Rasizm na ekranie. Historia czarnoskórych we współczesnym kinie USA

Kiedy to czytacie całe Stany Zjednoczone albo nadal płoną z powodu trwających zamieszek, albo dopiero co liżą rany po fali przemocy zarówno z jednej, jak i drugiej strony barykady. Zieloni w sprawie czytelnicy mogą nie do końca rozumieć, dlaczego morderstwo pojedynczego czarnoskórego obywatela, George’a Floyda, dokonane przez policjanta, spowodowało masowe protesty. Protesty na tyle duże i medialne, iż na ulice wyszły najjaśniejsze gwiazdy Hollywood, a sam Donald Trump ukrył się w bunkrze pod Białym Domem. Cóż, sprawa jest na tyle skomplikowana i „amerykocentryczna”, że nawet po przeczytaniu parunastu artykułów możemy nadal czuć się w całej sytuacji zagubieni. Do tego najbardziej wokalni przedstawiciele czy to prawej, czy lewej skrajności skutecznie utrudniają wyrobienie własnej opinii. Trzeba zwrócić uwagę nie tylko na stosunek władz do afroamerykańskiej mniejszości, ale i obecny problem z epidemią Koronawirusa w Stanach. Wielkie piętno na dzisiejszym USA odcisnęła również niechlubna historia traktowania czarnoskórych w ówczesnej Ameryce.

Jak na temat dwóch pierwszych powodów moja wiedza jest ograniczona i debatę nad nimi zostawiłbym wykwalifikowanym socjologom i medykom, tak o rysie historycznym jestem Wam w stanie co nieco powiedzieć. A zrobię to za pomocą medium, jakie dosyć dobrze znam i rozumiem.

Przed Wami filmy, które, moim zdaniem, w niesamowicie trafny sposób przedstawiły smutną historię czarnej rasy na nowym kontynencie. Zapraszam!

Django | 2013 | Quentin Tarantino

Świetnym reżyserem, któremu nigdy nie bał się zmierzyć z problemem rasizmu, jest Quentin Tarantino. Jak przystało na jego dzieła, był to film nietypowy. Tarantino od czasu do czasu lubi dać ofierze wyjść zwycięsko z pojedynku z katem, nawet pomimo zaprzeczenia historycznym faktom. Przykładem niech będą końcowe sekwencje z Bękartów Wojny czy Pewnego Razu w Hollywood. Tak było i tym razem. Nie dostaliśmy tutaj opowieści o dwuznacznym moralnie rewolwerowcu przemierzającym kolejne mieściny w poszukiwaniu listów gończych. Nie byłą to też przygoda prawego szeryfa próbującego zaprowadzić porządek na stepach Dzikiego Zachodu. Tarantino postanowił przedstawić nam historię świeżo oswobodzonego, czarnego niewolnika, aspirującego do fachu łowcy nagród. Warto zaznaczyć, że akcja Django Unchained dzieje się na siedem lat przed rozpoczęciem Wojny Secesyjnej. Wojny, która to w nieznacznym stopniu poprawiła sytuację czarnoskórych osób, głównie na północy USA. No właśnie – osób, czy może własności?

“Zerwij kajdany, połam bat…”

Film amerykańskiego reżysera opiera się na wątku niewolnictwa i ukazaniu znieczulicy charakteryzującej ówczesną klasę średnią. Potwierdzenie tego można znaleźć w wielu scenach. Django próbujący zrozumieć, co to znaczy „być wolnym”. Czarnoskórzy zabijający się nawzajem, ku uciesze swoich białych panów. Odbieranie życia niewolnikom dla przykładu czy zabawy – bo przecież kupi się nowego! Tarantino nie skupia się jedynie na rasizmie białych w stosunku do czarnych. Postać służącego kamerdynera Stephena, który pomimo własnego “koloru”  nienawidzi czarnych, ukazuje jak chore, wyniszczające i absurdalne są rasizm oraz niewolnictwo. Zwraca także uwagę na to, iż szykanowanie z powodu innego odcienia skóry nie zależy od pochodzenia a od przekonań i czynów.

Nie myślcie jednak, że twórca Pulp Fiction jedynie uczy. Pokazanie nieudolności KuKluxKlanu. Krew jednego z przeciwników Django rozbryzgująca się na pole bawełny. Epicki wjazd głównego bohatera do miasta zkwitowany zdziwionym „A Nigger on a horse?”  Wszystkie te sceny z pewnością wywołają uśmiech na twarzy każdego świadomego widza. 

Black Lives Matter

BlacKKKlansman | 2018 | Spike Lee

To, że Spike Lee robi skłaniające do przemyśleń kino społeczne, skupione w dużej mierze na czarnoskórych, wiemy chyba wszyscy. Tego, że głównym bohaterem jego kolejnego filmu będzie Afroamerykanin z afro nie tylko w nazwie, ale i na głowie, dołączający do KuKluxKlanu, nie spodziewał się chyba nikt. Całość robi się jeszcze bardziej szalona, kiedy dowiadujemy się, że historia czarnego policjanta znajdującego ogłoszenie KKK w gazecie, a następnie zwerbowanego do białych kapturów, jest prawdziwa. Pomimo tak groteskowego i odrealnionego opisu fabuły, Spike naprawdę pieczołowicie odwzorowuje klimat tamtych czasów. Przybliża widzom również panujące wtedy nastroje społeczne niezbyt przychylne czarnoskórym środowiskom. Przy tym pozostawia widza z masą refleksji z zaznaczeniem, że współczesny obraz Ameryki nie odbiega aż tak bardzo od tego mającego miejsce ponad 50 lat temu. 

Główny bohater, Ron (grany przez fantastycznego Johna Davida Washingtona), zostaje pierwszym czarnoskórym policjantem w całym Colorado. Budzi to skrajne emocje wśród niektórych mundurowych. Pochodzący z Atlanty reżyser, oprócz przedstawienia działań tytułowego klanu od kuchni, dużo miejsca poświęca właśnie wątkowi rasizmu w strukturach policji. Najlepszym tego wyrazem jest scena  kontroli drogowej spowodowanej kolorem skóry kierowcy i pasażerów, gdzie policja ewidentnie przekroczyła swoje kompetencje. Za inny przykład może posłużyć morderstwo afroamerykańskiego chłopca pod pretekstem posiadania broni, o którym wszyscy na komendzie doskonale wiedzą. W końcu na kumpla z pracy nie doniesiesz. 

Historia czarnoskórych w USA

Ogniem i… Bogiem?

Tak samo, jak Django Tarantino, film Lee uwypukla głupotę i niekompetencję towarzystwa entuzjastów palenia krzyży. Zaznacza jednak, iż popularność samego ruchu, a nawet jego późniejsza obecność w polityce, nie wzięła się znikąd. Spowodowana została aprobatą części społeczeństwa, która w wielu przypadkach nie była nawet do końca świadoma, jak nieludzką organizację wspiera. Jej członkowie oczywiście skrzętnie to wykorzystywali. W dzień opowiadaj o fizycznych różnicach i odrębności białych od czarnych, wplątując w to wszystko Boga. W nocy tych samych czarnych podpalaj i wieszaj…

Historia czarnoskórych w USA

Black Panther | 2018 | Ryan Coogler

Nie myślcie jednak, że tylko produkcje osadzone w danej epoce mają prawo poruszać ważne społecznie tematy czy nawiązywać do historycznych wydarzeń. Świetnym tego przykładem jest film młodego, obiecującego reżysera: Ryana Cooglera. Black Panther to dzieło działające na naprawdę wielu płaszczyznach. Nie dość, że zgrabnie rozwija kinowe uniwersum Marvel Studios, to jest  po prostu bardzo solidnym kinem rozrywkowym. Przede wszystkim jednak działa jako książkowy przykład produkcji od czarnych dla czarnych. 

Od czarnoskórych dla czarnoskórych

Warto zacząć od tego, że Czarna Pantera to pierwszy pełnoprawna produkcja superhero, którego główny bohater jest czarnoskóry. Zapytacie: dlaczego to tak ważne? Wielu z nas podczas oglądania filmów, seriali czy ogrywania kolejnych gier, chcąc nie chcąc, utożsamia się z danymi bohaterami. MCU nie jest tutaj wyjątkiem. Pomyślcie teraz o tych wszystkich czarnoskórych osobach (szczególnie dzieciakach), których reprezentacja w Marvelowskim uniwersum kończyła się na dwóch bohaterach drugoplanowych – Rhodeym i Falconie. Do tego idealne połączenie motywów plemiennych z aktualną afro amerykańską kulturą (szczególnie widoczne w obłędnej muzyce) doprawione nutką modernizmu. Na dokładkę sam reżyser udowadnia, jak świadomy jest swoich korzeni oraz jak dobrze czuje tematykę społeczną, odpowiednio dawkując nam oba te zagadnienia. Wszystko to złożyło się na ogromną popularność produkcji nie tylko w USA, ale również w innych częściach świata. Natomiast postać tytułowego Black Panthera, stała się z miejsca jedną z ikon „czarnej” popkultury. 

Jeśli uznamy, że Black Panther to po prostu kolejny wystylizowany blockbuster z cieszącymi oko scenami akcji i bez głębszego przesłania, to nic na tym nie stracimy. Jeśli jednak podczas samego seansu dostrzeżemy w dziele pana Ryana coś więcej, film w naszych oczach może jedynie zyskać.

Coś więcej

A czym tutaj jest to tajemnicze „coś więcej”? Każdy z nas prawdopodobnie pamięta z historii okres zwany kolonializmem. Największe potęgi zawłaszczyły sobie ziemie czy dobra naturalne należące do różnego rodzaju plemion i tak dalej. Jednym z największych poszkodowanych była m.in. Afryka.  Kojarzymy również późniejsze używanie czarnych niewolników jako taniej siły roboczej, szczególnie popularne w ówczesnych Stanach. Reżyser skupia się natomiast na ukazaniu jakie piętno ten haniebny okres po sobie zostawił. Widać to przede wszystkim w rozterkach głównego bohatera, króla Wakandy, T’Challi. Nowo wybrany władca zastanawia się, czy dobrym pomysłem będzie ujawnienie swojego sekretnego królestwa, a co za tym idzie wyjątkowego i niespotykanego nigdzie indziej metalu, zwanego vibranium. Jednym z argumentów „na nie” jest właśnie strach przed podzieleniem smutnego losu innych obszarów czarnego lądu z niepowtarzalnymi surowcami. Afrykańskie państwo nieodkryte przez białych kolonizatorów, tym najbogatszym i najlepiej prosperującym, ciekawe.

Get Out | 2017 | Jordan Peele

Ten nowojorski reżyser w swoich produkcjach przede wszystkim skupia się na czarnoskórych, ich problemach oraz otoczeniu. Peele skłania widza do myślenia podczas seansu, zwracania uwagi na szczegóły, pojedyncze sceny. Do tego, co rusz puszcza oko i wrzuca drobnostki wynagradzające najbardziej zaangażowanych odbiorców. Czasem są to ciekawostki dla samych ciekawostek, czasem pomagają zrozumieć końcowy plot twist, a nawet całe sedno i przekaz filmu. Dokładnie tak jak w przypadku oscarowego „Uciekaj”.

Pamiętajmy natomiast, iż każda skrajność jest zła i może narobić więcej szkód niż pożytku. Taki przekaz, bardzo zgrabnie i błyskotliwie, wplata w swoją produkcję pan Jordan Peele. Co więc wyróżnia jego filmy na tle masy innych horrorów wychodzących co roku? 

Get Out opowiada historię czarnego fotografa, Chrisa, który wraz ze swoją białą partnerką, Rose, udaje się w rodzinne strony dziewczyny. Pomimo pozornej sympatii rodziny ukochanej, mężczyzna wyczuwa, że coś tutaj nie gra a atmosfera gęstnieje z minuty na minutę. W przeciwieństwie do Tarantino, Lee czy Cooglera, pan Jordan nie komentuje wydarzeń z przeszłości. Stara się natomiast zwrócić uwagę na aktualną sytuację czarnoskórych w USA.

Black Lives Matter

Więcej nie znaczy równiej

Tak jak pisałem na początku, Jordan Peele porusza jeden z rzadko eksploatowanych tematów w filmach, a dokładnie bycie nazbyt poprawnym politycznie. Rodzice Rose, jak i ich znajomi na każdym kroku komplementują postawność czy egzotyczną urodę głównego bohatera, by nie zostać oskarżonymi o dyskryminacje. Ostatecznie podoba im się on tak bardzo, że próbują zatrzymać go w swoim towarzystwie na dłużej, znacznie, znacznie dłużej.  Zdaniem reżysera uprzywilejowywanie czarnoskórych ze względu na krzywdy wyrządzone im dziesiątki lat temu, nie jest czymś dobrym. Może to jedynie podsycać konflikty rasowe i oddalać od upragnionego równouprawnienia.

Do tego w samym filmie dostajemy chociażby scenę bingo aukcji, gdzie starsi biali ludzie licytują ciało Chrisa pod jego nieobecność. Bardzo wyraźnie  nawiązuje ona do złudnej równości rasowej w dzisiejszej Ameryce. Używanie przez głównego bohatera lampy błyskowej w smartfonie jako sposobu przywracania świadomości innym czarnoskórym w domu państwa Armitage również może być szeroko interpretowane. Jestem zdania, iż tym motywem Peele chciał zwrócić uwagę na sposób walki z rasizmem w XXI wieku. Właśnie przez różnego rodzaju serwisy społecznościowe, social media, czyli między innymi telefonem. Idealnie obrazują to aktualne protesty, gdzie różnego rodzaju filmiki z demonstracji uzyskują tysiące wyświetleń, a przescrollowanie tablicy bez zobaczenia co najmniej jednego hasztagu BlackLivesMatter jest praktycznie niemożliwe.

Black Lives Matter

Pomimo że wielu czarnoskórych reżyserów naprawdę skradło mi serce, nie obejrzałem oczywiście wszystkich owoców czarnego kina. Na szczęście na naszej gałęzi zawsze znajdzie się pomocna łapa, którą tym razem wystawił Michał. Nasz naczelny redakcyjny brodacz przybliży Wam historię tego, jak nawet najwięksi artyści przez swój kolor skóry nie mieli lekko. Nie oceniajmy więc książki po okładce… szczególnie kiedy jest zielona!

Green Book | 2018 | Peter Farrelly

Green Book to film, którego nie mogło zabraknąć w tym tekście.  Słyszałem opinie, że to dzieło niezasługujące na otrzymane nagrody, przereklamowane, z przeinaczoną historią… Żaden ze mnie krytyk, ale wiem, kiedy widzę dobrą produkcję. Coś z idealnym rozkładem ciepła, refleksyjności i powagi.  Do tego klimat lat 60. XX wieku, komizm z płynący z duetu Mortensen i Ali i w rezultacie otrzymujemy jeden z moich ulubionych obrazów.

Tytułowy Green Book to relikt segregacji rasowej. Tak właśnie nazwana została obowiązkowa broszura będąca „przewodnikiem” dla podróżujących czarnoskórych. Wskazywały przeznaczone im miejsca noclegowe i restauracje – nie wszystkie były dla nich dostępne. Film przedstawia historię Dona Shirleya, wybitnego pianisty, który wyposażony w taki folder wyrusza w tournee po kraju. Towarzyszy mu Tony Vallelonga, który odgrywa rolę jego kierowcy i ochroniarza. W czym tkwi haczyk? Pierwszy z nich to wykształcony i pełen nonszalancji muzyk. Drugi jest prostolinijnym i raczej nieokrzesanym cwaniaczkiem. Prawdziwym hakiem jest jednak kolor skóry pierwszego z panów. Sprawia on, że Don wielokrotnie zderza się ze ścianą nie do przejścia. Zbudowana jest ona z umysłowego betonu. Obrazują to między innymi sceny, w których Don gra w jakimś miejscu koncert. Ludzie oklaskują go, nazywają geniuszem, na scenie mają za króla… Ale po zejściu z niej nie może on w tym samym obiekcie zjeść czy nawet iść do łazienki.

Droga do zrozumienia

Film przedstawia nam nie tylko ujęcie tych absurdalnych i dla wielu smutnych czasów. To przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy potrafią się porozumieć pomimo różnic i pochodzenia z różnych światów. Zarówno Tony, jak i Don przekonują się, że nawet od kogoś żyjącego w zupełnie inny sposób, można nauczyć się czegoś wartościowego. Prawdziwą przyjemność sprawia widzowi oglądanie, jak główni bohaterowie przełamują swoje granice i przekonują się do siebie. Do tego wszystkiego dochodzi wiele zabawnych fragmentów, świetne stroje, kilka zmyślnych zwrotów akcji – ja taką mieszankę serdecznie polecam. 

Jeśli natomiast nie dość Wam czytania o tym, jak udaną produkcją jest Green Book, to zapraszam na nasz fanpejdż. Tam, sam redaktor naczelny – Jacek, podzielił się opinią na temat tego jedynego w swoim rodzaju filmu drogi.

Historia czarnoskórych w USA

Biały Czarny Żółty Człowiek

Tak więc przebrnęliśmy przez kolonializm, niewolnictwo, rasowe podziały drugiej połowy XX wieku, by zakończyć na rasizmie 2.0 dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Smutne, że pomimo upływu dziesiątek, a nawet setek lat, nadal jesteśmy w stanie nienawidzić kogoś  za sam fakt bycia innego koloru niż my. Kolejny przykład tego, jak my jako ludzie nie potrafimy uczyć się na błędach.

Wielkie dzięki, jeśli wytrwaliście do końca. Wraz z Michałem mamy nadzieję, że należycie przedstawiliśmy Wam problemy, z jakimi zmagali się i dalej się zmagają  czarnoskórzy na całym świecie. Jeśli choć jedna osoba po przeczytaniu tego chwilę poduma nad ich losem i zastanowi się, jak sama może wpłynąć na wyplenienie tej toczącej kulę ziemską od dawien dawna zarazy, zwanej rasizmem, nasza robota będzie skończona.

Od siebie mogę dodać jedynie – bądźmy ludźmi dla innych. Nie znajdujmy w drugiej osobie chińczyka, murzyna, araba, hindusa czy kogokolwiek innego. Znajdujmy człowieka, z własną osobowością,  pasjami i marzeniami. Życie jest za krótkie na nienawiść, tym bardziej z tak głupiego powodu. Pamiętajcie, wszyscy skończymy tak samo, w tej samej ziemi.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments