Niesforny władca wiatru. Avatar the last Airbender.

Woda, ziemia, ogień, powietrze… Dawno temu, cztery narody żyły razem w harmonii. Wszystko jednak się zmieniło, gdy Naród Ognia zaatakował. Dzisiaj, jedynie Avatar, mistrz czterech żywiołów może ich zatrzymać. Ale gdy świat potrzebował go najbardziej – Avatar zniknął.

Sto lat później, moja redakcja i ja, odkryliśmy nowego Avatara, władcę wiatru i pomimo że jego umiejętności były naprawdę dobre, przed nim jeszcze długa droga. Jednak gdyby ktoś mnie zapytał – wierzę, że Aang da radę ocalić cały świat.

Znacie ten początek, prawda? Pora wreszcie na tekst o Avatarze!

Sto lat wczesniej

Żeby zrozumieć w pełni historię bohaterów musimy cofnąć się dokładnie o sto lat, do Południowej Świątyni Powietrza. Tam, między mnichami oraz latającymi bizonami, żyje i trenuje dwunastoletni Aang. Spędza beztrosko dni, zupełnie nieświadomy swojego przeznaczenia. Nasz bohater okazał się kolejnym wcieleniem Avatara – potężnej istoty, która może tkać każdym żywiołem. Jej zadaniem jest utrzymywanie harmonii w świecie ludzi, ale również w świecie duchów.

Dowiedzieć miał się o tym dopiero za cztery lata, jednak widmo nadciągającej wojny zmusiło mnichów do działania. Wyznawszy mu tajemnicę, zdecydowali również, że słuszne byłoby przeniesienie Aanga do Wschodniej Świątyni Powietrza. To jednak nie spodobało się Avatarowi. Postanowił uciec. Jednak w trakcie podróży, nad morzem rozpętał się ogromny sztorm, a Aang wraz ze swoim przyjacielem, latającym bizonem Appą, zostali wciągnięci pod wodę. Wtedy nasz łysy mnich nieświadomie wszedł w Stan Avatara, utworzył lodową kulę, która uchroniła go przed utonięciem i tak zahibernowany przetrwał stulecie.

Avatar The Last Airbender

Sto lat później, Sokka i Katara, rodzeństwo z Południowego Plemienia Wody, wypływają na wspólne łowy. Jak to brat z siostrą, specjalizują się we wspólnym wbijaniu sobie szpil. Dyskusja zaostrza się, gdy ich łódka przez serie niefortunnych zdarzeń ląduje na dnie. Katara, ostatni waterbender ze swojego plemienia, w porywie emocji przepoławia znajdującą się nieopodal górę lodową.

Tam natrafiają na coś niespotykanego. Dziwną, lodową kulę, w której środku znajduje się człowiek. Postanawiają go wyciągnąć. Gdy udaje się przebić przez skorupę, okazuje się, że tajemniczy osobnik wewnątrz to zaginiony przed stu laty Avatar!

Gdy Aang udaje się wraz z rodzeństwem do ich rodzimej wioski, na horyzoncie pojawia się pancernik Narodu Ognia. Nie robiąc sobie nic z lądu, wcina się czapę lodu. Dowodzącym okazuje się Zuko – wygnany syn Władcy Ognia. W swoim życiu postawił sobie tylko jeden cel: schwytanie Avatara i odzyskanie honoru. Szukał Aanga już od lat i wreszcie los się do niego uśmiechnął…

Tylko że mnichowi udaje się wymknąć.

Przyszłość świata

Mimo że minęło sto lat, Aang dalej jest tym samym dwunastolatkiem, którym był przed zniknięciem. Lubi wygłupy, dobrą zabawę i twórcze wykorzystywanie swoich mocy. Jednak nie to jest jego przeznaczeniem.

W trakcie, gdy on spał gdzieś w oceanie, Naród Ognia podbił już niemal cały świat. Uratować planetę może jedynie Avatar, jednak większość ludzi straciła już nadzieję, że on gdzieś tam jeszcze istnieje.

Przed Aangiem stoi niemal niewykonalne zadanie opanowania wszystkich czterech żywiołów w kilka miesięcy oraz pokonanie Władcy Ognia, tym samym przywracając pokój na świecie. Jednak na swojej drodze spotka wielu przyjaciół, którzy pomogą mu w osiągnięciu celu – począwszy od wspomnianych wcześniej Sokki i Katary.

Kiedy masz dwanaście lat i cały świat na karku

Ostatnio w chorobie nadrabiałem swoje popkulturowe zaległości. Obejrzałem między innymi Thor Ragnarok, Edge of Tomorrw i właśnie recenzowaną animacją Avatar The Last Airbender. O tym ostatnim słyszałem bardzo wiele dobrego, jednak w dzieciństwie nie miałem okazji do obejrzenia, a później zawsze było coś ważniejszego. Na pomoc kolejny raz przyszedł mi Netflix, dzięki któremu mogłem nadrobić cztery sezony Avatara w oryginalnej wersji.

I powiem Wam szczerze: dawno nie bawiłem się tak świetnie! Połknąłem wszystko w kilka dni, robią jedynie przerwy na gorączkowe drzemki. Był to niezwykle przyjemny seans, po którym zrozumiałem, skąd aż tyle pozytywnych opinii.

Główna oś fabuły w Avatarze nie jest niczym odkrywczym: ot zwykłe ratowanie świata. Jednak cała wybuchowa mieszanka bohaterów i wszechobecny humor (w każdej postaci: czy to słownej, czy sytuacyjnej) utworzyła niesamowicie wciągający i satysfakcjonujący klimat. Nie nudziłem się ani chwili, gdyż dwójka twórców – Michael Dante DiMartino oraz Bryan Konietzko – nie działali schematycznie. Każdy kolejny odcinek był przygodą samą w sobie. Próżno szukać w nich monotoniczności, ba, często kolejny epizod był dla mnie czymś niespodziewanym. Na przykład w samej idei odcinka lub nagłym zwrocie akcji. Nie bali się grać trochę na emocjach, wprowadzając nutkę dramatyzmu do tego dziecięcego świata…

Bo nie oszukujmy się, cała ekipa ratująca świat, to była grupa dzieciaków z problemami. Począwszy od Aanga, który musiał odnaleźć się w obcym świecie, przez osieroconych Sokke i Katrę, ślepą Toph, na rozdartym wewnętrznie Zuko. Pomiędzy kolejnymi etapami przywracania pokoju na świecie, musieli zmierzyć się z duchami przeszłości, ale i własnymi słabościami.

Appa, yip yip!

Zabierając się za takie produkcje, zawsze mam obawę, że była to fajna rozrywka dla widzów w odpowiednim wieku, czyli mniej więcej dekadę młodszych ode mnie. Że wszystkie te pozytywne opinie to jedynie wytwór nostalgii fanów, które nie mają pokrycia z realiami dzieła.

Avatar jednak udowadnia, że to nie zawsze jest prawdą. Ja, nie patrząc przez pryzmat nostalgii, mogę podpisać się rękami i nogami pod każdą pozytywną recenzją tej animacji. Gra w niej wszystko! Oczywiście nie jest pozbawiona cech zwykłej kreskówki dla dzieci – na przykład niemal całkowicie dobry główny bohater, biały rycerz na swoim bizonie – ale nie przyćmiewają one wyśmienitej zabawy, którą Avatar zapewnia nawet takim starym dziadom jak ja.

Bardzo wesoła ekipa

Bohaterów zasługujących na przynajmniej jedno słowo jest w Avatarze multum: Bumi – Król Omashu, siostra Zuko – Azula, czy choćby zgraja mieszkańców bagna. To nawet nie czubek góry lodowej, a autorzy nie szczędzili w wymyślnych historiach i charakterach, bazując na różnych kulturach. Nie chcę też odbierać Wam przyjemności poznania ich wszystkich, więc postanowiłem wybrać jedynie garstkę, która przypadła mi do gustu. I Aanga, bo wypada.

Wypada, ponieważ to główny bohater całej serii oraz ktoś, od kogo zależą losy świata. Muszę przyznać, że twórcom udało się oddać charakter dwunastolatka, któremu w głowie siedzą różne wygłupy. Jest trochę humorzasty, roztrzęsiony, a nieraz brakowało mu również zwykłej wyobraźni. Nie kupił mnie swoją szlachetnością, aczkolwiek nie jest to wina kreacji postaci, tylko sposobu wychowania Aanga. Mnisi wpajali mu szacunek do każdej formy życia i sporo innych zasad, z których młody Avatar nie miał zamiaru rezygnować. Jedni zobaczą w tym piękną, trwałą postawę, a inni raz za razem będą przewracać oczami, gdy Aang, zamiast konkretnie pozbyć się wrogów, dmucha w nich swoim wiaterkiem.

Nie wiem, co bym zrobił, gdyby do niego nie dodano mi Sokki. Uwielbiam tego gościa, naprawdę! Jego denny, nieśmieszny humor to coś, co trafia w moje gusta – może przez to, że sam jestem fanem niezabawnego humoru? A może dlatego, że Sokka to motor napędowy komediowej warstwy serialu. Niestety, to też jego największa wada – zamiast dać mu się ciekawie rozwinąć (coś tam niby było, ale za mało), postawiono na rozśmieszanie widza, Co koniec końców osiągnęło jednak trochę smutny efekt.

No i Appa! Bardzo futrzasty przyjaciel Aanga, który nieraz uratował tyłki naszych bohaterów z poważnych tarapatów. Nie wspominając o tym, że nigdy nie marudził i zawsze wysłuchiwał ich problemów! Nasz wspaniały latający bizon dostał nawet własny odcinek pod tytułem „Przygody Appy”.

Ogniste duo

Wydaje mi się, że Zuko nie jest specjalnie lubianą postacią i mogę zrozumieć dlaczego. To zbyt pewny siebie gówniarz, który, mimo że ma zaplecze inteligencji, nieraz udowadnia, że nie myśli. Ja jednak go polubiłem. Sympatyzowałem z nim, a niejednokrotnie nawet trzymałem za Zuko kciuki. Bardzo ciekawie pokazano jego przemianę, która wyszła mu na dobre. Co ciekawe, w komiksach wrócono jednak do koncepcji „złego Zuko”, a to nie spotkało się z wielką aprobatą fanów.

Jest też i on, dobry wujek, bezdyskusyjna gwiazda całego serialu – Iroh. Brat Władcy Ognia, ale też mentor i przybrany ojciec Zuko. Niemal zawsze widzimy ich razem, a to fundowało niemało komicznych sytuacji, przez wzgląd na przeciwieństwa w charakterze oraz podejściu do życia. Iroh to moja ulubiona postać, chodzące dobro, ale też komiczny staruszek. Miłośnik herbaty i wypoczynku. I wiecie, co najbardziej dotyka przy takich bohaterach? Ich szczere łzy. Jest taki jeden odcinek, w którym Iroh płacze nad grobem syna – dawno nic mnie tak nie zakuło w serce.

Ostatni władca animacji

Avatar The Last Airbender – ten amerykański serial miał swoją premierę niemal piętnaście lat temu. I wiecie co? Pod względem graficznym niczego mu nie brakuje! Oczywiście, widać już na pierwszy rzut oka pewną archaiczność – choćby w samym formacie serialu, który był tworzony w rozdzielczości 4:3. Ale przy seansie nawet nie zwracałem na to uwagi.

Modele postaci są ładne, posiadające unikalne cechy… Z których autorzy często się naśmiewają, na przykład z tych dziwnych kosmyków włosów Katary. Nie da się pomylić żadnego z nich. Co ciekawe, łatwo też zauważyć różnicę w pochodzeniu głównych oraz drugoplanowych bohaterów. Nie chodzi mi jedynie o ładne stroje, w które się ubierają, ale też charakterystyczne rysy twarzy czy karnację.

Animacji również nie możemy nic zarzucić, ba, uważam nawet, że momentami przewyższała ona poziomem to, co oferują nam świeże tytuły. Szczególnie widać to przy scenach walk. Pojedynek Zuko z Azulą wypadł fenomenalnie! Płynne ciosy, skoki, kopnięcia, okraszone niebieskimi i czerwonymi płomieniami naprawdę cieszyły oko. A na deser rozwiane, animowane włosy Azuli!

Awatar: Legenda Aanga

Smutno mi, że ta seria jest już za mną. Cztery sezony minęły w ułamku sekundy, ale poczucie pustki pozostało (wiecie, jak po dobrej książce). Jeżeli Avatar The Last Airbender zalega na Waszej liście do obejrzenia, powinniście nadrobić go jak najszybciej! Gwarantuję, że nie będzie to zmarnowany czas.

Przede mną jeszcze Legenda Korry, która niestety nie zbiera już takich pozytywnych opinii w fandomie. Nie jest też dostępna w serwisie Netflix, co utrudnia mi jej obejrzenie. Niemniej, zobaczymy, może się za przygody Korry zabiorę.

Wszystko już napisałem. Dzisiaj rozumiem już, dlaczego seria posiada tyle fanów – ponieważ zwyczajnie jest świetna.

4
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
3 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
TomekLeniwiecNRecent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
N
Gość

Uwielbiałam ten serial! Ubolewałm, że muszę iść na dodatkowe zajęcia, kiedy odcinek był transmitowany. Mysle, że teraz też podobałaby mi się fabuła i humor.