Promethea. Księga pierwsza – kulturowa wyliczanka

Praktyka dowodzi, że nierzadko nieoczywiste połączenia okazują się najbardziej trafnymi. Pizza z gruszką, ogórki z miodem, a może frytki z majonezem (#PulpFiction)? Jak bardzo niedorzeczne wydawać by się komuś mogły te zestawy, tak grupa ich wielbicieli tworzy spore grono. A co otrzymalibyśmy, łącząc komiks fantasy, science-fiction i superbohaterski? Pojawiłaby się „Promethea” Alana Moore’a. Jak ona smakuje? Dzięki prawidłowym proporcjom – naprawdę dobrze.

Promethea – dwa światy

„Promethea” przeplata w sobie światy, których płaszczyzny pozornie powinny leżeć osobno lub pokrywać się tylko w małym stopniu. Moore z wdziękiem buldożera pozbywa się wszelkich barier i ścian. Tłem dla większości wydarzeń jest Nowy Jork z 1999 roku. Nie mieści się on jednak w naszej rzeczywistości, ale w takiej, w której przełom tysiącleci przyniósł ludzkości supernowoczesną technologię, jak na przykład materiał o nazwie elastażel – elastyczną sieć plastycznych sześciokątów, w której każdy to maleńki komputer. Poza tym ludzie przemieszczają się na latających platformach (pokonują na nich nawet trasy kosmos-Ziemia) lub za pomocą poduszkowców. Świat jest wyposażony w elementy futurystyczne, ale nie są one tak odjechane, jak na przykład te z Transmetropolitan.

Misz masz

Dalej spotykamy się z klimatem fantasy. Świat komiksu podzielony jest na dwie równorzędne warstwy – rzeczywistość i świat wyobraźni, czyli profanum i sacrum. Pierwszy jest domem dla SophieBangs – studentki, dla której Promethea jest tematem pracy semestralnej.  Drugi zaś jest królestwem naszej tytułowej bohaterki. Jest ona swego rodzaju ideą, półboginią powołaną do życia 1600 lat wcześniej. Od tamtej pory pojawia się w dziełach różnej maści artystów, a wiara w jej istnienie sprawia, że staje się ona jak najbardziej rzeczywista. Badania prowadzone przez Sophie sprawiają, że również jej przyjdzie dużo bliżej obcować z mityczną postacią, a co za tym idzie z krainą fantazji zwaną Imaterią. W dużej mierze przypomina ona Gaimanowskie Śnienie z Sandmana, jednak nie posiada wyraźnego władcy. Wyobraźnia Sophie może oddziaływać na pewne elementy tego świata, na inne nie. Z jej ingerencją czy bez wszystko jest tam niezwykłe, intrygujące i rozkosznie oniryczne.

Czy to sen?

Nie mniej ważne jest aspekt superbohaterski. Zarówno w Imaterii, jak i na jawie, Promethea to potężna heroska, a jej rola i działania są ściśle związane z porządkiem istnienia obu światów. Wielka moc to nie tylko wielka odpowiedzialność, ale również automatyczne zaangażowanie w konflikt dobra ze złem. Nie inaczej jest w tym przypadku. Sophie już na początku swojej przygody zostaje zaatakowana przez demoniczne siły, a im większą wiedzę o tajemnicach wszechświata zyskuje, tym zacieklej musi się bronić. Na szczęście w walce nie pozostaje bezbronna, a jej możliwości ograniczają w dużej mierze tylko polot i finezja. Czy jej bystry umysł pozwoli jej umknąć przed piekielnymi zastępami? Jakie tajemnice świata uda jej się odsłonić?

J. H. Williams III i świetne kadry!

Komiks nie mógłby być dobry bez udanej oprawy graficznej. J. H. Williams III wykonał tu kawał dobrej roboty. Jego rysunki wyglądają równie dobrze we fragmentach science-fiction, jak i fantasy. Emocje na twarzach postaci są prawdziwe, ich ruchy naturalne, całości dopełnia doskonała gra światła z cieniem. Również kolory nałożone przez MickeaGray’a sprawiają, że cały obraz tętni życiem.

Warto również wspomnieć, że „Promethea” ma w sobie zaszczepione naprawdę ciekawe przejścia między kadrami. W wielu przypadkach, gdzie akcja rozgrywa się na dwóch stronach, dymki możemy czytać od lewej do prawej na jednej kartce lub w taki sam sposób, ale przez oba arkusze. Porządek opowieści nie zostanie zaburzony. Geniusz! Same okienka są też integralną formą całości. W większości przypadków są to bogato zdobione obramowania, które dopasowują się wykonaniem do klimatu aktualnie rozgrywanych scen. Z niektórymi sekcjami miałem jednak drobne problemy, bo działo się na nich za dużo. Potrzebowałem kilku chwili na zorientowanie się, gdzie jest czyjaś noga, gdzie ręka bądź skrzydło. Nie burzy to odbioru całości, ale bywa męczące.

Dobra robota!

Chociaż proporcje klimatycznego miksu „Promethea” ma wyważone świetnie, jej ogólny odbiór nie przypadł mi do gustu w stu procentach. To naprawdę bardzo dobry komiks, ale zwyczajnie nie leży do końca w moim klimacie. Mimo to uważam go za najciekawszą wariację z podstawą mitologiczną, jaką czytałem oraz jedna z lepszych, jeśli chodzi o poziom przedstawienia świata onirycznego.

Świat przedstawiony w „Promethei” dopełnia też wiele smakowitych kąsków ukrytych w tle opowieści, takich jak „Płaczący goryl” – nowojorska twarz kampanii billboardowej. Nie zabraknie skomplikowanych relacji międzyludzkich, poszukiwania własnego „ja” oraz niemałej dawki erotyzmu. Komiks na miarę DC Vertigo.

Za egzemplarz do recenzji dziękujemy wydawnictwu Egmont.

Nie zapomnicie polubić naszej strony na Facebooku, aby być zawsze na bieżąco – Leniwa Popkultura!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o