Niesłychane losy Ivana Kotowicza – raport ze śledztwa

Pod górującym nad okolicą gmachem stał mężczyzna – szczupły, średniego wzrostu ze zmęczonymi oczami ukrytymi za okrągłymi szkłami okularów opartymi na orlim nosie. Chuchał i pocierał energiczne dłonią o dłoń. Tegoroczny front znad Syberii przyciągnął ze sobą surowe mrozy, które skuły rzeki wraz z najgorętszymi sercami. Niewielu zdecydowałoby się w taką aurę opuścić domowe pielesze, a jeszcze mniej udać w drogę, obejmującą kilka sporych kwartałów mieszkalnych bloków. Wybór nijak nie należał do niego. Służba oraz poczucie misji rozgrzewały wystarczająco mocno, by zacisnąć zęby i znosić psikusy pogody. Na tyle, że nawet mroźne podmuchy wiatru, ciągnące od północnego wschodu nie były w stanie ukłuć go do kości. Tym bardziej że sprawa, która go tutaj przywiodła, była zbyt wielkiej wagi, by dać się pokonać marnej aurze.

Świadomość tego, jaka z państwowych instytucji zajmowała budynek, powodowała, że zimno wydawało się mniej przykre. Tak samo spędzenie jeszcze kilku chwil poza jego wnętrzem, całkiem miłą alternatywą. W końcu nikt przy zdrowych zmysłach nie pchałby własnej osoby w betonowe trzewia jednej z licznych siedzib NKWD. Zamrugał więc jeszcze kilka razy, sapnął i sięgną wzrokiem ku górze. Jego czerwony od mrozu nos wskazywał szczyt budowli – daleki, niknący gdzieś we wciąż nierozpierzchłych porannych mgłach. Sama szara i dominująca bryła budziła respekt. Socrealistyczne budownictwo jednakowo monumentalne, co przytłaczające. Symbol marszu światowej rewolucji, dążącej do rozprucia pęczniejących od złota sakw zdegenerowanej burżuazji, po czym stworzenia świata dla nowego człowieka. Robotnika, który żyje poświęceniem dla idei najwyższego dobra ogółu. „Ha!” zakrzyknął w myślach nasz bohater i uśmiechnął się do własnych myśli. Opuścił wzrok i skierował kroki ku wejściu, na jakie składały się podwójne, ponad dwumetrowe, proste drewniane drzwi, obijane w newralgicznych punktach ciężkimi, żelaznymi elementami.

Misja: zdobyć informacje

Sztywna jak strzała recepcjonistka nie zadawała wiele pytań. „Cel wizyty i dokumenty” – zimnym, beznamiętnym tonem, niemal jakby przed nim siedziała maszyna, a nie człowiek. Wiedział, że niczego nie mogą mu tutaj zrobić. Przynajmniej na ten moment. Rozkazy otrzymał z rąk, które zwykle pozostają poza granicami możliwości prowincjonalnego oddziału. Nawet należącego do potężnej, wszechwiedzącej organizacji. „Ja do Pułkownika. Moje sprawy tylko dla jego oczu i uszu” – szybko wycedził odpowiedź, następnie niemal od niechcenia rzucił na blat przed nim plik z pełnomocnictwami. Pełna współpraca od służb, wojska, czy personelu cywilnego. Wymagana całkowita dyskrecja i pomoc w każdym możliwym zakresie – oczywiście bez pytań. Niewielu ludzi w kraju mogło się poszczycić takimi przywilejami. To wystarczyło. Krótki telefon, parę lakonicznych wskazówek, na końcu niedługi spacer korytarzami, przecięty równie zwięzłą przejażdżką windą — wystarczyły by dotrzeć tam, gdzie potrzebował.

Stuk, stuk, stuk. Zapukał i nabrał powietrza w płuca, tak jakby miał zanurzyć się pod powierzchnię wody. Ciężar na jego barkach wydawała się w tym momencie ciągnąć go ku ziemi nawet mocniej niż przez ostatnie tygodnie żmudnego gromadzenia możliwych tropów. Zza drewnianej bariery oddzielającej hol od pomieszczenia padło krótkie: „Wejść”. Złapał za klamkę i pchnął drzwi przed siebie. „Jak mniemam, to wy jesteście towarzysz Komisarz, prosto z Moskwy? Zdrastwujtie, zdrastwujtie. Nu, co was tutaj, towarzyszu sprowadza? Czaju? Widzę, przecie, że zmarznięci” – powiedział jegomość siedzący za potężnym, dębowym biurkiem, po brzegi wypełnionym dokumentami. Choć w sile wieku, budził respekt. Sylwetka, specyficzne, oszczędne ruchy i niepokojący błysk w oczach, bystry wzrok świdrujący myśli rozmówcy. Gość wzdrygnął się w duchu, po czym pokręcił przecząco głową, uścisnąwszy jednocześnie wyciągniętą ku niemu dłoń. Nie owijając w bawełnę, przeszedł do meritum – jeszcze zanim minęła chwila wymiany uprzejmości. „Chodzi o Iwana Siergiejowicza Kotowicza. Słyszałem towarzyszu Pułkowniku, że możecie mi pomóc”. Twarz enkawudzisty stężała, a blask w oczach lekko przybladł. Rozluźnił powoli uścisk i odwrócił się w kierunku barku zajmującego róg pomieszczenia. Po chwili brzdąknęły szklanice i zza sylwetki Pułkownika wyłoniła się spora butelka czegoś, co żywo przypominało samogon. Oj, obojga ich czekała długa, wyczerpująca rozmowa…

Młodość Kotowicza

Po pewnym czasie i opróżnionych szklaneczkach palącego przełyk płynu, na biurku pojawiło się kilka tomów akt w tekturowych oprawach. Większość co udało się zgromadzić, to ledwie strzępy wydarzeń z życia Kotowicza. Skrupulatnie zebrane w ciągu wielu lat do kupy przez NKWD. Pełne dziwnych substancji, tajemniczych kultów, czy stworzeń, od których opisów włos się jeżył na głowie. Oryginał został sporządzony przez towarzyszy Kajetana Kusina oraz Michała Ambrzykowskiego. Bazując na przekazach słownych osób mających styczność z Kotowiczem, jak i skrawkach informacji wyjętych z pamiętnika jego samego. Pierwszy z mężczyzn postarał się ubrać wszystko w słowa, a jego współpracownik okraszał całość rycinami. Tekst zaczynał się niepozornie, na peryferiach kraju, gdzie wielki Związek Radziecki oparł swoje granice o Kaukaz…

„Imię: Iwan Sergiejewicz Kotowicz, rasa: antropomorficzny kot, data urodzenia: 30.06.1908”

Niewiele wiadomo o najwcześniejszych latach opisywanej tutaj persony. Brak szczegółowych zapisków, ulotna ludzka pamięć, także życie na dalekiej prowincji, skutecznie zacierało ślady. Jednakowoż – ze zgromadzonych przekazów ustnych, wydobytymi wszelkimi dostępnymi środkami, udało się potwierdzić kilka faktów. Kotowicz senior, człowiek, były wojskowy i bojownik o sprawę komunizmu, a w końcu prowincjonalny poławiacz tuńczyka. Po spacyfikowaniu przez carskie służby pierwszych zrywów rewolucyjnych zbiegł na południe kraju. Tam poznał Karinę z domu Morozow, córkę miejscowego szewca tak jak syn będącą antropomorficznym kotem. Na tyle, po ile można być pewnym, dzieciństwo bohatera z tegoż raportu, da się określić słowem „sielskie”. Jedynym wyróżnikiem jest fakt, że kuzyn matki, lokalny pop – wpoił młodemu umiejętności czytania i pisania. Rzadko spotykane na ubogich kresach imperium.

Faktem stanowiącym wyjście dla dalszego śledztwa, a głównym tropem, jaki udało się podjąć, było pojawienie się przyjaciela ojca z okresu służby wojskowej. Warto tutaj zaznaczyć, że w czasie, gdy Iwan uganiał się po polach wraz z innymi dzieciakami, świat i sama Rosja rozrywane były wojnami oraz świtem nowych ideologii. Dawny towarzysz broni Kotowicza seniora w czasach zawieruchy stanął po właściwej stronie. I tak po zniknięciu carskiej Rosji, spłynęły nań zaszczyty oraz pozycje w nowej, komunistycznej rzeczywistości. Co najważniejsze dla próby odplątania zawiłych dziejów – gigantyczną rolę odgrywa tajemniczy karmazynowy płyn, który przywiózł ze sobą. Ten zdał się rozbudzić w osiadłym rewolucjoniście dawne namiętności i przekonać, by wraz z synem wyruszyć w szeroki świat. Ani ojciec, ani kociak nie wiedzieli jednak, że czekające ich przygody nie będą w żadnym wypadku wyjazdem na daczę.

Miłe złego początki

Zgłębiając się w lekturę – Komisarz zauważył jedną rzecz. Autor raportu zdawał się czasami przeskakiwać od wydarzenia do wydarzenia. Sprawiało to, że śledzenie niektórych wydarzeń stanowiło dla czytającego pewną trudność, a potencjalnie interesujące fakty zostały zaginionymi na zawsze. Byłoby lepiej, gdyby podróż ojca z synem lepiej udokumentować. Pozwoliłoby to w lepszym poznaniu obydwu Kotowiczów i zdecydowanie nakierowało śledztwo na właściwe tory. Zrozumienie charakterów poprzez wejrzenie im w głowy oraz poznanie sposobu działania mogłoby się okazać nieocenioną pomocą. Tożsamą uwagę można było odnieść do wszystkich występujących bohaterów – „Niedobrze, bardzo niedobrze…” notował w myślach Komisarz, „Trzeba będzie sięgnąć języka dalej, uzupełnić własnoręcznie braki”. Dodatkowo okrajanie wydarzeń takich, jak m.in. spotkanie z bagiennym potworem, było marnotrawstwem. Przodujący radzieccy naukowcy mogliby użyć tych informacji, aby znaleźć tego typu okazy i z ich pomocą przybliżyć niechybne zwycięstwo rewolucji.

Drugi problem był już bardziej niepokojący. Wyglądało na to, że ludzka pamięć i czerpanie z wielu źródeł przy powstawaniu tekstu, sprawiło, że zapiski rozmów ze świadkami wydawały się sztuczne. Nie pomagało w żaden sposób uwiarygodnić akt. Miejscami sprawiało, to nawet wrażenie jakby towarzysz Kusina starał się siłą wydobyć z ludzi więcej informacji, najpewniej mało przyjemnymi sposobami. Pomijając więc krzyki i bełkot podczas tortur widocznie nie przekładał się dobrze na tekst, więc tuszowano to nadmierną ekspozycją. Z drugiej strony – na szczęście większość zdarzeń została zapisana w satysfakcjonujący sposób, a pierwszy tom akt kończył się naprawdę spektakularnie. Całość stanowiła niezwykle intrygujący wstęp do odkrycia kolejnych tajemnic życia Iwana Kotowicza.  

Ryciny

Komisarz z zadowoleniem kartkował kolejne strony, pochłonięty ich lekturą w całości. „Nareszcie.” pomyślał – „W końcu pewny trop!”. Minął ranek i zbliżało się południe, a na blacie zaczynało brakować już powoli miejsca od pustych butelek. To, czego nie dowiedział się z tekstu, udało mu się wyciągnąć z Pułkownika. Jak widać sprawa Kotowicza i NKWD leżała ciężko na wątrobie. Początek współpracy da się określić na więcej niż obiecujący. Poza samym suchym przekazem pisemnym – uwagę zwracały liczne i szczegółowe ryciny. Choć proporcje ciał oraz twarze wydawały się mieć nieco wyolbrzymione cechy charakterystyczne, wciąż jednak pozwalały mieć dobre wyobrażenie o przeniesionych na papier postaciach. Dodatkowo ręka towarzysza Ambrzykowskiego nie stroniła od brutalności i krwi. W sposób nieco przerysowany – nadal jednak widok ludzkich wnętrzności, czy zalewającej kadry juchy był dość częsty.

Na osobny notkę zasługuje zręcznie i szczegółowe przeniesienie wszelkich, niemalże futurystycznych machin. Liczne drobiazgi oraz projekty powinny szczególnie zainteresować krajowych inżynierów. Wojsku nigdy za wiele schematów, które dałyby mu przewagę nad wrogiem. Wertując ostatnie strony, Komisarz zwrócił się raz jeszcze do Pułkownika: „Będzie potrzebna pomoc geografów i przewodników. Przekażcie im, proszę, te ryciny. Posłużą do rozpoznania lokacji, o które zahaczył Kotowicz – jesteśmy o krok bliżej prawdy”. Enkawudzista na te słowa rozbudził się, a lekko przymroczony alkoholem umysł odzyskał sporą część zwykłej bystrości. Do tego w końcu go szkolono – działać skutecznie niezależnie od stanu własnego ciała. Żaden płyn nie był w stanie wymazać wyuczonych latami służby odruchów.

Syberia

W miesiąc po wizycie w gmachu NKWD, Komisarz był już w połowie drogi przez dużo bardziej dzikie rejony Związku Radzieckiego. Nieogarnione przestrzenie, pradawne puszcze i stepy Syberii były zaledwie niedogodnością. Misja odkrycia prawdy, jaka została powierzona w jego ręce, była zdecydowanie warta wystawienia się na wszelakie trudy. Zbyt wiele tajemnic nie zostało wyjaśnionych, za dużo pytań, za mało odpowiedzi. Czym było wspominane „wydarzenie”, kim są tajemniczy mnisi z Dalekiego Wschodu? Zagadki te kłębiły się w umyśle prowadzącego śledztwo, czasami będąc nawet przeszkodą w spokojnym śnie. Najpierw jednak trzeba będzie odnaleźć pewien tajemniczy krater…

Epilog

Wracając już z wycieczki do międzywojennej Rosji i porzucając stylistykę powyższego tekstu. W tym miejscu chciałem jeszcze na zakończenie dać parę słów podsumowania. Tym razem już w czymś bardziej przypominającym regularną recenzję. „Niesłychane losy Iwana Kotowicza”, to już drugi komiks polskiego autorstwa, który przychodzi mi tutaj omawiać. Po „Mściborze Potężnym” będący raczej miniaturą tu mamy do czynienia z pełnoprawną opowieścią. A raczej wstępem do niej. Bowiem jest to pierwszy tom dłuższej serii, którą jako redakcja otrzymaliśmy od wydawnictwa Kultura Gniewu. I jest wyraźnie wyczuwalne, że autorzy dopiero ustawiają tutaj pionki na szachownicy.

Osobiście mogę powiedzieć, że czytało mi się naprawdę dobrze i jestem żywo zaintrygowany dalszymi losami bohatera. Wciąż jednak przeszkadzał mi fakt, że trochę za mało nam Kotowicza, jak i towarzyszących mu postaci przedstawiono. Nieco więcej introspekcji z ich strony oraz poprawienie nazbyt wypełnionych ekspozycją dialogów – zdecydowanie uprzyjemniłoby odbiór. Szczególnie że komiks zdaje się celować w demografię tych starszych nastolatków, a rozmowy między występującymi postaciami są nieco zbyt naiwne. Miejscami sprawiały wrażenie wręcz wyjętych z książeczki dla młodszych czytelników. Nadal pozytywnie oceniam stronę artystyczną, która przypomniała mi nieco „Hellboya” Mike Mignoli. Mam nadzieję, że następne tomy szczególnie zaoferują nam więcej „potworności”, bo te prezentowały się wyjątkowo dobrze.

Niesłychane losy Ivana Kotowicza – posłowie

Jeżeli szukacie komiksu dla swojego nastoletniego rodzeństwa albo sami jesteście w takim wieku – sięgnijcie po Niesłychane losy Ivana Kotowicza. Myślę, że nie powinniście czuć się rozczarowani. Starszego odbiorcy mogą razić trochę dialogi, ale gdy przymkniemy na nie oraz na parę innych zgrzytów oko – spod nich wyłania się kawał fajnej opowieści. Od siebie mogę polecić po sięgnięcie, wspieracie tym samym rodzimy przemysł komiksowy. Tak więc до свидания, компаньоны!

Dajcie znać, czy podoba wam się taka forma tekstów. Chcecie więcej, a może zawarte tutaj opinie były zbyt mało czytelne w odbiorze. Wszelkie komentarze mile widziane!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o