Przypowieść o tym, jak Mścibór Potężny sflaczałe muskuły prężył

mscibor-wyr

Kiedy Słońce było bogiem

Nie lubię wypowiadać się negatywnie o rzeczach, które ewidentnie powstały z pasji. Rzeczach będących czyimś ukochanym dzieckiem. Gdyż abstrahując od ich poziomu, zawsze mają właśnie tę cząstkę miłości autora. Sprawiającą, że często na przekór wadom potrafią posiadać w sobie pierwiastek wyjątkowości. Temu też chętnie trzymam kciuki za wszelakie przejawy kreatywnej ekspresji, niezależnie od formy. Szczególnie jeżeli dotyczy to Polaka rodaka i obszaru moich zainteresowań. Jak śpiewał kiedyś Stuhr senior: „Śpiewać każdy może, trochę lepiej, lub trochę gorzej, ale nie o to chodzi, jak co komu wychodzi. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi, uuu”. Ale…

… równie ważna jest zdrowa dawka krytyki. Sam niejednokrotnie jej doświadczyłem. Dyskutowanie na temat moich tekstów dotyczących komiksu, animacji, czy filmów – dostarczyło mi równie wiele satysfakcji, co dostawanie pochwał. Jednocześnie, to właśnie ona pozwala spojrzeć na własne dzieło z innej perspektywy. Rozwinąć skrzydła kreatywności jeszcze szerzej. Dlatego też z tego miejsca mam nadzieję, że słowa, które planuję napisać poniżej, nie będą odebrane zbyt negatywnie przez autora. Powodem tego jest fakt, że jednak większa część mojej opinii będzie dość szorstka.

Za górami, za lasami…

Komiks „Mścibór” zrodził się z głowy i pióra Jana Skarżyńskiego, którego to wcześniejszej twórczości niestety nie znam. Jego powstanie ufundowano ze składek fanów oraz innych zainteresowanych dobrych dusz na portalu wspieram.to – tak więc mamy do czynienia z całkowicie niezależnym projektem. Posłowie dodatkowo daje nam nieco wglądu w inspiracje, z których najbliższe memu sercu są te dotyczące battle shounenów. Całość jest jednak utrzymana w klimacie i otoczce usmażonej na głębokim tłuszczu wyciśniętym z turbo-słowiańskości. Tutaj kobiety noszą tylko kwietne wianki, a potężni mężczyźni prezentują seksowne blond wąsy, do których z tęsknotą wzdychałby każdy polski Janusz.

Jeżeli się jeszcze nie domyśliliście, to obcujemy tutaj z bardzo klasycznym pastiszem. Takim, biorącym na warsztat motywy, o jakich zdążyłem już wspomnieć w powyższym paragrafie. Co zresztą zaznaczył również bardzo wyraźnie sam autor w posłowiu do komiksu.

Słyszeliście historię o niemym Michałku…?

„Mścibór” nie jest skomplikowanym tworem. Właściwie, to bardzo krótka i prosta historyjka. Opowiada ona o zmaganiach potężnego tytułowego turbo-słowianina z jednym z przedstawicieli rodzimego folkloru. Choć zeszyt posiada stron czterdzieści, to na fabularną część przypada około połowy z tego. Resztę stanowią głównie dodatki pokroju gościnnych rysunków innych artystów. W zasadzie nie powinno stanowić to problemu, bo całości można nadać charakter w jednym panelu, a często wystarczy i nawet pojedynczy kadr. Niestety w tym przypadku, chociaż mamy nie najgorszą ilość miejsca do polubienia bohaterów, to jednak nie udało się tutaj tego osiągnąć.

Początek nie był najgorszy. Lądujemy w czasach mitycznych – opisywanych jedynie jako rządy Króla Kraka IV. Choć on sam jest postacią drugoplanową i nie otrzymuje nawet jednego dymku dialogowego. Mamy również gościnny występ jednego ze słowiańskich bogów albo bytu wzorowanego na nich. Dodatkowo małą dziewczynkę, której zły los sprawia paskudnego psikusa i pcha ku spotkaniu z Mściborem. Problem jednak stanowią interakcje między bohaterami – dialogi nie mają polotu, brak też oddania charakteru postaci, a główny zły nawet bardziej przypomina place-holder. W tak krótkiej formie to właśnie ciekawi i kolorowi bohaterowie powinni stanowić oś całości. Osobiście mam jednak wrażenie, że komiks nie wyszedł poza fazę koncepcyjną. Widzę tutaj elementy, którym wystarczyłoby poświęcić więcej czasu na ich dopieszczenie oraz przemyślenie i można by zmienić całość w coś dużo bardziej sympatycznego. Przynoszącego nawet lekki grymas uśmiechu podczas śledzenia opowieści. Czytając Mścibora, towarzyszyło mi jednak raczej uczucie obcowania z gloryfikowanym szkicem.

Wielkieś pustki mi uczynił

Nie bez przyczyny użyłem cytatu z Kapitana Bomby jako tytuł tej części tekstu. Komiks, który miał być pastiszem, pewnym rodzajem żartu – przywiódł mi na myśl właśnie to na myśl. Czy ktoś zna historię o niemym Michałku, który tak żuł gumę, że aż umarł… i koniec! Komiks Jana Skarżyńskiego przypomina mi właśnie taką historię. Brak tutaj mięska, treści wypełniającej panele oraz jakiejś (mniej lub bardziej) przewrotnej pointy na koniec. Czegoś, co pozwoliłoby mi uzasadnić czas poświęcony na przeczytanie tej miniatury. Jakkolwiek by krótka ona nie była.

Za pozytywny przykład tego, jak użyć słowiańskości w formie pastiszu, to polecam obejrzeć ten materiał. Jest on tak dobry, że nawet bariera językowa (jest on w całości po rosyjsku) nie przeszkadza w zrozumieniu oraz docenieniu. Szczególnie polecam zwrócić uwagę na ostatnią z miniatur.

Łyżka miodu w beczce dziegciu

Muszę szczerze pochwalić oprawę wizualną. Komiks wygląda naprawdę schludnie. Rysunki są przyjemne, a zabawa z kolorami, czy stylami jest zrealizowana bardziej niż kompetentnie. Początek przypominający ilustracje do książek opisujących legendy. Późniejsze spotkanie ze słowiańskim bogiem, a także same projekty postaci są jak dla mnie największą zaletą Mścibora.

Podkreślają to dodatkowo jeszcze odniesienia do mang typu battle-shounen rodem z lat 80’tych ubiegłego wieku. Wszelkie pozy, jakie przybiera tytułowy bohater, masa mięśniowa oraz cios kończący – zostały żywcem wyciągnięte z takiego „Fist of the North Star”, czy pierwszych odsłon „Jojo’s Bizarre Adventures”. Nawet bez czytania posłowia od razu rozpoznałem odniesienia. Co zresztą, tak podkreśla sama obecność onomatopei, która wzmacniała to wrażenie. Gdyby jeszcze tylko autor popracował nad aranżacją paneli. Czasem miałem wrażenie, że pewne wydarzenia są niepotrzebnie rozdzielone i lepiej wyglądałyby jako pojedynczy kadr. Uważam, że przydałoby się także więcej przesadzonej i przestylizowanej ekspresji. Myślę, że tego typu przeskakiwanie rekina w prezentacji wydarzeń pomogłoby odciągnąć uwagę od niskiego poziomu reszty historii.

Na dodatek sądzę, że w brakuje dialogów, z których wylewałby się testosteron. Nadanie jakiegoś chwytliwego powiedzonka pokroju „Omae wa mou shindeiru!”, czy innego one-linera – nadałoby kolorytu postaciom. Nie da się ukryć, że przecież tego typu jednozdaniowe, supermęskie wymiany zdań, to jedna z podstaw turbo-muskularnego stylu lat 80’tych!

Osobiście polecałbym przyciszyć. Ze szczególną uwagą do tych, którzy właśnie mają słuchawki na uszach.

A ja poczywam…

Moim skromnym zdaniem „Mścibór” miał potencjał. Ba, uważam, że jeżeli autor poświęci w dalszych odsłonach przygód umięśnionego turbo-Słowianina więcej czasu na wypełnienie go lepszą treścią, to może on urosnąć do zdecydowanie czegoś lepszego niż spalonego dowcipu. Na razie jednak muszę uznać ten krótki zeszyt za raczej zmarnowaną szansę. Miejmy nadzieję, że następnym razem będzie lepiej.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: