Riverdale – Witamy w mieście – Recenzja

„Nasza historia jest o mieście, właściwie miasteczku. I o ludziach, którzy tutaj mieszkają z dala przypomina wiele innych miasteczek na świecie. Bezpieczne, przyzwoite, niewinne. Z bliska zaczynasz widzieć, że kryją się tutaj posępne cienie. Nasze miasteczko nazywa się Riverdale…”

…i tymi słowami witam zarówno ja, jak i pierwszy odcinek kolejnej bardzo popularnej produkcji emitowanej przez Netflixa, z którą, jak widać, znowu zaprzyjaźniłam się w mojej recenzji  (zasadniczo, „Riverdale” jest produkowane przez The CW, ale jako że Netflix emituje serial, to on zgarnia laury, więc zapomnijmy o czymś takim jak pierwotna stacja).

Wszystko, o czym chcę opowiedzieć, miało swój początek w styczniu 2016. A właściwie nie, cofnijmy się nieco dalej. Zima 1940 roku – wydano pierwszy zeszyt czegoś o tytule „Pep Comics”, gdzie pojawia się znany już nam aktualnie rudzielec. Zasadniczo inspiracją do serii komiksów oscylujących wokół Archiego były filmy Andy’ego Hardy’ego. Główną ideą autorów było stworzenie postaci prowadzącej zwyczajne życie, z którą przeciętny czytelnik mógłby się identyfikować, utożsamiać. I tak w 1950 roku powstał nastoletni Archibald „Chick” Andrews, Betty Cooper i Forsythe Pendleton Jones III (a może po prostu Jughead, co?), główni bohaterowie kolejnej, naprawdę długiej serii komiksów, która przyczyniła się do powstania właśnie „Riverdale”.

Przez ostatnie lata, na przełomie 2010 – 2015, wydano kilka kolejnych zeszytów powiązanych z różnymi ideami i na tym skupię się na początku – jakie były inne, uprzedzające „Riverdale” wizje.

 

Riverdale Town

W 2010 Archie Comics wydało serię o nazwie „Life With Archie”, która de facto skupiała się na pomyśle przedstawienia konceptu dwóch różnych przyszłości. Pierwszej – Archie żeniący się z Betty i drugiej – tej, w której Rudzielec zakłada sobie szczęśliwą rodzinkę z Veronicą Lodge. Ogólnie twórcy postawili na delikatną kontrowersję, jak na te lata – małżeństwa między ludźmi o tej samej płci, legalne posiadanie broni przez obywateli, problemy finansowe, polityczne zagrywki. Jeszcze w tym samym roku Archie Comics tworzy pierwszą homoseksualną postać męską – Kevina Kellera, który zagwarantował im zwycięstwo nagrody GLAAD (Gay & Lesbian Alliance Against Defamation) za ponadprzeciętny, wyróżniający się komiks. Dobre posunięcie, aby zareklamować własny produkt i przyciągnąć więcej uwagi widzów.

2013 z kolei przyniósł bazujące na horrorze wydanie „Afterlife with Archie”, który odniósł taki sukces, że niedługo później wydano kolejny zeszyt o podobnej tematyce, jednakże skupiał się on na nastoletniej czarownicy – Sabrinie Spellman, zamiast na typowych, głównych bohaterach. W związku z tym zyskał tytuł „Chilling Adventures of Sabrina”, zamiast typowej nazwy, często zawierającej w sobie imię pierwszoplanowego protagonisty (patrz: Archie „jestem wszędzie, gdzie tylko się da” Andrews). Notabene, postać Sabriny nigdy nie pojawiła się w obecnie emitowanym serialu, a przynajmniej jeszcze tam nie zawitała. W ekranizacji nie spotkaliśmy jeszcze niczego, co miałoby być jakkolwiek powiązane ze światem nadnaturalnym, a zwłaszcza nie dostaliśmy kogoś takiego jak wiedźma, aczkolwiek plot z nią zapowiedziano nam na sezon trzeci…

Przenosimy się o rok do 2014, kiedy to wydawnictwo miało ponownie wydać tom „Archiego”, który skupiałby się na teraźniejszym Rudzielcu, Blondyneczce w ikonicznej kitce, Jugheadie (po prostu) i Księżniczce o kruczoczarnych włosach. Następnego roku zaserwowano również kilka nowych postaci, takich jak: Reggie – chłopak z drużyny szkolnej, Josie and the Pussycats – lokalny zespolik z córką burmistrza Riverdale na czele, czy chociażby ponownie pojawiający się w serii Kevin. Każde z nich zyskało własne tomiki, które jednocześnie akcją łączyły się z główną osią fabularną i bohaterami. Dzięki temu „Archie Comics” zgarnęło kolejną nagrodę IGN w kategorii „najlepsza nowa seria komiksów w 2015”.

Riverdale

 

Pop’s Chock’lit Shoppe

I tutaj najpóźniejszą nowością, która zawitała do nas już na samym początku 2016, był serial, na którym mam się skupić w tej recenzji – Riverdale. Oczywiście nie jest to pierwsza adaptacja jakiej doczekała się seria, bo miał takich kilka, ale z pewnością cieszy się największą popularnością na ekranie.

„Riverdale” jest określane jako mroczniejsze spojrzenie na życie Archiego. Rzecz jasna, produkcja ma wiele podobnych do komiksów wątków i postaci, które nie do końca zawsze zachęcają, czy chociażby ułatwiają brnięcie dalej przez kolejne odcinki, aby skończyć sezon. Ale absolutnie nie krytykuję serialu. Mam z „Riverdale” dość mocne love/hate relationship, które zazwyczaj spowodowane jest postaciami z serialu, mającymi tendencję do stawania się z dość ciekawych w całkiem irytujące, oczywiście to działa też w drugą stronę. Nie jest to na tyle utrudniające oglądanie, żeby powiedzieć „nie chcę tego już oglądać”, ale potrafiło mnie zniechęcić na tyle, żeby zrobić sobie przerwę w serialu (i to kilkakrotnie).

 

Sweetwater River

Na ekranie możemy uświadczyć zarówno znane nam już twarze – chociażby odtwórca roli Jugheada: Cole Sprouse, którego założę się, że wszyscy doskonale znamy z wszelkich form „Nie ma to jak hotel/statek”. Dla starszej widowni, która postanowiła zabrać się za „Riverdale”, zaserwowano takich aktorów jak Mädchen Amick, którą znamy z roli Shelly z „Twin Peaks”, a dla tych, którzy Amick nie znają, podano aktora z kultowego „Krzyku” – Skeet Ulrich. Dostajemy również powiew świeżości w postaci Camili Mendes (serialowa Veronica Lodge), którą po wyszukaniu na filmwebie mamy przypisaną tylko do „Riverdale”. Podejmę się stwierdzenia, że widać niekiedy pewien brak doświadczenia w aktorstwie, ale nie jest to nic, co byłoby bardzo rażące przy oglądaniu. Wszystko jeszcze przed nimi!

Co mogę przyznać twórcom, to to, że postacie są na tyle dopracowane, żeby o każdej móc coś powiedzieć i znajdzie się coś, co przykuje uwagę. Jak najbardziej na plus dla nich. Jak wspomniałam wcześniej, mają tendencję do zmian w dość irytujące (tu odsyłam do Archiego w drugim sezonie), ale jako że działa to też w drugą stronę, to możemy po czasie darzyć sympatią postacie, które wcześniej po prostu doprowadzały do szału (tutaj polecam zwrócić uwagę na różnicę w charakterze Cheryl w pierwszym, a drugim sezonie).

Riverdale Netflix

 

Southside High

Ale co mogę powiedzieć o samym w sobie serialu i akcji w nim?

Zacznijmy od pierwszego sezonu, który skupia się na sprawie morderstwa Jasona Blossoma. To tak na dobry początek, żeby zachęcić do oglądania. Przyznam, że właśnie to przykuło moją uwagę, gdy zaczynałam „Riverdale”. Kto był mordercą spadkobiercy fortuny z Blossom Maple Farm? Wszystkiego dowiecie się po seansie. Historia jest jako tako w porządku – rozwinięta, wyczerpana do końca sezonu, wyjaśniona i rozwiązana.

Drugi sezon z kolei przenosi się do całkowicie innego wątku, który nijak nie jest powiązany z pierwszym. Właściwie to nie jednego wątku, a kilku, które twórcy wrzucają gdzieś na początku i pod koniec sezonu sobie przypominają, że należałoby  chociaż pokrótce je wyjaśnić.

Pojawiają się nowe postacie, o których dotychczas tylko się wspominało, ale nigdy nie mieliśmy szansy ich ujrzeć. Aż do teraz! Chociażby taki Hiram Lodge – wiedzieliśmy, że siedzi w więzieniu i jest biznesmenem, a w dodatku było o nim zaledwie kilka wzmianek. W drugim sezonie zostaje główną postacią, która wkrótce staje się istotnym pionkiem w grze. Pojawia się też wątek tzw. „Czarnej Maski” (Black Hood brzmi o wiele lepiej i mroczniej, ale cóż mogę na to poradzić), czyli seryjnego mordercy z Riverdale, który zabija wszystkich „grzeszników” w mieście. Dla tych, którzy uważnie oglądają, nie będzie zaskoczeniem, kto kryje się pod „Maską”, ale najciekawsze mogą być motywy (chociaż motyw może się wydać większości irracjonalny), które również zostały wyjaśnione na samiutkim końcu. Czy warto czekać? Sami oceńcie!

Co jeszcze mogę powiedzieć o drugim sezonie? Ma cholernie głupie wątki. Nie chcąc spoilerować zbytnio, to wskażę jedynie przykład, jak zepsuto postać Jugheada, który notabene był najlepszą postacią (przynajmniej według mnie). Z naprawdę racjonalnej osoby, zrobiono z niego rozszalałego i zbyt narwanego dzieciaka, co wyglądało jak usilna próba wykreowania go na kolejnego buntownika rodem Jamesa Deana. Nieudana niestety.

Riverdale Seriale

 

Sisters Of Quiet Mercy

Kończąc całość, co ogółem uważam o Riverdale? Czy jest to jakiś super hiper serial? Absolutnie nie. Jednocześnie nie jest też złym serialem.

Przyjemnie się go ogląda, nie wymaga za dużo wysiłku od widza. Sama często do niego siadałam w momencie, kiedy potrzebowałam przysłowiowego „odmóżdżenia”. Dla fanów estetki kolorystycznej doskonale dobranej do scen muzyki też będzie w porządku, ale najbardziej chyba podpasuje tym, którzy są fanami lekkich seriali, a jednocześnie chcą trochę tajemnic.

Ale to już nie mi oceniać. Gdybym miała komuś doradzić, który sezon polecałabym obejrzeć, zdecydowanie poleciłabym pierwszy. To takie guilty pleasure. Jest dobrze zrobiony, o wiele bardziej dopracowany w każdej kwestii. Moją największą pretensją do drugiego sezonu jest to, że całkowicie zapomniano o wątku Jugheada, który pełnił funkcje narratora całej historii, co nadawało swoistego klimatu. Ale co, kto lubi, prawda?

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: