Próba czasu. Czy Titanic Jamesa Camerona zasługiwał na 11 Oscarów?

Rok 1997 obfitował w ważne wydarzenia: firma Intel oficjalnie zaprezentowała mikroprocesor Pentium II, tragiczną śmiercią zginęła księżna Walii, Lady Diana a Telewizja Polska wyemitowała pierwszy odcinek telenoweli Klan. Również Titanic, film Jamesa Camerona (reżysera, którego przedstawiać nie trzeba) wszedł do kin w 1997 roku. To właśnie jemu przypadło w udziale zostać poddanym próbie czasu w tym miesiącu.

Film jest oparty na prawdziwej historii zatonięcia RMS Titanica, brytyjskiego transatlantyka typu Olympic, który w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku spoczął na dnie oceanu, pochłaniając ok. 1500 ofiar. James Cameron opowiedział wydarzenia tego tragicznego rejsu oczami jego pasażerki, Rose DeWitt Bukater, która na pokładzie Titanica spotkała miłość swojego życia – artystę Jacka Dawsona. Rozwijające się uczucie między dwójką młodych ludzi obserwujemy, doskonale wiedząc, jak skończy się nieszczęsny rejs. Czy nasi młodzi kochankowie pokonają i tę przeciwność losu?

W rolach głównych wystąpili młodziutcy Leonardo DiCaprio i Kate Winslet. Titanic został nagrodzony jedenastoma Oscarami, w tym za scenografię, kostiumy, zdjęcia i reżyserię. To jeden z najważniejszych filmów w dorobku Jamesa Camerona, a także szlagierowy melodramat, na którym pękło niejedno serce. W tym moje. Jak go pamiętam?

Titanic: Wspomnienia

Pierwszy raz Titanica obejrzałam kilka lat po premierze, w 2003 albo 2004 roku. Oczywiście, były to inne czasy. Internet i media społecznościowe nie były tak rozwinięte, jak dziś, a ja byłam dużo młodszym oraz posiadającym mniej wiedzy kinomanem. I, niestety, cały czas miałam nadzieję, że historia Jacka i Rose skończy się szczęśliwie (głównie dlatego, że młody Leonardo DiCaprio podobał mi się niemożebnie). Z samego filmu pamiętam niewiele — przede wszystkim to, że w większości go przepłakałam. To był zdecydowanie jeden z pierwszych tytułów, który zafundował mi emocjonalny rollercoaster. Titanic jako reprezentant gatunku melodramat sprawił, że później niechętnie się do nich zbierałam. Raz: gatunek ma tendencję do popadania w kicz, jeśli jest słabo zrealizowany. Dwa: jeśli jest dobrze zrealizowany, zostawia mnie zapłakaną i ze złamanym sercem na długo po seansie. A po co fundować sobie gorszy nastrój?

Zostawcie Titanica!

Wokół filmu urosła dziwna legenda do tego stopnia, że za “zwykłe romansidło” mają go nawet ci, którzy Titanica nie widzieli. Młodzi widzowie pewnie będą zszokowani, ale lata zaraz po premierze filmu, to czasy, kiedy Leonardo DiCaprio był uważany za słabego aktora. Za “ładnego chłoptasia, ale marnego aktora z romansidła na statku” co mnie osobiście wyjątkowo oburzało. Długo walczyłam o jego dobre imię (tak jak i teraz walczę o Roberta Pattinsona). Tak samo, jak długie lata broniłam dobrego imienia Titanica jako filmu. Każdej osobie, która go krytykuje, zawsze powtarzam: Titanic jest genialny! Teraz, razem ze skokiem popularności Leo, wzrasta też sympatia do tego tytułu, co mnie bardzo cieszy. Mam nadzieję, że po latach będzie podobał mi się tak samo, jak wtedy (tak Titanic, jak i Leo).

Zabieram się do oglądania.

Titanic: Próba czasu

Od czego by zacząć? Od wymieniania momentów, podczas których ryczałam jak bóbr? Czy może od zadania pytania: dlaczego ja to sobie zrobiłam? Napisałam wyżej, że nie lubię oglądać dobrych melodramatów, bo jestem po nich cała roztrzęsiona. A Titanic to film rewelacyjny! 

Technicznie się nie zestarzał. Wszystkie Oscary, które dostał w wymienianych przeze mnie wyżej kategoriach, zdecydowanie mu się należały. Całość wciąż wygląda przepięknie, a z ekranu wylewa się przepych i blichtr uznawanego za niezatapialny statku. Właściwie to oglądałam go dziś z takim samym zachwytem jak za pierwszym razem. Z tą różnicą, że wtedy wszystkie sceny pracy Titanica od kotłowni, nudziły, a teraz wręcz przeciwnie. Nie znam się kompletnie na maszynerii, więc nie wiem, na ile było bliskie prawy. To jednak nie przeszkadza. Dopiero zdałam sobie sprawę, ile osób musiało harować, żeby reszta pasażerów płynęła sobie w perfumowanych pokojach.

Piękna, piękny i bestia

Nie przeszkadzały mi też wszystkie podręcznikowe schematy gatunku, które odfajkowano według podręcznika: Jack i narzeczony Rose, Cal (świetny Billy Zane) to przeciwieństwa. Jeden jest wręcz ideałem, a drugi to diabeł wcielony bez żadnych cech pozytywnych (żeby widz, nie daj Boże, nie polubił go bardziej niż Jacka). Wyraźnie zarysowana różnica klas pasażerów, nawet tak dobitnie “symbolicznymi” scenami, jak biedni będący sprawdzani czy nie mają wszy, w momencie, kiedy psy bogatych pasażerów wchodzą sobie na statek. Rose, uwięziona w szklanej klatce swojej śmietanki towarzyskiej, choć jej serce wyrywa się do przodu. Ten prostolinijny Jack, który ją szanuje, pokazując piękny i wspaniały świat, nieograniczony zardzewiałymi zasadami, i tak dalej, i tak dalej. Dobra “matka chrzestna”, w postaci pani Brown (Kathy Bates), która pomaga Jackowi będąc jego sojuszniczką w manewrowaniu po arystokratycznym morzu. Dlaczego mi to nie przeszkadza? Bo już od pierwszych scen kopnęła mnie taka nostalgia, że wszystko, co wiem o filmach, wyleciało z głowy a ja znów byłam małą dziewczynką zapatrzoną w Leonardo jak w obrazek. Dodatkowo James Cameron zafundował nam i tragiczne i, poniekąd, szczęśliwe zakończenie w jednym. Brawo!

You jump, i jump, remember?

Pierwsze łzy w oczach miałam na sam początek filmu, kiedy Rose powiedziała, że to ona jest sportretowana, na słynnym “namaluj mnie jak te swoje francuskie dziewczyny” obrazku, który Bill Paxton wyłowił z Titanica. Oczy szkliły mi mi się również, kiedy przeglądała resztę swoich odnalezionych rzeczy. Przyznaję bez bicia: łzy płynęły po policzku zanim jeszcze Leonardo pojawił się na ekranie. A od kiedy, podczas spisywania ocalałych Rose przedstawia się nazwiskiem Dawson aż do końca piosenki Celine Dion, która leci w trakcie napisów końcowych, wyglądałam tak:

Titanic: świetne kino akcji w melodramacie

Titanic trwa trzy godziny. Pierwsza połowa, to wzruszający, ale powolny melodramat. Zmiana nastroju następuje, kiedy marynarze zauważają górę lodową i próbują wykonać manewr ominięcia. Miałam ciarki! James Cameron wie, jak robić trzymające w napięciu kino akcji, ale tego chyba nie trzeba nikomu udowadniać. Uwielbiam intensywność drugiej połowy Titanica. To tutaj wyraźnie widać losy wszystkich pasażerów statku i ogromny rozstrzał klasowy, pokazujący, że nawet o życie walczyło im się zupełnie inaczej. Całe zatonięcie Titanica jest wyreżyserowane w dynamiczny i przejmujący sposób. Tak, że nawet znając zakończenie, siedziałam i obgryzałam paznokcie. Wszystkie zaczerpnięte z prawdziwych wydarzeń sytuacje, jak wciąż grająca orkiestra albo – coś, co mnie rozsierdza niemiłosiernie – fakt, jaką chałturę wykonano z nie tylko ilością, ale i obsadzeniem łodzi ratunkowych, wpływa na porażający efekt. Jednak, Cameron nie omieszkał nawet w tak trudnej sytuacji wprowadzić nieco humoru. Kiedy jeden z pasażerów modlił się słowami: “I choćbym szedł przez ciemną dolinę …” a Jack do niego “Szybciej przez tę dolinę!” przyznaję, że mocno prychnęłam.

A jak ktoś twierdzi, że mamy mało silnych postaci kobiecych w kinie, to niech przypomni sobie Kate Winslet jako Rose! Przecież momentami to Jack był jej damą w opałach. I zdecydowanie to ona była główna bohaterką całego filmu.

Werdykt:

Jeśli chodzi o film Titanic — moje serce będzie za nim podążało! Uwielbiałam ten film. I chyba już zawsze będę uwielbiać. Ale szybko nie zbiorę się do ponownego seansu. Szkoda mojego słabego serca.

Co wy uważacie o jednym z najgłośniejszych melodramatów kina? Widzieliście już Titanica, czy raczej o nim tylko słyszeliście? Jakie macie o nim zdanie? A może spróbujecie wrócić na jego pokład z okazji zbliżających się Walentynek? 

Piszcie w komentarzach lub na naszym fanpage’u!

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments