Once Upon a Time in Hollywood. Tarantino w hołdzie samemu sobie?

Kiedy gruchnęła wieść, że dziewiąty film w karierze Quentina Tarantino będzie opowiadał o Hollywood lat 60. oraz poruszy kwestię zabójstwa Sharon Tate media i fani oszaleli z radości. Powiększająca się obsada, gdzie każde kolejne nazwisko było większe od poprzedniego, rozochociła nas jeszcze bardziej. A później Tarantino zdecydował się obsadzić polskiego aktora w roli Romana Polańskiego! Wydawało się, że w roku 2019 nie będzie większej premiery niż Once Upon a Time in Hollywood, a emocje i zapowiedzi były szumne. Niestety. Na nazwiskach i zapowiedziach się skończyło.

Disclaimer: Jestem fanką Quentina. Doskonale rozumiem, co chciał w tym filmie przekazać i jaki miał być jego wydźwięk. Niestety, z przykrością stwierdzam, że wykonanie mi się nie podobało.

Tarantino wielkim reżyserem jest

Tarantino to reżyser specyficzny. Jego filmów nawet nie ocenia się w szerokiej skali, a raczej w skali “Tarantino”. Osobiście cenię go za cztery rzeczy: umiejętność wyciągania z aktorów tego, co najlepsze; dialogi, w trakcie, których atmosferę można kroić nożem; przerysowane postaci, które żadnemu innemu reżyserowi nie uszłyby na sucho oraz nie kłanianie się schematom.

W Once Upon a Time in Hollywood aktorstwo jest na wysokim poziomie, ale ciekawych postaci, atmosfery czy zaskoczeń (w skali Tarantino) brak. Film jest zdecydowanie za długi i wypełniony nic niewnoszącymi ujęciami stóp, czy kadrami, które doskonale znamy z innych filmów Quentina. Czyżby reżyser postanowił cytować samego siebie?

O dwóch takich

Rick Dalton (Leonardo DiCaprio) to aktor, którego czas już się skończył i niedługo będzie musiał odejść w zapomnienie. Cliff Booth (Brad Pitt) to kaskader, który wykonuje za Daltona całą robotę na planie, ale śmietankę spija Rick. Jak na ekranie, tak i w prawdziwym życiu bilans ich zysków i strat wygląda podobnie. Obaj są uosobieniem zmieniającej się powoli branży filmowej, oraz całego świata. Rzeczywistość idzie do przodu, branża filmowa idzie do przodu, wszystko się zmienia, a oni woleliby zostać tu, gdzie są. Szczególnie Dalton. I tak pałętają się po Hollywood, szukając nowego celu.

Film posiada momenty bardzo dobre, wręcz genialne, ale kilka momentów to za mało na prawie trzy godziny seansu!

Seria niezwiązanych ze sobą wydarzeń czy wyrwane z kontekstu sceny z planów, na których pracuje Dalton, rzeczywiście dają możliwość DiCaprio popisywać się swoim talentem aktorskim a Tarantino jego geniuszem reżyserskim. Ostatecznie jednak każda scena jest o tym samym a pointę filmu zdążymy złapać w pierwszej godzinie. Całość wydaje się sztuką dla sztuki.

Wymowną sceną jest spotkanie Daltona z ośmioletnią aktorką. Pojawiając się na planie nowego westernu nasz bohater spotyka Trudi, młodziutką dziewczynkę, która będzie mu partnerować. Już w trakcie wymiany grzeczności Trudi udowania Daltonowi jak bardzo praca przy filmach się zmienia. Nie będąc świadoma tego co robi, wdaje się słowny pojedynek z Rickiem, i praktycznie każdym zdaniem daje mu do zrozumienia, że “oto idzie nowe w Hollywood”. Pocieszając płaczącego nad swoim losem Daltona wbija mu ostateczny nóż w plecy. Dosłowność tej sceny jest porażająca. Ośmiolatka uświadamia dorosłemu facetowi, że jego czas już minął a na koniec pociesza go myśląc, że ten płacze nad … książką. Naprawdę? Tarantino stać na więcej. Dużo więcej. I w mniej oczywisty sposób.

Jednak trzeba oddać Julii Butters, że nie przestraszyła się DiCaprio i zagrała fantastycznie.

Once Upon a Time in Hollywood … ale dawno i nie prawda

W poprzednich filmach Tarantino pojawiały się sceny, dialogi, czy postaci, które będziemy pamiętać i cytować jeszcze bardzo długo. Tego wszystkiego brakuje w Once Upon a Time in Hollywood. Przez większość czasu miałam wrażenie, że Tarantino starczyło pomysłów tylko na kilka scen (i te były naprawdę genialne, np. wizyta Booth’a na ranczu). Zdaję sobie sprawę, że u Tarantino sceny często nie są powiązane ze sobą jedną osią fabularną. W takich sytuacjach wszystkie są jednak ciekawe same w sobie, nawet jako wyrwane z kontekstu. W Once Upon a Time in Hollywood tak nie jest. Po pewnym czasie sceny stają się nużące, a dialogom zdecydowanie brakuje finezji. Leonardo DiCaprio popisuje się talentem aktorskim na lewo i prawo. I bardzo dobrze, bo jest fenomenalnym aktorem. Szkoda tylko, że swoim talentem musiał przysłaniać braki w scenariuszu.

Wątek z Sharon Tate wiele osób traktuje jak hołd zmarłej aktorce, czy też uosobienie Hollywood tamtych czasów. Jest słodka. Jest piękna. Aura uroku Margot Robbie unosi się na ekranie, ale na uroku się kończy. Oddanie czci samo w sobie również nie jest złe. Tylko dlaczego w takim razie w filmie, który ma być laurką dla Hollywood, jedna z jego największych legend zostaje potraktowana jak klaun? Czym był ten film? Hołdem składanym epoce westernów? To Tarantino też już zrobił. W dwóch poprzednich filmach.

Hołdem samemu sobie? O to chyba przekonuje mnie najbardziej.

Not great, not terrible

Mimo tego wszystkiego, co napisałam wyżej — film jest i tak lepszy od otaczających go aktualnych premier. Aktorzy zaprezentowali się w większości bardzo dobrze lub rewelacyjnie. Muzyka i zdjęcia również na plus.

Mam wrażenie, że popisali się wszyscy, poza Quentinem Tarantino.

Jak Dalton, wie już, że jego czas powoli dobiega końca, więc łapie się wszelkich ozdobników i gra na naszej nostalgii. Nostalgii za klasycznym Hollywood a także ikonicznymi gwiazdami filmowymi. Gra na naszej sympatii do samego siebie i swoich filmów; do Brad Pitta, Leonardo DiCaprio oraz reszty wielkich nazwisk, które obsadził. 

Once Upon a Time in Hollywood to przedostatni film Quentina Tarantino. Mam wrażenie, że nie wiedział, czego naprawdę chce; poczuł, że może zrobić wszystko na raz a ostatecznie nie zrobił nic. Licząc, że przy takiej obsadzie i takim temacie wszelkie braki uzupełnimy sobie sami. Cóż, bingo to to nie było.

2
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Gaya DeguchiMarionetka LiterackaRecent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Marionetka Literacka
Gość

Filmu nie oglądałam. Wolę starsze filmy Tarantino niż jego nowe produkcje, choć tak jak wspominasz, pewnie jest to film lepszy od otaczających go aktualnych premier. Nie ukrywam, że zapowiada się ciekawie, choć pewnie jeszcze trochę minie, zanim zechcę go obejrzeć.