Środkowy palec dla twórców serialu. Rick i Morty Tom 1 – Recenzja

O Ricku i Mortym napisano już chyba wszystko. Rozbito na czynniki pierwsze każdy aspekt serialu, począwszy od humoru, przez popkulturowe nawiązania, aż po znaczenia graficzne. Miesiąc temu, światło dzienne ujrzał tekst, który traktował o komizmie w serii, a który współtworzyłem z Patrykiem i do którego serdecznie zapraszam. Ciężko napisać coś nowego – nawet pomimo faktu, że serial należy do tych genialnych. Wystarczy podeprzeć to nagrodami, jakie uzyskał. Spośród nich należy wyróżnić Emmy, którą autorzy odebrali w bieżącym roku za „Najlepszy Program Animowany” (konkretnie za odcinek „Pickle Rick”). Ocena na FilmWebie to 8,8/10, natomiast na IMDb całe 9,3/10 – liczby robią wrażenie. Jest to opowieść bardzo przyjazna wszelkim redaktorom, ponieważ można o niej pisać i pisać… Klawisze same się wciskają, a słowa pojawiają na monitorze. Nie można jednak wałkować jednego tematu, bo w końcu pojawi się to znienawidzone uczucie znużenia.

Jak więc temu zaradzić?

Naprzeciw wyszła nam grupka przyjaciół, która postanowiła stworzyć komiks na podstawie kultowej animacji Dana Harmona i Justina Roilanda. Mowa o Zacu Gormanie, CJ Cannonie, Ryanie Hillu i Marcu Ellerbym. W nomenklaturze Ricka środkowy palec był symbolem pokoju dla innych światów. Taki też zaserwowała wspomniana grupka twórcom serialu. Komiks genialnie współgra z oryginałem. Dzięki uprzejmości studia Egmont mam przyjemność przedstawić Wam ten szalony twór i przekazać, dlaczego warto dać mu szansę. Zapraszam! 

Rick i Morty w formie komiksu? Kupuję.

Tak, jak Żydzi mają swój Pięcioksiąg – Torę, tak i fani przygód Ricka i Morty’ego dostali pięć rozdziałów komiksu. Pierwsze trzy są ze sobą powiązane i zawiązują się w jedną, spójną historię. Pozostałe dwa są odrębnymi opowieściami. Dodatkowo na koniec zeszytu mamy zbiór krótkich historyjek, gdzie każdej poświęcono 3-4 strony i w zasadzie można je potraktować jako ciekawostkę oraz pewną formę krótkich, obrazkowych kawałów.

Pozwolę sobie zaznaczyć, że autorzy nie poprzestali na przeniesieniu przygód znanych z ekranów na kolorowe kartki komiksu, ale stworzyli od podstaw nowe, których nie widzieliśmy. Już pierwsze strony dają nam do zrozumienia, że cały obraz i zamysł serii pozostaje nienaruszony. Wszystko zaczyna się dość standardowo. Klasyczna tyrada w stronę Jerry’ego i jego zawodowego nieudacznictwa. Przy okazji zaistniałej kłótni Rick decyduje się na udowodnienie swojemu zięciowi (mąż córki, dla wszystkich, którzy gubią się w gąszczu drzewa genealogicznego), że nawet ktoś tak niekumaty, jak Morty może zbić fortunę.

Rynek akcji i powodzenie w dryfowaniu po nim często zależne jest od umiejętności przewidywania przyszłych zdarzeń. Wymaga to zazwyczaj ogromnego doświadczenia i szczęścia, chociaż można też, niczym w „Powrocie do Przeszłości” (reż. Zemeckisa), przenieść się w czasie i zwyczajnie poznać nadchodzące ruchy giełdowe. Chyba nie muszę precyzować, którą opcję wybrałby ultragenialny alkoholik? Choć początkowo wszystko wydaje się w jak najlepszym porządku, jak to w życiu (i kreskówkach) bywa – nic nie trwa wiecznie. Rick wraz z Mortym zostają skazani na dożywotni pobyt w niebezpiecznym i zwariowanym labiryncie, gdzie czeka ich masa niebezpieczeństw. Jak poradzą sobie z tą sytuacją? Cóż, zachęcam do sięgnięcia po komiks! 

Jak komiks wypada na tle serialu?

Jako oddany fan animacji Harmona i Roilanda, z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że autorom komiksu udało się bardzo dobrze przekazać klimat panujący w serialu. Fabuła trzyma wysoki poziom, choć najpierw musiała się na niego wspiąć. Swoistą wspinaczką był pierwszy rozdział, który okazał się zdecydowanie najnudniejszym i najbardziej oderwanym od klimatu serii. Potem było już tylko lepiej. Komizm fabularny nie opadał aż po ostatnią stronę dodatkowych historyjek. Wszystko było odpowiednio wyważone. Wszystko było dokładnie tak, jakby mogło wyglądać na ekranach. Tutaj należą się słowa uznania dla Zaca Gormana, który odpowiadał za pisanie scenariusza do narysowanej historii. Nie jest łatwo osiągnąć złoty środek fabularny, po którym stale przemieszczają się autorzy serialu, a mimo to wspomniany Pan bardzo się do tego zbliżył. To się chwali! 

Bohaterowie

Dobrze znani i bardzo lubiani. Na uwagę zasługuje precyzja, z jaką zostali oni przeniesieni na kartki komiksu. Zarówno pod względem charakterologicznym (brawa, Panie Gorman), jak i wizualnym (brawa, Panie Cannon) postaci zostały oddane dokładnie w taki sposób, jaki zapadł nam w pamięci przy okazji seansu telewizyjnego.

Rick to wciąż aspołeczny, ale genialny alkoholik. Morty niezmiennie pozostał głupkowatym i bojaźliwym nastolatkiem, chociaż należy odnotować, że zdaje się tu nieco bardziej rozważny niż na ekranie. Moim zdaniem dodaje mu to nieco głębi, więc zagrywka zdecydowanie na plus. Wracając, Jerry to nieudacznik, natomiast jego żona Beth musi nosić spodnie w związku. Summer nie dostała zbyt wiele uwagi, więc ciężko mi się nad nią pochylić. W każdym razie postacie są dokładnie tymi, które znamy. Można je albo kochać, albo nienawidzić, bo niezwykle ciężko wykazać jakieś pośrednie uczucia względem tak skrajnych i stereotypowych postaci. Każdy powinien to sprawdzić na własnej skórze. 

Pomimo tego wszystkiego, o czym wspomniałem, są pewne rzeczy, których oczekuję w kolejnym tomie. Na szczyt moich prywatnych „wymagań” wysuwa się więcej kartek poświęconych Summer. Postać ta została świetnie wykreowana przez autorów serialu i genialnie uosabia wszelkie stereotypy starszej siostry. Tu została zbytnio pominięta. Należy odnotować, że dostała swoje dwie prywatne historyjki dodatkowe. Liczę więc, że jest to pewna „zapowiedź” powiększenia jej roli w nadchodzącym, drugim tomie.

Kolejną rzeczą, której śmiem oczekiwać, jest zawarcie większej ilości przemyśleń wewnętrznych bohaterów. Dodatkowo przydałoby się uwydatnienie relacji międzyludzkich, które tam panują, bo przecież nie raz i nie dwa tym właśnie żył serial. Są to jednak aspekty, które nie wpływają w większym stopniu na obiór komiksu. Mogą mu najwyżej dodać kolejnej warstwy i porcji specyficznego komizmu, której nawet teraz tam nie brakuje.

Grafika w sedno klimatu

Odpowiedzialność za nią biorą na siebie CJ Cannon, Ryan Hill oraz Marc Ellerby (kolejno: rysunki, kolory i rysunki w historyjkach dodatkowych), którzy odwalili… kawał dobrej roboty! Grafika nie jest wybitna. Nie nazwę jej dziełem sztuki ani nie okraszę Pana Cannona mianem współczesnego Van Gogha, ale właściwie nie o to chodziło w przypadku tego komiksu. Garstka przyjaciół odpowiedzialna na warstwę wizualną miała oddać to, co znamy z ekranów i wyszło im to bardzo dobrze. Pomimo tego, że rysunki są proste i niekiedy można odnieść wrażenie, że w pewnym stopniu „niedbałe”, to przecież tym właśnie jest ta seria. Właśnie ta niedbałość graficzna dodawała bohaterom głębi i pozwalała wprowadzić masę zabiegów humorystycznych opartych o ich aparycję. Wszystkie emocje, które malują się na twarzach i w postaci niewerbalnych gestów są niezwykle dosadne. Ani razu nie miałem problemu z odczytaniem intencji autora i jestem przekonany, że żaden czytelnik też go nie uświadczy.

Oprawa graficzna jest bardzo mocną stroną całej serii.

Bez dwóch zdań sprawia, że przyjemność obcowania z komiksowymi wcieleniami Ricka i Morty’ego wkracza na znacznie wyższy poziom. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że przesadna dbałość graficzna dałaby efekt zupełnie odwrotny od zamierzonego. Sprawiłaby, że szeroki uśmiech, który towarzyszy nam przy czytaniu pierwszego tomu, zamieniłby się w ostrożny uśmieszek. Wprowadziłoby to elementy powagi tam, gdzie nie powinno ich być. Seria od zawsze miała w lekki sposób wytykać trudne aspekty życia i to właśnie robi. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że cała trójka odpowiedzialna za rysunek musi być wielkimi fanami przygód autorstwa Harmona i Roilanda. Osoba niezaznajomiona z serią nigdy nie oddałaby czegoś tak perfekcyjnie niedoskonałego. Sami macie okazję zmierzyć się z oceną przy okazji kilku skanów zamieszczonych na łamach czytanej przez Was aktualnie recenzji. Z mojej strony płyną wielkie słowa uznania i wierzę, że to nie tylko moje odczucie. 

Kolorowa ekstaza

W całym tym zachwycie nad warstwą wizualną należy pochylić czoła nad pracą Ryana Hilla, który odpowiedzialny jest za kolory. Grafik operuje barwami w sposób przystępny, a przy tym genialny w swojej prostocie. Doskonale nadaje głębię i urozmaica scenografię. Świetnie bawi się emocjami czytelnika – raz buduje napięcie grozy za pomocą ciężkich kolorów, aby zaraz nieco ją rozładować jaśniejszymi. Pomimo tego, że w dzisiejszych czasach kolor to nieodłączny element komiksów, to tutaj twórca zwyczajnie zasłużył na oddzielny akapit. Niewielu przykłada taką uwagę do grania na emocjach czytelnika, a nie jest to mniej ważne niż sama fabuła. Świetna robota, serio. 

Komiks Rick i Morty to świetna przygoda

W taki oto sposób przebrnęliśmy wspólnie przez pierwszy tom komiksu na podstawie hitu Adult Swim. Autorom udało się coś, co często okazuje być największym zarzutem przy tego typu produkcjach. Doskonale oddali oni klimat panujący w animowanej serii. Przenieśli na kartki wszystko to, za co widzowie pokochali zdemoralizowanego dziadka, jego nerwowego wnuka i całą rodzinkę Smithów. Ostatni odcinek trzeciego sezonu został wyemitowany w październiku 2017. Kilka miesięcy temu twórcy zapowiedzieli, że są w trakcie tworzenia aż 70 kolejnych epizodów kultowych przygód. Jest to ilość ogromna i bardzo wiążąca, ale należy nadmienić, że premiery nowych przygód nie należy spodziewać się wcześniej, niż w drugiej połowie nadchodzącego roku. Cóż, jeszcze do niedawna ciężko było poradzić sobie z uczuciem tęsknoty i niedającą spokoju dziurą w sercu. Teraz jest na to sposób. Lekarstwo na tęsknotę stworzyli Gorman, Cannon, Hill oraz Ellerby, a dostarczyło nam je do Polski studio Egmont. 

Komiks polecam każdemu fanowi serii Justina Roilanda i Dana Harmona.

Jest to dokładnie ten sam klimat, ci sami bohaterowie i taki sam poziom komizmu, co w przypadku animacji. Warto sięgnąć po pierwszy tom i przekonać na własnej skórze, że robota została wykonana wzorowo. Seria komiksów traktująca o Ricku i Mortym pozwoli przetrwać ten długi czas oczekiwania na nadchodzące sezony, którym obarczyli nas twórcy. Sprawi to, że tęsknota opadnie, a niekiedy nie będzie wcale odczuwalna. 

Osobiście, zapamiętam ten komiks na długo…

…i będę do niego wracał, tak samo, jak wracałem do telewizyjnego serialu. Ten rodzaj komizmu śmieszy za pierwszy, drugim, a nawet za dziesiątym razem. Jest to w pewnym sensie inwestycja w humor, którą warto podjąć. Jeśli, jak wspomniałem, jesteś fanem Ricka i Morty’ego, ale także tego typu humoru, to nie masz się nad czym zastanawiać.

Reasumując, uważam, że zdecydowanie warto sięgnąć po rysunkowe perypetie rodziny Smithów i zasmakować ich w takim właśnie wydaniu. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Ja się nie zawiodłem i wiem, że wy też tego nie odczujecie. 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o