie się sami.

Piekielnie dobra kreska?

Nie tylko klimat, ale również kreska utrzymuje komiks w duchu Sandmana. Nie znajdziemy tu wyraźnych i przejrzystych plansz. Wszystkie grafiki wyglądają jak wyjęte ze szkicownika – ogrom linii, mocne cieniowanie podkreślają horrorowe tony Lucyfera. Nie brak bowiem w komiksie brutalnych i mrocznych scen. Wyłupienie oczu, uduszenie kablem telefonicznym – nic nie zostało ugrzecznione czy objęte cenzurą. Trudno jednak powiedzieć, żeby całość była ciężka w odbiorze. Nie jesteśmy przytłoczeni, a jedynie wyraźniej odbieramy intencje twórców. Warto też zauważyć, że rysownicy Max i Sebastian Fiumara potrafią zmieniać styl graficzny i we fragmentach o bardziej onirycznym charakterze nadać kresce bardziej miękki, baśniowy wyraz. Dzięki dobrze wykonanemu przeplataniu się różnych światów, Lucyfer naprawdę nieźle wpasowuje się w uniwersum Sandmana, dla którego takie zabiegi są charakterystyczne.

Jeszcze Piekło czy już Śnienie?

Lucyfer – Diabelska komedia to komiks, który dopasowuje się do uniwersum Sandmana w sposób bardzo spójny. Twórcy wyraźnie nie chcą czynić rewolucji w świecie, w którym budują swoją historię. Mocno czerpią z wczesnego Gaimana i robią to całkiem umiejętnie. Co prawda, brakuje wrażenia niesamowitości, jakie już od pierwszych stron dało się wyczuć w opowieści o Śnie, ale wypada to znacznie lepiej, niż się spodziewałem. Dostajemy prawie wszystko to, za co pokochaliśmy Morfeusza. Krwista fantastyka przyprawiona horrorem i onirycznością. Może i całość nie jest tak wyrazista jak pierwowzór, ale umówmy się – niełatwo stworzyć tak wiekopomny komiks, poprzeczka została ustawiona bardzo wysoko. Duch serii został jednak oddany i mam nadzieję, że będziemy mogli potraktować pierwszy tom jako konkretną rozgrzewkę przed wspaniałą serią.

Fani spragnieni klasycznego Sandmana – Lucyfer – Diabelska komedia to coś dla Was.

Niewątpliwie świat stworzony przez Neila Gaiman pozostaje miejscem otwartym na wiele opowieści. Może i nie każdemu uda się wkroczyć do Śnienia w sposób mistrzowski, ale jak widać warto spróbować. Wielką nadzieją dla fanów jest też serial o Sandmanie zapowiedziany przez Netflix. Losy jego i pozostałych tworów okołosandmanowych będziemy śledzić na naszym fanpage Leniwa Popkultura na Facebooku. Przyłączycie się do nas?

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x