Piękny błękit. W miasteczku piasku i błękitnych łusek – recenzja

Po przeprowadzce ze stolicy, Tokiko ląduje wraz ze swoim ojcem w miasteczku piasku i błękitnych łusek… A także rozwiewającej włosy, morskiej bryzy, owoców morza oraz sympatycznych mieszkańców. I chociaż Sunamori nawet nie zbliża się wielkością do Tokio, to właśnie ono będzie jej nowym całym światem.

Jednak piękne widoki wpływają na piątoklasistkę w inny, dziwny sposób. Tokiko zaczyna sobie przypominać obrazy z dzieciństwa, chwile, które już tutaj przeżyła… Syrena, który uratował jej życie. Zrobiłaby wszystko, aby tylko jeszcze raz się z nim spotkać…

Z drugiej strony nie ma nawet pewności, czy Syren naprawdę istnieje i zechce ponownie wyłonić się z fal.

Tokiko, zamiast przesiadywać cały dzień nad brzegiem, musi skupić się na innych sprawach: znaleźć kolegów w nowej szkole, przyzwyczaić się do życia z ojcem – a to nie będzie takie proste, jak się wydaje. 

Idę na plażę

Morze w anime i mangach jakoś mnie przyciąga. Pisałem już o świetnej komedyjce z kosmitami w tle (Tsuritama), o Nagi no Asukara kiedyś napiszę – ale wiedzcie, że uwielbiam. Do „W miasteczku piasku i błękitnych łusek” również skusił mnie motyw wody, ale i prześliczna okładka.

Z Tsuritamą jednak ma to niewiele wspólnego. Głównie przez to, że „W miasteczku piasku i błękitnych łusek” to nie lekka komedia. Raczej jedeno z troszkę smutniejszych dzieł – gdzie czytelnikowi może czuć się lekko przygnębiony przy czytaniu, ale nie ma ochoty strzelić sobie w głowę. 

Obserwujemy więc wywrócone do góry nogami życie Tokiko, która wraz z ojcem musiała przenieść się z powrotem w rodzinne strony. Nie zna tutaj nikogo, z bliskich osób ma wspomnianego tatę i babcię. Matka niestety zostawiła rodzinę, chociaż nasza bohaterka – a wygląda na to, że jej ojciec również – wciąż na nią czeka. Czytamy też o bardzo zwyczajnym życiu w klasie, gdzie Tokiko pomimo kilku początkowych niesnasek, koniec końców znajduje znajomych. Co jest więc takiego ciekawego w tej mandze?

„W miasteczku piasku i błękitnych łusek” pięknie porusza motyw samotnego rodzica. Moment, gdy ojciec zabiera protagonistkę na zakupy i zwyczajnie nie mają o czym rozmawiać jest świetny! Niesamowicie dodaje to realizmu. Biorąc pod uwagę fakt, że dzieci bardziej jednak przywiązują się do matki, ojciec Tokiko ma niesamowicie wiele ścian do przebicia. Myślę, że przez swoją długość (dwa tomy), dzieło jednak trochę traci, bo ciekawie byłoby obserwować proces, mogłoby się to wydawać: proces naturalny, nawiązywania więzi ojca z córką.

Główną linią fabuły jest jednak poszukiwanie. Otóż Tokiko została kilka lat wcześniej uratowana przez trytona. Gdy topiła się w morzu, na ratunek ruszył jej chłopak z syrenim ogonem. Odkąd przyjechała do miasteczka, spędzała dużo czasu na wypatrywaniu swojego bohatera. Trzeba przyznać, że w drugim tomie bardzo łatwo rozszyfrować zagadkę jeszcze przed jej rozwiązaniem, ale będąc jedynie po lekturze pierwszego, spodziewałem się innego zwrotu. Tak więc zostałem zaskoczony, ale nie jakoś mocno. Myślę jednak, że zadaniem tego motywu nie było zaskoczyć, a jedynie spoić fabułę oraz nadać cel głównej bohaterce.  

Słońca blask

„W miasteczku piasku i błękitnych łusek” oferuje nam styl graficzny bardzo zbliżony do mang Asumiko Nakamury (Koledzy z klasy, Absolwenci, Sora i Hara). Proste, pozbawione szczegółowości, ale przy tym samym niezwykle przyciągające oko rysunki – właśnie tym raczy nas Yoko Komori. Ale to nie wszystko! Autorka nie boi się poświęcić nawet całej strony na pozbawione słów kadry, klimat budując jedynie przejściami w rysunku. Jeżeli szukacie dowodu na to, że nie wszystko trzeba wyjaśniać słowem, „W miasteczku piasku i błękitnych łusek” to idealny przykład.

Jeszcze większe wrażenie robią miejsca, gdzie Yoko Komori operuje czernią. Gdy przeglądamy niemal całkowicie ciemne strony, ciężko oprzeć się wrażeniu, jakbyśmy to my tonęli gdzieś w toni. Przy okazji to wielki plus dla samego wydawnictwa J.P.F, które oddało głębie tej czerni. 

Same ułożenie kadrów i ich zawartość sprawia, że po stronach się aż płynie wzrokiem. Nie gubiąc przy tym akcji! Jest czas na sunięcie po drogach, schodach, nawet samej plaży – a jest też miejsce na kontemplacje zastanych widoków. 

Dawno żadna manga nie sprawiła mi aż takiej wizualnej przyjemności. Dla mnie mogłaby być bez słów, a i tak bym z chęcią czytał… Chociaż trafniej chyba – przeglądał. 

Morza szum

Tokiko jest spokojnym, wycofanym dzieckiem. Na tle dwóch tomów oczywiście ujrzymy jej przemianę – w stronę osoby trochę bardziej społecznej, ale przez znaczną część „W miasteczku piasku i błękitnych łusek” główna bohaterka żyje w swoim świecie. Jej smutne rozmyślanie nad brzegiem morza, czy próby normalnego życia w zupełnie nowych warunkach mogą zdołować. Ale po to one są. Niemniej, Tokiko udaje, zachowuje kamienną twarz przed nowymi znajomymi. Na pewno dałoby się to jeszcze trochę podkręcić, z tym, że wtedy kompletnie nie pasowałoby to do jej charakteru. 

Ale pozytywnie wpływa na nią cała pocieszna gromadka miejscowych dzieci. A dzieci jak to dzieci: popołudniami dokazują, czasem też łamią zasady. Miło przy okazji powspominać swoje dzieciństwo. Dobrze też Yoko Komori ukazała konflikt płci, który w tym wieku jest czymś zupełnie normalnym. Aż znowu zbiera się na wspominki. 

Na wyróżnienie zasługuje tak naprawdę drugi główny bohater – Narumi. Uwielbiam u tego blondyna wyraz twarzy, z jakim go maluje autorka. Wiecznie znudzone spojrzenie i dodatkowo ręce w kieszeni. Przecież to nawet nie trzeba czytać dialogów, aby widzieć, że on jest tym inteligentniejszym. Ale darujcie mu jego wyniosłość: Narumi również ma swój własny świat, nawet bardziej dramatyczny od Tokiko.

W miasteczku leniwca i błękitnych łusek

W miasteczku piasku i błękitnych łusek to…  Delikatna, zwiewna historia – te słowa pojawiły mi się w głowie, gdy dumałem jak tu tę mangę podsumować. I one właśnie wydają się najtrafniejsze. Fabuła to świetne oderwanie od realnego świata, na rzecz prostej, miłej przygody gdzieś w nadmorskim miasteczku.

Ciężko mi zarzucić cokolwiek temu komiksowi: chciałem napisać, że zakończenie jest trochę rozczarowujące… Ale to byłby błąd. Jest zwyczajnie mocno logiczne i realistyczne. Nie było opcji, aby inaczej zakończyć tę man. Z początku tego akapitu jednak da się wywnioskować, że dałem się porwać magiczności wizji Yoko Komori. Wiem na pewno, że na plus zasługuje aspekt psychologiczny mangi. 

Jeżeli więc szukasz czytelniku czegoś do poczytania na wieczór, odłóż Wiedźmina i udaj się w przyjemny spacer po rozgrzanym piasku, z morską bryzą rozwiewającą włosy. Bo to właśnie zapewni ci manga „W miasteczku piasku i błękitnych łusek”. 

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: