Próba czasu: Armageddon | Gdzie NASA nie może Bruce Willis pomoże.

29 kwietnia 2020 roku niebezpiecznie blisko Ziemi znalazła się Asteroida 1998 OR2. Cały tamten dzień spędziłam na śpiewaniu Don’t Want to Miss A Thing Aerosmith i zastanawianiu się, gdzie jest Bruce Willis, kiedy go potrzeba?! Dlatego też wybierając film, który poddam próbie czasu w tym miesiącu, nie musiałam się zastanawiać. Drodzy czytelnicy, dziś oglądam Armageddon!

Film Michaela Baya wszedł do kin w 1998 roku. Opowiadał o grupie wiertniczych, którzy zostają wysłani w przestrzeń kosmiczną, by zrobić dziurę w asteroidzie, wysadzić ją od środka i tym samym uratować naszą wspaniałą Ziemię. Od razu pierwszym wspomnieniem związanym z filmem jest komentarz, grającego jedną z głównych ról Bena Afflecka, który zastanawiał się, czy nie łatwiej byłoby nauczyć grupę astronautów wiercenia? Słuszna uwaga! Ale wtedy nie dostalibyśmy tak ciekawej i poruszającej historii o poświęceniu i odwadze.

Obok Afflecka, w filmie występują: Bruce Willis, Liv Tyler, Steve Buscemi, Peter Stormare, Owen Wilson, Billy Bob Thornton, Michael Clarke Duncan, Jason Isaacs, William Fichtner, Keith David, Grace Zabriskie, Udo Kier (Chyba łatwiej byłoby wkleić link do IMDB). Nie zdawałam sobie sprawy, ile ten film posiada znajomych twarzy!

Born in the USA!

Za sterami, jak wspominałam, Michael Bay a scenariuszem zajmował się między innymi J.J. Abrams. Już po samych nazwiskach wywnioskować można jedno — w przypadku Armageddonu mamy do czynienia z prawdziwym hollywoodzkim blockbusterem. Gdzie amerykańska flaga łopocze dumnie na wietrze. Gdzie honor, odwaga i braterstwo mają odpowiednio kolory biały, czerwony i niebieski. Wiertniczy o gładkim licu młodego Bena Afflecka stanie twarzą w twarz z asteroidą, a i tak jego największym problemem będzie fakt, że Bruce Willis nie chce zostać jego teściem. Liv Tyler będzie żegnała się z ekranowym ojcem Brucem Willisem, a w tle śpiewał będzie jej prawdziwy ojciec, Steven Tyler.

Owen Wilson i Michael Clarke Duncan, jeśli mnie pamięć nie myli, odpowiedzialni będą za wątki humorystyczne, których zabraknąć nie może. Bo drużyna naszych uroczych wiertniczych musi być zróżnicowana i dająca się polubić. Będą lekkoduchami, ale przygoda, która ich spotka nauczy ich brania odpowiedzialności nie tylko za siebie, ale też za cały świat!

Przylądek Canaveral, jak nas słychać? Rozpoczynamy odliczanie! 10… 9… 8… 7…

Próba czasu: Armageddon

Od razu, jak zawsze, zaskoczona jestem długością filmu. Dwie i pół godziny?! To chyba oznacza, że kiedyś miałam dużo więcej czasu i nie zwracałam uwagi na to, ile siedzę przed telewizorem. Teraz, na każdy dłuższy niż dwie godziny film od razu kręcę nosem. Ale, zadeklarowałam się obejrzeć Armageddon jeszcze raz, więc mówi się trudno.

Kolejny wniosek: ja chyba nigdy nie oglądałam Armageddonu od początku! Wejście w film pokazujące deszcz meteorytów spadający na Nowy Jork było zaskoczeniem, bo nigdy wcześniej nie widziałam tej sceny. Z drugiej jednak strony, to film Michaela Baya, mogłam spodziewać się wybuchów i ogólnego chaosu już w pierwszych dziesięciu minutach.

Zauważam również, że Bay uwielbia kręcącą się wokół bohatera kamerę i dramatyczne najazdy na twarz tuż przed wypowiedzeniem kwestii z gatunku God help us all. Tego typu zabiegi będą powtarzały się przez cały film, ale wiecie co? W ogóle mi to nie przeszkadzało. Przyznaję, że energia jest od samego początku. W akcję wchodzimy z kopyta i nie tracimy czasu na wprowadzenie widza w fabułę długimi monologami. Sytuacja w siedzibie NASA jest napięta, więc nie ma czasu na rozległe dysputy, prawda?

Ta klasyczna w gatunku filmów katastroficznych przechadzka rządowego oficjela korytarzem przy jednoczesnym wydawaniu poleceń na lewo i prawo. Ganianie Bena Afflecka przez Bruce’a Willisa po platformie wiertniczej, rozmowa Bruce’a z Liv Tyler podczas wizyty Japończyków, wiercenie na morzu, narada żołnierzy — to wszystko wciąga od samego początku!

Zwykli, normalni ludzie

Drużyna wiertniczych to rzeczywiście ekipa uroczych drani. Oglądając Armageddon na nowo zdałam sobie sprawę, dlaczego wolę blockbustery z tamtych lat. Ale o tym na koniec. Najpierw wspomnę, że komentarz Bena Afflecka, który przytoczyłam na początku teraz mnie dziwi. NASA chciało, żeby Harry Stamper (Bruce Willis) przyuczył astronautów, ale niestety zupełnie pokićkali projekt jego wiertła i nauka zajęłaby za dużo czasu. A to luksus, którego bohaterowie nie mieli.

Harry musiał więc wezwać zaufanych sobie ludzi, gdyż jak sam stwierdził “jest najlepszy w tym, co robi, bo otacza się najlepszymi ludźmi do danej roboty.” NASA miało co do tego wątpliwości, ale czy widz podzieli ich zdanie?

A.J., Chick, Rockhound, Oscar, Max, Bear i Gruber może i są ekspertami od robienia dziur, ale na co dzień to zwykli ludzie — tacy jak my. Każdy z nich ma zwyczajne problemy, a ich przyziemności dopełnia scena, gdzie w zamian za uratowanie planety proszą o anulowanie mandatów, zwolnienie z podatków do końca życia oraz próbują wycyganić, kto zabił Kennedy’ego. Nawet sekwencje treningów pokazują, że nie mamy do czynienia z superbohaterami. To właśnie wtedy następuje budowanie postaci, którym mamy kibicować w trakcie niebezpiecznej misji. To, jak spędzają ostatnie godziny na Ziemi sprawia, że zaczynamy ich lubić i chcemy trzymać za nich kciuki. A sam film daje nam chwilę oddechu świetnie balansując między komedią a dramatem.

Zdziwiona byłam też tym, że to nie Owen Wilson a Steve Buscemi odpowiadał za śmieszne teksty oraz robił za kobieciarza.

May God bless the United States of America

Armageddon nie byłby Armageddonem, gdyby nie ociekał patosem. A jego mamy tu sporo. Oczywiście, oczy całego świata zwrócone są na Stany Zjednoczone, gdy po raz kolejny to oni muszą ratować nas wszystkich przed zbliżającą się zagładą. Mamy patetyczne ubieranie się w skafandry i pożegnanie Bruce’a z Liv Tyler. Kiedy obiecywał jej, że na pewno wróci, kiedyś bym mu uwierzyła, ale teraz? Nie ze mną te numery, Brunner! Nie składa się takich obietnic w filmie katastroficznym!

Przyznaję bez bicia: Armageddon jest tak wspaniale kiczowato patetyczny, że jak bohaterowie szli, w zwolnionym tempie, do rakiety albo kiedy prezydent USA przemawiał do całego świata kwiecistym exposé o jedności i sile, to się wzruszyłam.

Doniosłość takich momentów szybko jednak rozładowywał jakiś żart lub one liner Steve’a Buscemiego, dzięki czemu w kwestii nadęcia jest zupełnie znośnie. Czy to świadomy zabieg czy przypadek? Nie wiem, ale zadziałało.

Houston, macie problem!

Nie poczułam tych dwóch i pół godziny. Od momentu dokowania na rosyjskiej stacji kosmicznej aż do samego końca filmu to, że akcja jest intensywna, to mało powiedziane. Mimo znajomości końcówki siedziałam i obgryzałam paznokcie drżąc o powodzenie misji. Okazało się, że turbulencje i przeciążenie grawitacyjne to jedyne sceny w kinie gdzie toleruję shaky cam. Mimo, że postać Liv Tyler nie miała wiele do zrobienia poza byciem zdenerwowaną, to denerwowałam się razem z nią.

I kolejny raz można podważyć argument Bena Afflecka. Podczas misji wyraźnie widać, że to NASA oraz rządowi oficjele stworzyli wiertniczym więcej problemów niż odwrotnie. Każda rzecz udawała się naszym bohaterom dosłownie na ostatnie sekundy przed katastrofą. Mieliśmy nawet przecinanie kabli w celach rozbrojenia bomby atomowej! A zatrzymywano ją ze trzy czy cztery razy! Mało zawału nie dostałam!

Werdykt: Katastrofą jest nie znać tego filmu

Armageddon to film durny i patetyczny, ale wciągający — wiecie dlatego? Bo ludzie, którym przyszło ratować świat to żadni superbohaterowie. To zwykli goście! Tacy jak ja. Tacy jak wy!

Blockbustery tamtych lat uczyły, że każdy z nas może stać się herosem. Nie wmawiano nam, żeby polegać na mutacjach w dna lub czekać na bogów i przybyszów z kosmosu. Każdy Jan Kowalski, jeśli chciał, mógł uratować świat! Pokazywano, że braterstwo, honor i odwaga pochodzą z naszego wnętrza. Ważnym jest tylko chcieć zawalczyć o coś większego niż my sami. Armageddon to pokaz siły i patriotyzmu w rewelacyjnym wydaniu a Harry Stamper i jego grupa wiertniczych to bohaterowie! I już zawsze tak będzie. 

Gdzie obejrzeć Armaggedon?

Film Michaela Baya możecie oglądać na platformach HBO GO, Chili oraz iTunes. Będzie również wyświetlany w czwartek, 4 czerwca na kanale HBO o godzinie 15.00. Jeśli jeszcze nie oglądaliście to zdecydowanie polecam. Polecam też obejrzeć go po raz kolejny.

A jeśli jest jakiś film, który chcielibyście, żebym poddała próbie czasu następnym razem, piszcie w komentarzach na stronie lub na naszym fanpage’u – Leniwa Popkultura

Do zobaczenia!

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments