Niezwyciężony Iron Man. Zwykły człowiek w niezwykłej zbroi.

Na dużym ekranie filmowego uniwersum Marvela, przy okazji ostatnich przygód Avengersów, pożegnaliśmy Tony’ego Starka a.k.a Iron Mana. Nie będę przytaczał okoliczności, w jakich nasz najbogatszy superbohater odszedł z ekipy mścicieli, ale jednego możemy być pewni – w MCU już go nie zobaczymy. Jednak, jeśli ktoś nie chce pogrzebać  w zakątkach swojej pamięci człowieka z żelaza, to właśnie pojawiła się idealna okazja do tego, aby  zapoznać się z jego najnowszymi przygodami na kartach komiksu. Egmont bowiem wydał w naszym rodzimym języku 14 zeszytów serii Invincible Iron Man, która wprowadza nas w kolejny duży event Civil War II. Za wydarzenie weźmiemy się innym razem, natomiast w tym tekście chciałbym sięgnąć do tego, co zostało zaprezentowane jako prolog.

Za scenariusz odpowiada Brian Michael Bendis, co jednych może przyciągać a innych odstraszać. Mnie osobiście jego twórczość nie zachwyca. Potrafi zrobić bałagan, potrafi przynudzać, ale jego historię zazwyczaj są dość istotne dla całego uniwersum, więc warto chociaż znać ich zarys.

Najnowszy Iron Man nie jest dziełem wybitnym, a najlepsze co można o nim powiedzieć to to, że jest poprawny.

Jego lepsza połówka.

Pierwsze pięć zeszytów od strony wizualnej, jak i fabularnej przemówiło do mnie zdecydowanie bardziej niż reszta. Pojawił się dawny przeciwnik Starka, niewyjaśniona tajemnica dziwnych magicznych przedmiotów, upiększony Dr. Doom (kto czytał Secret Wars od Hickmana, ten będzie wiedział, o co chodzi i dlaczego Victor jest teraz takim pięknisiem). Historia szła naprawdę w ciekawym kierunku i nie przytłacza swoim ciężarem ani skomplikowaniem. Ot nowe, lekkie przygody Iron Mana okraszone ślicznymi, kolorowymi obrazkami, idealnie pasującymi do superbohaterskich klimatów.

W kolejnych zeszytach opowieść staje się nieco poważniejsza i motywy zaprezentowane na początku idą do lamusa. Właściwie to nie wiadomo czemu. Autor scenariusza postanowił zaserwować odbiorcy nowe wątki, a te pierwotnie rozpisane stopniowo przestają mieć znaczenie. Szkoda, bo mogły się ciekawie rozwinąć. Na ich miejsce wchodzi masa powagi, trudniejsza intryga, tragiczna śmierć, alkoholizm i inne takie. Jednym słowem – zwrot o sto osiemdziesiąt stopni w stosunku do początku. Zmienia się również rysownik więc i kreskę dostajemy inną. Kolory przestają być pastelowe na rzecz ciemniejszych i doroślejszych barw. Nawet żarty Tony’ego Starka już się nie pojawiają. A przez tę poprzednią część opowieści były obecne w wielu miejscach i wywoływały często uśmiech na twarzy. Wygląda to tak, jakby autor w pewnym momencie kompletnie zmienił koncepcję na zarys całości.

Nowe pokolenie.

Wprowadzona zostaje tu również Riri Williams, czyli nowa wersja Iron Mana – Ironheart. Postać ta charakteru nabierze dopiero z czasem i w oparciu o kolejne przygody. Na razie w tym zbiorze jest ona płaska (osobowościowo zboczuchy), kompletnie pozbawiona motywów i wzięta z czapy. Kontrowersje wokół jej wyjścia na światło dzienne opierają się głównie na tym, że w momencie, w którym dostaliśmy Ironheart, nie zostały nam wytłumaczone żadne przyczyny jej pojawienia się. Każdy nowo obsadzony superbohater miał swoje powody, dla których w chwili zastępowania swojego poprzednika, zostawał aktualnym herosem. Sam Alexander jako młody Nova, Falcon jako kolejny Cap. Ameryka, Thor jako Jane Foster itp. Za każdą zmiany stały konkretne powody. Riri pojawia się nagle i po prostu buduje sobie zbroję podobną do tej, która ma Stark. Tak o, bo może.

Iron Man Egmont

Cisza przed burzą.

Czytało się całkiem przyjemnie, aczkolwiek czułem pewien bałagan panoszący się po fabule. Pochłonął mnie lekki klimat początku, a potem zostałem zmiażdżony powagą w następnych etapach opowieści. Jednak coś nie pozwalało mi odpuścić. Brnąłem przez kolejne kartki komiksu z zaciekawieniem, bo miałem nieodparte wrażenie, że całość dąży do czegoś naprawdę grubego. Na samiutkim końcu dostajemy cliffhanger, który jest wtórny, aczkolwiek działa. Po lekturze możemy się spodziewać, co zostanie rozwinięte w Civil War II i szczerze mówiąc, czekam na to z zapartym tchem, mimo że wiem, iż po tym evencię nie ma się co spodziewać fajerwerków.

Iron Man comics

Kultura popularna, a jednak nie dla każdego.

Dla kogo? Zdecydowanie dla fana. I to takiego, który chce być na bieżąco oraz liczącego się z tym, że niektóre momenty wypadają miernie.

Nie jest to komiks godny polecenia każdemu, ale jeśli śledzisz obecną serię Marvel Now 2.0, i sam Iron Man jest dla Ciebie interesującą postacią, to sięgaj po jego najnowsze przygody. Czasem się zaśmiejesz, czasem ziewniesz z nudów, a czasem też przyklaśniesz autorom. Będziesz też potrzebował kilku sekund na przetrawienie niektórych wątków, ale płynnie zaznajomisz się z nadchodzącą drugą wojną domową superbohaterów. Przy lekturze można się bawić całkiem nieźle i to czasem wystarcza.

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: