Pokemon The Power of Us | Siła przyjaźni na pierwszym planie!

Pokemon The Power of Us to kolejna część przygód Asha z alternatywnej rzeczywistości. Czy okazała się najlepszym jak dotąd filmem Pokemon?

Jak podają legendy, wiele lat temu w mieście Fula zjawił się mityczny Pokemon Lugia, przynosząc ze sobą zbawienny deszcz oraz wiatr, który po dziś dzień zasila całe miasto. Z tej okazji mieszkańcy co roku organizują słynny Festiwal Wiatru. Pełna atrakcji uroczystość przyciąga tłumy turystów. Między nimi jest również nastoletni trener Ash Ketchum wraz ze swoim wiernym towarzyszem – Pikachu.

Niestety, pewien niefortunny wypadek może wstrząsnąć całym miastem, zagrażając nie tylko samemu festiwalowi, ale również obywatelom i Pokemonom. Jednak Ash oraz jego nowo poznani przyjaciele zrobią wszystko, aby uratować miasto Fula. Nie obędzie się też bez pomocy pewnego mitycznego stworzenia, zamieszkującego pobliskie góry.

Pokemon The Power of Us to kontynuacja przygód Asha z alternatywnej rzeczywistości. Jednak tym razem, zamiast mierzyć się z potężnym przeciwnikiem, bohaterowie staną do walki z własnymi lękami i uprzedzeniami.

W tekście pojawią się spoilery, jednak nie będą one na tyle istotne, aby miałyby Wam popsuć seans. 

Pokemon the Movie: The Power of Us

Muszę przyznać, że film mnie pozytywnie zaskoczył. Wreszcie twórcy odeszli od idei szalonego antagonisty oraz potężnego zagrożenia mogącego zniszczyć świat/życie na Ziemi (niepotrzebne skreślić). Zamiast tego zaserwowano nam to, czym przecież Pokemony stoją i co serwują nam od ponad dwóch dekad: na przyjaźń między ludźmi, a stworkami. Dopiero Pokemon the Movie: The Power of Us uczyniło z tej relacji główną oś fabuły, pokazując, jak różne mogą być to powiązania. Jedni Pokemony akceptują z otwartymi ramionami, inni się ich boją lub nie zwracają na nie szczególnej uwagi, a jeszcze inni szukają w nich przyjaciela, którego nie znaleźli w świecie ludzi.

Takie “normalne życie” w ichniejszym świecie stanowiło świetny trzon fabuły, pozwalając bardziej zżyć się z bohaterami. W końcu i my sami często czujemy sympatię do domowych futrzaków lub odczuwamy do nich lek. Czasem to nawet nasi najlepsi przyjaciele. 

Dziwne jednak, że jak na film, który stawia stricte na relacje człowiek-Pokemon, postanowiono wprowadzić tutaj zawody łapania specjalnie oznaczonych stworków rozsianych po całym mieście. Nie wiem dokładnie, na jakiej zasadzie miały działa turniejowe Pokeballe, ale widzimy na przykład, jak Ash walczy z dzikim Ekansem, poniekąd krzywdzą go. Ba, jak widzimy później, na przykładzie rozszalałego Tyranitara, te stworki stanowiły realne zagrożenie dla życia mieszkańców. Jak mam odbierać takie zachowanie, gdy ciągle mówimy o przyjaźni? Cóż, małe fabularne potknięcie. 

Takich nietrafionych pomysłów było jeszcze kilka, jednak pamiętajmy, że to wciąż jedynie film Pokemon. Kierowany jest on do najmłodszych, więc wcale nie muszą iść ciągle w jednym szeregu z logiką. 

Ramię w ramię damy radę!

Skoro nie kreowano żadnego konkretnego antagonisty, potrzeba było postawić na ciekawe postacie. Czy się udało? Moim zdaniem owszem. Nie chcę jednak rozpisywać się o nich nadto. Bohaterowie z The Power of Us są najczęściej określani przez jedną konkretną cechę lub może lepiej – jedną konkretną wadę. Każda z postaci ma coś za uszami: raz będzie to notoryczne kłamstwo, – ale w dobrym celu! – a kiedy indziej brak pewności siebie i podejmowania stanowczych decyzji. To również wpływa na bardziej ludzki obraz bohaterów oraz, znowu, sprawia, że łatwiej się z nimi utożsamiać. 

Co ciekawe jednak, wszyscy na przełomie półtoragodzinnego filmu przechodzą katharsis, dzięki któremu stają się zwyczajnie lepszymi osobami. Nie same z siebie, a z pomocą oddanych przyjaciół – Pokemona lub człowieka. Można z Pokemon The Power of Us wyciągnąć bardzo ładny morał.

No i jest też Ash, taki sam, jak zwykle. Co ciekawe: w tej produkcji jakoś kompletnie mnie nie irytował. Chyba podczas seansu udzieliła mi się cała ta ciepła atmosfera i przymknąłem oko, na wady głównego bohatera (który poniekąd służy jedynie do napędzania fabuły).

Przepiękne widoki

Warstwa wizualna w Pokemonach już od dawna stoi na wysokim poziomie, a widać to, moim zdaniem, najlepiej po filmach, w których robi się ją “bardziej i więcej”. Samo miasto Fula jest kolorowe jak włosy jednej z protagonistek. Z kolei festiwal był świetną okazją, aby rzucić troszkę więcej pieniążków na animacje. Najbardziej chyba przypadł mi do gustu fakt, że tło cały czas żyje, że ciągle coś się na ekranie dzieje.

Winde Festiwal Fula City Pokemon The Power of Us

Niezmiernie ucieszyło mnie również, jak bardzo twórcy czerpali z samej idei Pokemonów. Jak wiele rzeczy w ichniejszym świecie jest wzorowane na stworkach. Poduszki w szpitalu, naklejki na laptopie (!) czy choćby wszystkie atrakcje w postaci kolejek górskich podczas Festiwalu Wiatru.

Jednym słowem: kontynuacja nie odstaje pod względem wizualnym od pierwszej części cyklu, czyli Pokemon I Chose You, o którym pisałem tutaj

Pokemon: Siła jest w nas

Pokemon the Movie: The Power of Us okazało się przyjemną rozrywką, nawet dla takiego starego leniwca jak ja. Film podobał mi się na tyle, że chętnie obejrzałbym go ponownie, może nie już jutro, ale kiedyś na pewno. Postawiono na motyw, który był widoczny w innych dziełach z tej serii, jednak tak naprawdę nigdy nie grał głównych skrzypiec. Nie zabrakło też ciekawych, pięknie animowanych walk, chwil, w których można się szczerze wzruszyć, a duet Callahan-Sudowoodo zapewnia wyśmienite wstawki komediowe.

Ja od filmu Pokemon nie oczekuję nic więcej.

A jeżeli zachęciłem Was tym tekstem, aby sięgnąć po Pokemon The Power of Us, to film z polskim dubbingiem dostępny jest na platformie Netflix. Naprawdę polecam!

Odwieźcie również naszą stronę na Facebook’u – Leniwa Popkultura.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x