Paweł Dybała: Dobry tłumacz powinien często jeździć tramwajem | Wywiad

Pisze książki, przekłada mangi, wykłada na uczelni i prowadzi prelekcje na konwentach. To dzięki niemu detektyw L, wojownik Guts czy pirat Luffy mówią w naszym ojczystym języku. Lista tytułów, które dotąd przełożył, jest imponująca i wciąż się powiększa. Choć Paweł Dybała wydaje się bardzo zajętym człowiekiem, znalazł czas, żeby opowiedzieć nam o sobie i swojej pracy. Efektem naszego wirtualnego spotkania jest długa i ciekawa rozmowa, z której dowiecie się, jak wyglądały początki polskiego fandomu M&A, z jakimi wyzwaniami musi mierzyć się tłumacz mang oraz dlaczego warto… podsłuchiwać ludzi w tramwajach.

Chapter 1: Narodziny fana

Iva: Za tydzień miał się odbyć Magnificon, gdzie pewnie zobaczylibyśmy się na żywo, ale ostatecznie został przeniesiony na grudzień. Stąd moje pierwsze pytanie: jak radzisz sobie jako aktywny członek fandomu w tych smutnych, bezkonwentowych czasach?

Paweł Dybała: Brakuje mi tego. Współtworzyłem konwenty od bardzo dawna – z początku głównie po to, żeby nie płacić za wejściówki, a potem zacząłem się bardziej identyfikować z fandomem i cieszyło mnie, że jestem elementem tej mikroczęści społeczeństwa. Tak więc konwent zawsze był dla mnie i całej mojej rodziny fajnym wydarzeniem, zwłaszcza kiedy odbywał się w Krakowie, bo wtedy mogliśmy tam wpaść z dzieciakami. W czasie tej największej izolacji prowadziłem wprawdzie prelekcję online na Wirtualkonie, ale to nie to samo, co na żywo. Bezpośredniego spotkania z ludźmi na konwentach nie da się niczym zastąpić. Fajnie byłoby zorganizować coś w przewidywalnej przyszłości, ale trudno stwierdzić, jak będzie dalej. Śledząc dane na temat epidemii, nie czuję się przekonany co do tego, że w tym roku odbędzie się jakikolwiek konwent.

źródło: Twitter.com/pawel_dybala

Cofnijmy się na chwilę do czasów, w których konwenty wciąż odbywały się w najlepsze, a ty bywałeś na nich jeszcze nie jako tłumacz i badacz japońskiej kultury, tylko zwykły fan. Pamiętasz, jaka była pierwsza taka impreza, na którą się wybrałeś?

Mój pierwszy konwent to był legendarny już w pewnych kręgach pierwszy Sailor Moon Day. Na fali popularności Czarodziejki z księżyca w 1998 roku zorganizowano w warszawskiej Stodole jednodniowy zjazd miłośników serialu. Było sporo atrakcji, w tym japońscy wydawcy mangi i anime oraz lektorka polskiej Czarodziejki z księżyca, pani Danuta Stachyra.

Odzew fanów na tę imprezę przeszedł najśmielsze oczekiwania organizatorów. W budynku mogło się maksymalnie zmieścić jakieś trzy tysiące osób, a przyjechało ich chyba dwa razy tyle. Przed wejściem rozgrywały się dantejskie sceny… (śmiech) To był taki pierwszy sygnał, że manga i anime już się w Polsce przyjęły, i tego trendu prawdopodobnie nie da się zatrzymać. To były czasy wczesnego “Kawaii” i tego typu inicjatyw. Oczywiście nie było mowy o jakimkolwiek normowaniu rynku, mang wychodziło raptem kilka i kupowało się wszystko, jak leci. Konwenty poza tym w Stodole odbywały się raczej w szkołach, gdzie akurat i dziś w dużej mierze się dzieją, ale to były takie bardzo siermiężne początki.

źródło: Kawaii / anime.com.pl

Chapter 2.0: You Are (Not) Alone

Jak docierałeś do innych fanów mangi i anime? Teraz bardzo pomaga w tym Internet, a wtedy…?

Ostatnio porządkując swoje stare rzeczy, znalazłem w “Kawaii” moje ogłoszenie wysłane do skrzynki kontaktowej. Straszne głupoty tam wtedy napisałem, ale pamiętam, że w odpowiedzi przyszło kilkaset listów od ludzi, którzy chcieli nawiązać kontakt. Wtedy stwierdziłem: o, ale super, skoro mam taki odzew, zacznę wydawać doujina o Czarodziejce z księżyca. Na domowej drukarence drukowałem fanarty ludzi, którzy przysyłali mi je pocztą… No, takie to były urocze czasy. Potem stwierdziłem, że skoro jest coś takiego jak konwenty, to zacznę na nie jeździć. A żeby nie wyjść na tym zbyt niekorzystnie finansowo, sprzedawałem na nich własnoręcznie przygotowane koszulki z nadrukami. I tak zacząłem być przez niektórych kojarzony jako “ten gość od koszulek”.

Co to były za koszulki?

Głównie z Sailorek, z Evangeliona… Z tych starych, kultowych serii, które wtedy każdy członek fandomu znał i uwielbiał, bo dużo więcej nie było. Później, jak dostałem się na japonistykę, zacząłem się na konwentach chwalić, że umiem trochę po japońsku. Kiedy ktoś miał przy sobie jakąś mangę w oryginale, mogłem powiedzieć: o, ten znaczek oznacza to i to, a wszyscy wtedy mówili “wow, ale super!”. I tak to się powoli rozkręcało. Zresztą, z wieloma ludźmi, których wtedy poznałem, mam kontakt do dziś. Ostatnio zupełnym przypadkiem okazało się, że mieszkam klatka w klatkę ze starymi fandomowcami z pierwszego pokolenia i nasze dzieci się teraz razem bawią. Także rośnie nam kolejne pokolenie, które też w tym siedzi, tylko że ma już dużo więcej możliwości, jeśli chodzi o poznawanie japońskiej popkultury.

źródło: Kawaii / anime.com.pl

Chapter 3: „Kiedyś to było…”

A jak byli wtedy postrzegani w Polsce fani mangi i anime? Czy było to coś bardzo zaskakującego, czy traktowano wasze zainteresowania raczej jako nieszkodliwe dziwactwo? Ludzie mieli świadomość, że jest w ogóle taki fenomen?

Na pewno na początku nie było to normalne. Sytuacja zmieniła się po emisji serii Dragon Ball  w polskiej telewizji. Wtedy ludzie, którzy w tym siedzą, przestali być uważani za “odmieńców”, czy to w pozytywnym, czy w negatywnym tego słowa znaczeniu. 

Ja miałem to szczęście, że rodzina bardzo mnie wspierała. Kiedy mama dowiedziała się, że lubię Czarodziejkę z księżyca, kupiła mi taką dużą kolorowankę i powiedziała: “Ja ci to, synek, pomaluję farbkami, będziesz miał ładny plakat”. Przez rówieśników w podstawówce i liceum pewnie byłem uważany za jakiegoś dziwaka, ale nie spotkałem się z żadnymi złośliwościami. Nasłuchałem się za to o wiele za dużo smutnych historii znajomych, których rodzice palili wszystko, co znaleźli, przekonani, że manga to dzieło szatana. Osobiście znam ileś przypadków, w których dopiero po wielu, wielu latach udało się komuś przekonać najbliższe otoczenie, że naprawdę nie czcił wtedy diabła, tylko oglądał jakieś zwykłe anime.

Trochę też na fali tego braku zrozumienia tamto pokolenie wyrosło w przekonaniu, że są jakąś wyjątkową, lepszą od innych grupą. Potem ci pierwsi fani mieli straszny problem z zaakceptowaniem faktu, że manga i anime stały się w Polsce bardzo popularne.

Przestało to być takie elitarne, tak?

Dokładnie. Oni nadal chcieli mieć syndrom oblężonej twierdzy, ale ona już dawno nie była oblężona. Dzieciaki na podwórkach bawiły się w Naruto i tak dalej. Ich to straszliwie drażniło. Bardzo chcieli dalej być wyjątkowi, ale już tacy nie byli. Na konwentach pojawiały się kolejne pokolenia, a takie zainteresowania nie były już uważane za jakieś dziwactwo. No, może w jakichś specyficznych kręgach. Mnie to akurat zawsze cieszyło – im więcej ludzi w temacie, tym lepiej. Jednak niektórzy po prostu nie czuli się już tacy fajni jak kiedyś i bardzo ich to bolało.

źródło: Facebook.com/pawel.dybala.5

Chapter 4: Miłość od pierwszego usłyszenia

Myślę, że o fandomie już dość pogadaliśmy, więc skupmy się teraz bardziej na tobie. Jak to się stało, że ten młody chłopak, fan Sailor Moon, nagle postanowił studiować japoński i tłumaczyć komiksy? W końcu nie wszyscy fani mangi i anime decydują się z tym wiązać zawodowo…

U mnie zaczęło się od fascynacji językiem. Czasami tak jest, że jakiś język bardzo ci podchodzi albo bardzo nie podchodzi. A w moim przypadku z japońskim od początku było tak, że samo jego brzmienie, sylabiczność, a potem gramatyka strasznie mi się podobały. To była miłość od pierwszego usłyszenia. Po tych wszystkich latach nadal jestem bardzo uzależniony od tego języka. Jeśli mam okazję pogadać sobie gdzieś po japońsku, to paszcza mi się nie zamyka.

Tak więc pierwszy był język, reszta przyszła potem. Co prawda japońska popkultura cały czas towarzyszyła mi w formie mangi i anime, ale świadomie zacząłem się tym interesować dopiero później, już pod kątem studiów. Dlatego w pewnym momencie stwierdziłem, że chciałbym się nauczyć japońskiego i związać z tym swoją przyszłość. 

Jakie były reakcje otoczenia na tę decyzję?

Różne, od ostrożnie optymistycznych przez takie ambiwalentne po “co ty, chłopie, chcesz ze sobą zrobić?”. Ten ostatni typ reakcji cechował niektórych, na szczęście nielicznych nauczycieli, bo rodzice akurat zawsze mnie wspierali. Przede wszystkim chciałem się jak najwięcej się dowiedzieć o języku i to w pewnym sensie było wstępem do całej reszty. Moje zainteresowanie Japonią nadal w dużej mierze sprowadza się do mangi, trochę anime i przede wszystkim języka, bo na przykład do tradycyjnej literatury – z pewnymi wyjątkami – do dziś się nie przekonałem.

A jak to się stało, że zostałeś tłumaczem?

Przypadkiem. W sumie tłumaczem się nie zostaje, tłumaczem się bywa. Ja nim bywam właściwie codziennie, więc można powiedzieć, że to jest jakiś stan permanentny. A przekładać mangi zacząłem dlatego, że byłem akurat w odpowiednim miejscu i czasie. Mianowicie napatoczyłem się pierwszemu tłumaczowi JPF-u, Rafałowi Rzepce. Rafał, tłumacząc wtedy którąś serię z kolei, stwierdził, że już się nie wyrabia i ktoś powinien zacząć powoli przejmować pałeczkę. To była rozmowa na zasadzie: “Ty, a nie chciałbyś?” “Ja bym nie chciał? Pewnie, że bym chciał!” “No, to masz”. Tak dostałem pierwszą, drugą, trzecią serię, aż w pewnym momencie stwierdziłem, że chyba już mogę o sobie powiedzieć, że jestem (albo często bywam) tłumaczem mang. No i tak jakoś poszło, i trwa to do dziś.

źródło: Twitter.com/pawel_dybala

Chapter 5: Zapracowany tłumacz

To skoro już przeszliśmy od przeszłości do teraźniejszości, powiedz proszę, nad jakimi tytułami obecnie pracujesz.

Zwykle pracuję nad kilkoma naraz. Ponieważ jednak mamy obecnie przyspieszony tryb wydawania mangi One Piece, ostatnio cały czas siedzę nad One Piece plus czymś jeszcze. W międzyczasie muszę ogarniać też takie serie, jak Berserk, Akira, One Punch Man, Soul Eater, Battle Angel Alita: Last Order czy Dragon Ball Super. Tę ostatnią robimy wspólnie z synem. Młody jest chodzącym słownikiem starej mangi, więc pomaga mi w utrzymaniu spójności z tamtym tłumaczeniem. Pytam go, gdzie był dany tekst, a on podaje mi tom i stronę. Słowem, robi mi za chodzącą encyklopedię – i bardzo dobrze, niech się na coś przydaje. Zresztą, chwali się tym kolegom, więc to też jest dla niego takie +10 do szacunku na dzielni.

Na które z tych serii musisz poświęcić najwięcej czasu?

Battle Angel Alita: Last OrderOne Piece są strasznie czasochłonne. Z One Piece jest zawsze dużo więcej roboty niż z innymi mangami o podobnej grubości. Tam po prostu głównie gadają, nawet gdy się biją. Mógłbym prawdopodobnie napisać całą książkę o tłumaczeniu One Piece. Ostatnie tomy to były non stop jakieś retrospekcje, w których pojawiały się sceny czy cytaty z poprzednich tomów. Wyszło ich dotąd sześćdziesiąt, więc szukanie tych tekstów, żeby brzmiały tak samo, jak je wcześniej przetłumaczyłem, było wyzwaniem. Do tego jest naprawdę mega dużo materiału tekstowego.

Battle Angel Alita też jest mocno obciążająca – z dwóch powodów. Po pierwsze, to są tomy zbiorcze, więc mają po ponad trzysta stron. Poza tym autor bardzo sili się na robienie poważnego science fiction i czasem przesadza z członem “science”. Bywa, że walnie straszną bzdurę naukową i jeżeli ktoś siedzi w temacie, widzi, że jest to kompletnie niezgodne z rzeczywistością. Weryfikowanie takich treści i próba ujęcia ich w jakiś niekontrowersyjny sposób niekiedy zajmuje bardzo dużo czasu. Nad ostatnim tomem Ality poza mną i redakcją pracowało również dwóch fizyków. To było strasznie czasochłonne, a każdy tom tej serii wiąże się z podobnymi wyzwaniami.

Także obecnie są to te dwa tytuły. Normalnie mangi shoujo też są czasochłonne, ale na szczęście obecnie żadnej nie mam. One mają zwykle okropnie dużo wszystkiego i każdy tom to droga przez mękę. 

Masz jakiś wpływ na to, żeby takiej drogi przez mękę uniknąć? Czy jako tłumacz możesz wybrać, jakim tytułem się zajmiesz, czy decyduje o tym redakcja?

Tytuły są rozdzielane między kilku tłumaczy, natomiast w pewnym stopniu mam coś do powiedzenia. Jeśli będę chciał się zająć daną serią, to najprawdopodobniej ją dostanę. Był taki czas, że brałem wszystko jak leci, bo nie było jeszcze aż takiego wyboru mang. Teraz dzielimy się pracą z dwoma, czasami trzema innymi tłumaczami, żeby wszyscy byli zadowoleni. Już wyleczyłem się ze strategii “biorę wszystko” – tego typu podejście nie kończy się dobrze.

źródło: Twitter.com/pawel_dybala

Chapter 6: Jak powstają polskie mangi?

Kiedy już dostajesz do tłumaczenia dany tom, w jakiej formie on do Ciebie trafia?

Różnie bywa, nie ma reguły. Czasami dostaję i tom, i skany. Bywa, że Japończycy nie dadzą nam tomów – wtedy albo sam muszę się w nie zaopatrzyć, albo pracuję tylko na skanach. Osobiście wolę mieć i tom, i skany. W tomiku łatwiej szuka się konkretnej sceny, a skany można dowolnie powiększyć i sprawdzić, czy gdzieś w tle nie ma jakiegoś dodatku czy szyldu. Zdarza się też, że wydawnictwo dostarcza nam skany z wyczyszczonymi już niektórymi elementami, takimi jak dymki. Tak czy inaczej wersja elektroniczna jest nam konieczna, bo nad jednym tomem pracuje po parę osób, przynajmniej ja i nasza redaktorka, czasami też konsultant merytoryczny czy naukowy, a skany można o wiele łatwiej i szybciej udostępnić. Bywa i tak, że jeden tomik jest rozkładany na pojedyncze strony i skanowany, żebyśmy mieli go do dyspozycji w formie elektronicznej. 

Kiedyś dostawaliśmy – nawet dziś się to czasem zdarza – skany od Japończyków w wersji nie do końca finalnej: albo gdzieś tam wystawały jakieś ręczne napisy, albo zostały dopiski od redaktorów… To też jest ciekawe doświadczenie, zobaczyć część procesu powstawania mang. A on jest momentami bardzo zaskakujący, bo pomimo opinii bardzo zaawansowanego technicznie kraju Japonia nadal w dużej mierze produkuje mangi ręcznie. W każdym razie wydawnictwo stara się jak może ułatwić nam pracę, dostarczając te materiały – czy to elektronicznie, czy w tomach, czy w jednej i drugiej formie.

Jak wygląda finalny produkt Twojej pracy? Skąd wiadomo, do jakiego dymku ma trafić dana kwestia?

W każdym wydawnictwie jest inaczej. My robimy to akurat w dokumentach tekstowych, posługując się odpowiednią numeracją odpowiadającą porządkowi dymków na kolejnych stronach. Pracujemy zwykle rozdziałami, a jeśli dana manga nie ma rozdziałów, to jakoś ją sobie dzielimy. 

Najpierw jest tworzony plik tekstowy, który następnie jest poprawiany. Ja te poprawki nakładam i w takiej wersji idzie on do wydawnictwa. Tam wklejają teksty w dymki, edytują dźwięki i wszystko, co się da. Potem te skany jeszcze raz trafiają do sprawdzenia. Produktem finalnym są już poprawione, elektroniczne wersje stron wyedytowanych tak, żeby wszystko było po polsku. Tak to od iluś lat działa i jest okej.

źródło: Facebook.com/J.P.Fantastica

Chapter 7: Tłumacz jako (prze)twórca

No właśnie, tłumaczone są nie tylko dialogi, ale też elementy tła czy onomatopeje. Jakie jest Twoje podejście do tych ostatnich – jesteś zwolennikiem ich przekładu czy wolałbyś je jednak zachować w oryginalnej wersji?

Uważam, że należy to tłumaczyć. Gdyby zachować te odgłosy po japońsku – czy to fonetycznie, czy graficznie – one prawdopodobnie nikomu nic nie powiedzą. Niektóre onomatopeje czasami wychodzą na pierwszy plan, ale dla mnie to tylko dodatkowy powód, żeby przetłumaczyć je w fajny sposób. Bywa, że odgłosy są częścią historii i opowiadają ją same, bez towarzyszącego tekstu. Dobrym przykładem jest dźwięk transmutacji w Fullmetal Alchemist. Sygnalizował, że gdzieś w pobliżu znajduje się alchemik, który przeprowadza transmutację. Więc gdyby było to coś zupełnie niezrozumiałego, prawdopodobnie wiele osób nie odczytałoby tego w taki sposób. A chcemy przecież, żeby Polacy odebrali mangę tak jak czytelnicy oryginału. Tam, gdzie Japończyk widzi łupnięcie, Polak też powinien zobaczyć łupnięcie, a nie jakiś niezrozumiały zygzak czy transkrypcję fonetyczną.

A miałeś kiedyś taki moment w swojej pracy, że natknąłeś się na rzecz zupełnie nieprzetłumaczalną? Taki, w którym stwierdziłeś: tego nie da się zaadaptować tak, żeby polski czytelnik zrozumiał?

Bywa. To jest zwykle przetarg pomiędzy zrozumiałością a wiernością oryginałowi. Poza tym warto pamiętać, że jesteśmy też ograniczeni wizualnie. Jeżeli ktoś jest ubrany w strój samuraja, nie będziemy czytelnikowi wmawiać, że jest na przykład Wołodyjowskim. Wtedy zamieszczamy przypis z wyjaśnieniem. To dobrze widać w przypadku jedzenia – różnym potrawom japońskim, które mają znaczenie dla danej serii, brak polskich odpowiedników. Czasami trzeba po prostu podać japońską nazwę i dodać krótkie wyjaśnienie w przypisie, bo nie zamienimy przecież odenu na bigos. Jeśli jest to nieważne dla fabuły lub stanowi tylko element żartu, można się pokusić o znalezienie polskiego odpowiednika, jednak nie wszyscy tłumacze to robią. Ja czasami robię, ale tam, gdzie jest to znaczące dla fabuły i treści, zasadniczo staram się wyjaśnić dany termin w przypisie. Nie chcę, żeby było tak, że pada jakaś obca nazwa japońska i czytelnik nie wie, co to jest.

źródło: Twitter.com/pawel_dybala

Chapter 8: Tłumacz to ryzykowny zawód

Czy mimo tych wszystkich starań, jakie wkładasz w swoją pracę, z perspektywy czasu czujesz, że coś mogłeś przełożyć lepiej? Czy jednak nie wracasz do tego, co było?

Staram się nie wracać właśnie dlatego, że pewnie jeszcze znalazłbym coś, co mi się nie spodoba i stwierdzę, że można było to zrobić lepiej (śmiech). Nie no, czasem wracam do tych tłumaczeń, w taki czy inny sposób. I jest różnie, niekiedy stwierdzam: o, okej, ale fajnie, a czasami myślę: hmm, no dobra, dziś pewnie zrobiłbym to inaczej. Nie wiem, czy lepiej, bo moje podejście do tłumaczenia się zmienia. 

Poza tym perspektywa czytelnika jest inna od mojej. Czasami dochodzą mnie słuchy, że wielu osobom spodobał się jakiś tekst, którego w ogóle nie pamiętam, bo to nie było dla mnie nic wybitnego, ale ludziom jakoś podszedł i ich rozbawił. To działa też w drugą stronę. Niekiedy podejmuję jakąś decyzję z przekonaniem, że jest tak, jak powinno być, a potem słyszę oburzone głosy czytelników. Czasem stwierdzam, że gdybym przewidział późniejszą burzę na ten temat w fandomie, to może bym tego nie zrobił. Z drugiej strony moim celem nie jest tylko i wyłącznie zadowolenie ludzi przyzwyczajonych do jakiejś wersji. Mam zrobić tłumaczenie, które będzie jak najlepsze w moim własnym odczuciu.

Bywa i tak, że tłumaczę serię, która jeszcze wychodzi w Japonii i zrobię nie taką wersję tłumaczenia, jaka powinna być, biorąc pod uwagę dalszą część historii. Raz zdarzyło mi się zupełnym fuksem uniknąć takiej wpadki przy Fullmetal Alchemist. Udało mi się to tylko dlatego, że czytałem rawy kolejnych części w Internecie.

Możesz zdradzić więcej szczegółów?

Tu musi się pojawić lekki spoiler warning. Chodziło o scenę, gdzie Hughes próbuje ostrzec Mustanga przez telefon, mówiąc mu o tym, czego się dowiedział o wojsku. Chciał mu powiedzieć, że armia stanowi zagrożenie. Po japońsku mówi: “Gun ga yabai”. “Gun” (軍) to armia, a “yabai” można zinterpretować na dwa sposoby. Pierwszy, który bardziej narzucił się Mustangowi w tym kontekście, to “Armia jest zagrożona”. Przez długi czas myślał, że właśnie o to chodzi. Dopiero ileś tomów później uświadamia sobie, że Hughes chciał powiedzieć “Armia jest zagrożeniem”, bo to drugi sposób, w który można to zinterpretować.

Akurat kiedy tłumaczyłem tom, w którym odbywa się ta rozmowa, w jednym z najnowszych rozdziałów FMA po japońsku przeczytałem, o co chodzi. Stwierdziłem wtedy: wow, ale fuks, w takim razie muszę ująć tę kwestię tak, żeby można ją było zrozumieć na dwa sposoby. W związku z tym w moim przekładzie Hughes urwał zdanie w połowie i skończyło się na “Armia jest zagro…”. W tym przypadku miałem szczęście, ale nie zawsze wiadomo, co będzie dalej, więc czasami mogę tylko zgadywać, o co chodzi. Cóż, ryzyko pomyłki jest wkalkulowane w tę robotę.

źródło: Fullmetal Alchemist: Brotherhood (2009)

Chapter 9: Lost in translation

Czy wydaje ci się, że dużo tracimy – my, czytelnicy – nie znając oryginału? Czy jednak jesteśmy w stanie dostać na tyle dobre tłumaczenie, że nie różnimy się wiele od japońskiego odbiorcy?

Mówi się, że każdy tłumacz to zdrajca. Mamy trochę inny background i doświadczenie, funkcjonujemy w innym kręgu kulturowym niż Japończycy. I choćbyśmy zrobili najwierniejsze tłumaczenie świata, pewnych rzeczy nie da się wyjaśnić nawet w przypisie. 

Często brakuje nam takiej podstawowej wiedzy wynikającej z doświadczenia i z funkcjonowania w danej kulturze. Niektóre serie mocno na tym bazują, inne mniej. Natomiast wszystkie tworzone są w Japonii dla japońskiego czytelnika, więc czasami nawet w światach totalnie fantastycznych mamy do czynienia z postaciami, które zachowują się tak, jak zachowałby się w danej sytuacji Japończyk, a już niekoniecznie obcokrajowiec. Chociażby z tego względu pewne zachowania czy postacie mogą być w Japonii i w Polsce odbierane inaczej. Tam coś będzie uważane za normalne, w Polsce nie. Tłumacz może fikać koziołki i stawać na głowie, ale pewnych rzeczy po prostu nie przełoży.

Dlatego warto sobie jak najszybciej zdać sprawę z tego, że nie da się osiągnąć stuprocentowej wierności, więc trzeba ratować to, co się da. Wyciągnąć z treści coś, co będzie na tyle uniwersalne, żeby wszyscy zrozumieli. Zwykle, wbrew pozorom, jest tego na tyle sporo, że można zrobić fajne tłumaczenie mangi wydanej w Japonii bez drastycznego ubytku w stosunku do oryginału. Przynajmniej w takim przekonaniu żyję i tłumaczę od szesnastu lat. Jeśli kiedyś zmienię zdanie, to będzie znaczyło, że muszę kończyć z tą robotą, ale póki co wmawiam sobie, że się da.

źródło: Twitter.com/pawel_dybala

Chapter 10: Mistrz i uczeń

Oprócz tego, że sam tłumaczysz, uczysz też innych, jak to robić. Jako wykładowca akademicki prowadzisz m.in. zajęcia z przekładu mangi. Dlaczego takie zajęcia są w ogóle potrzebne? Czemu nie mogą to być po prostu wykłady z tłumaczenia języka japońskiego?

Bo to jest dość specyficzny rodzaj tekstów. Inaczej tłumaczy się mangi niż np. instrukcję obsługi zaworu. One rządzą się trochę innymi prawami. Mamy tu onomatopeje, tekst oparty głównie na dialogach, treść rozbitą na kawałki w osobnych dymkach… Często trzeba na przykład uświadamiać ludziom, że dymki muszą stanowić spójną całość. To musi być płynne przejście. Inaczej każdy dymek będzie sobie wisiał osobno i nie stworzy z innymi żadnego ciągu, którego czytanie ma sprawiać radość. Sama świadomość, że lektura mangi powinna dostarczać rozrywki, też nie jest czymś powszechnym. Czasami ludzie podchodzą do tego straszliwie poważnie. Dlatego myślę, że osobne zajęcia poświęcone wyłącznie mangom są o tyle fajne, że czasami dają ludziom inną perspektywę. Przynajmniej taką mam nadzieję. 

Zwykłe dialogi to jedno, a co ze specjalistyczną terminologią? Czy w takim przypadku możesz liczyć na pomoc konsultantów?

Fakt, bywają mangi, które są przepełnione żargonem technicznym. Tłumaczyłem serie, do których musiałem zgłębić temat np. lotów w kosmos i przyswoić zagadnienia związane z medycyną kosmiczną. Akurat przypadkiem byłem wtedy w bazie NASA na Florydzie i skończyło się tak, że rozmawiałem z astronautą, który dopiero co wrócił z kosmosu, o rzeczach, które chciałem umieścić w tłumaczeniu. Więc czasami przekład mang to coś więcej niż rozważanie, co może iść w którym dymku. Myślę, że umiejętność researchu do danej mangi też jest dosyć przydatna, bo bywa, że trwa to kilkukrotnie dłużej niż samo tłumaczenie. Sama świadomość tego, że taki zabieg w ogóle jest potrzebny, też jest ważna.

źródło: Twitter.com/pawel_dybala

Chapter 11: Najpierw przeżyj, potem tłumacz

Jakich jeszcze rad udzieliłbyś młodym ludziom, którzy marzą o Twojej pracy? Co oprócz znajomości języka, kontekstu kulturowego i umiejętności researchu jest ważne w tłumaczeniu mang? 

Znajomość japońskiego to jedno, ale znajomość polskiego to jest coś, co czasami ludziom umyka. Znam ileś osób, które świetnie znają japoński, a polski jest dla nich językiem ojczystym, ale z jakiegoś powodu, kiedy siadają do tłumaczenia literackiego, ich dialogi się nie kleją. Jeżeli ktoś chce się tym zajmować, sugerowałbym mu bardziej doświadczać języka. Na przykład przejechać się tramwajem, żeby posłuchać, jak mówią normalni ludzie, zamiast szukać tego w filmach czy w teatrach. Warto zwracać uwagę na takie detale jak zaimki i przerywniki, których używają, jak konstruują zdania i jak to się ma do tego, kim są: starszymi paniami, młodymi dziewczętami czy facetami w sile wieku. Jeśli potem będziemy mieć taką postać w mandze, będzie nam łatwiej zastosować ten styl wypowiedzi.

Druga sprawa to doświadczenia pozajęzykowe. Im więcej tłumacz w życiu doświadczył, tym większa szansa, że jeśli trafi na jakąś scenę w mandze, będzie wiedział, co się dzieje. Ostatnio mieliśmy rozkminę nad takoyaki, czyli takimi kulkami z ciasta z ośmiornicą w środku. Ktoś mandze wspomniał o “sprzęcie do smażenia takoyaki”. Jedna z osób pracujących nad mangą zaproponowała, żeby przetłumaczyć to na  patelnię do takoyaki. Owszem, takowe istnieją, ale z mojego doświadczenia wynika, że chodziło tu raczej o taką podgrzewaną maszynkę elektryczną, bo właśnie na czymś takim Japończycy zwykle smażą takoyaki. Nie wiedziałbym tego, gdybym nie był na iluś imprezach studenckich w Japonii.

Tak więc to polecałbym przede wszystkim: doświadczać jak najwięcej rzeczy, bo to na pewno się przyda, również w życiu pozatłumaczeniowym. Kiedy ktoś ze studentów jedzie do Japonii, mówię: idź, jedź do Tokio i się tam zgub. Połaź po mieście, zobacz, gdzie dotrzesz, a jak będziesz potrzebować pomocy, to kogoś zapytaj. To są takie doświadczenia, których nie zdobędzie się w Internecie, a które potem procentują.

źródło: Twitter.com/pawel_dybala

Chapter 12: End of Dybałgelion

To jeszcze tak na koniec muszę ci zadać to pytanie. Biorąc pod uwagę ogrom pracy, który wkładasz w swoje dzieło, powiedz, jak to jest być tłumaczem – dobrze? Warto się tym w ogóle zajmować?

Jeśli to lubisz, to pewnie, że warto. Pamiętam, jak wychodziły moje pierwsze tomiki – leciałem wtedy do księgarni i bardzo przeżywałem to, że moje nazwisko jest w stopce. Nadal mam satysfakcję z tego, że udało się przetłumaczyć kolejny tomik czy że ktoś zaśmiał się z mojego dowcipu.

Czasami też o jakości tłumaczenia najlepiej świadczy brak komentarzy. Ludzie nie znaleźli niczego złego, więc jest dobrze. Przykładem może być Death Note, nad którym sporo się namęczyłem, bo była tam masa tekstu, a na każdy dymek trzeba było uważać. Ludzie raczej nie pisali nic o tłumaczeniu, co oznacza, że prawdopodobnie nie było w nim większych błędów. Jedyna burza dotyczyła zapisu imienia głównego bohatera – “Light” versus “Raito” – ale taka była specyfika ówczesnego fandomu. Dzisiaj pewnie nikt by się nie doczepił. 

Podsumowując, satysfakcja jest, choć czasami pewnie ponad miarę. Ja przynajmniej nadal ją mam.

…Czyli nie zamierzasz prędko przechodzić na emeryturę.

Teraz to działa bardziej na zasadzie: kto kogo szybciej wykończy – ja One Piece czy One Piece mnie, ale cóż… Optymistycznie zakładam, że do pięćdziesiątki się z tym wyrobię, bo moim zdaniem manga będzie mieć sto jedenaście tomów albo tysiąc sto jedenaście rozdziałów, albo jedno i drugie. Oznaczałoby to, że mam już z górki. Ale też nie aż tak, jak bym chciał.

W takim razie powodzenia w tej walce z One Piece i innymi mangowymi wyzwaniami. Wielkie dzięki za rozmowę.

Spoko. Dzięki za cierpliwość!

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments