Nie taki Tokyo Ghoul płytki, jak go malują. Wartości ukryte w mandze

Nie powinienem rozpoczynać tekstu od pytania, ale to musi tu paść. Czy jest osoba, która interesuje się japońską popkulturą, a nie słyszała nigdy o Tokyo Ghoul? Pewnie tak, choć stosunkowo jest to zdecydowana mniejszość. Tytuł ów to ewidentna czołówka popularności, a teraz, we wrześniu bieżącego roku, mija zaledwie 8 lat od jego debiutu. I pół dekady od zakończenia. Na potwierdzenie tezy o jej rozgłosie posłużę się rankingiem popularności mang (via. MyAnimeList). Omawiana seria plasuje się tam na 5. miejscu i jest jednocześnie jedyną (w pierwszej piątce), która zadebiutowała po 2010 roku! To dobitnie pokazuje, jak wysoko dotarła oraz jak szybko jej się to udało.

No tak, ale popularność ma to do siebie, że może być zła i dobra. W końcu powiedzenie „nieważne jak mówią, ważne, że mówią” nie wzięło się znikąd. Tokyo Ghoul jest jednym z tych tytułów, który przy okazji ogromnego zachwytu, musi stykać się ze swego rodzaju wyszydzeniem. Wielu upatruje przyczyny w niskim poziomie animowanej adaptacji od Studia Pierrot. Prawdopodobnie jest w tym ziarnko prawdy, ale ja odniosłem wrażenie, iż powód jest inny. Tu przeszkodą jest brak zrozumienia, bo przecież czego nie rozumiemy, tego nie lubimy. Paradoksalnie – problem, o którym traktuje manga, dotknął jej samej.

Ale od początku…

Tokyo Ghoul to manga, za której stworzeniem stoi Sui Ishida, a dla którego był to start w świecie zawodowego komiksu. Pierwsze rozdziały ukazywały się od 2011 roku w magazynie Young Jump, który na rozkładzie miał wcześniej takie serie jak Elfen Lied, Gantz, a nawet Kingdom. Jak więc widać, znaczące towarzystwo dla debiutanta w branży!

Mangaka wykreował nam świat, w którym to nie człowiek znajduje się na szczycie łańcucha pokarmowego. Akcja rozgrywa się na terenach podzielonego na dzielnice Tokyo. I rzeczywiście samo miejsce, amatorskim okiem oceniając, oddane jest całkiem dobrze. Nieraz rzucają się w oczy charakterystyczne miejsca ze stolicy Japonii. Wracając jednak do pierwszego zdania tego akapitu, łańcuchowi pokarmowemu przewodzą tytułowe Ghoule. Są to istoty, które żyją pod postacią ludzi, ale aby przetrwać, zmuszeni są ich zjadać.

Choć często zabijają dla rozrywki i wyżycia się, to jednak wszystko rozbija się o potrzebę konsumowania ludzkiego mięsa. Tylko takie mogą bezproblemowo strawić. Inne jedzenie jest im nie w smak. Choć to może zbyt delikatne stwierdzenie. Główny bohater użył wielu zestawień, aby odpisać „doznania” płynące z kosztowania innych posiłków niż te z ludzkiego mięsa. Wieprzowina smakuje jak gąbka, sałata jak papier, żelki jak żyły, a czekolada jak kostka brukowa… Przyznacie, że to średnia wizja oraz, że zastanawiające jest, skąd protagonista ma te porównania.

Ken Kaneki

Jeśli miałbym go opisać krótko, to chyba jako przykładowy „bohater tragiczny”. Ów nie tylko mierzy się z wewnętrznym konfliktem, ale nawet fizycznie utknął gdzieś pomiędzy człowiekiem i ghoulem. Wszystko za sprawą pewnego wypadku, po którym przeszczepiono mu narządy ludożercy. Skutki są, delikatnie rzecz ujmując, opłakane. Ken ma ludzką moralność, więc neguje zjadanie ludzi, ale jednocześnie jego organizm wzbrania się przed przyjmowaniem innych źródeł energii.

Ciągnie to za sobą całą masę konsekwencji i rozterek.

Nie jest to jednak zwykła recenzja mangi, więc nie zamierzam dalej zagłębiać się w jej fabułę. Jeśli to na nią liczyliście, to ponad rok temu Naczelny Leniwiec podjął się oceny animowanej adaptacji. Całe clou jest jednak takie, że choć Kaneki początkowo uważał, iż będąc pół człowiekiem, a pół ghoulem, nie należy do żadnej grupy, to z biegiem czasu zaczyna żyć (dzięki wielu wydarzeniom i rozmowom) z przeświadczeniem, że w rzeczywistości należy do świata ludzi oraz świata potworów jednocześnie.

Teraz gdy pobieżne przedstawienie tego „z czym się to je” (dość niezręczne określenie w tym przypadku…) mamy za sobą, możemy przejść do głównego wątku tekstu. Jeśli wcześniej nie mieliście okazji sami czytać/oglądać Tokyo Ghoula, to najpewniej powyższy opis Was do tego niespecjalnie zachęcił. Ciężko nie odnieść wrażenia, iż jest to nieco prozaiczne i sztampowe… Żeby nie napisać: błahe. Ale tym jest właśnie ta pozorność!

Moda na wegetarianizm również w Tokyo Ghoul

Oho, zaczynamy od kontrowersji. Pierwsza zasada pismaków do odhaczenia. Każde dzieło wywiera na nas jakiś wpływ, pozostawia pewną gamę odczuć i skojarzeń. Dla przykładu konkretny utwór może nas wzruszać, komiks bawić, a film zmieniać nasz światopogląd. Tokyo Ghoul też na mnie wpłynął i to w stopniu wyjątkowo wysokim.

Aby lepiej to zobrazować, nakreślę Wam dialog, który wywiązał się pomiędzy Kenem, a szefem kawiarni Anteiku, Panem Yoshimurą. Chłopak był zaskoczony tym, jakim brakiem moralności wykazują się ghoule. Zapytał, dlaczego owe monstra tak nisko cenią sobie ludzkie życie. Odpowiedź mnie momentalnie sparaliżowała – padło retoryczne pytanie: „Czy żal Ci zwierząt, kiedy widzisz je na swoim talerzu?”. W tym momencie coś we mnie zaskoczyło. Ghoule, którymi od początku serii gardziłem, wyzywałem i krytykowałem za brak hamulców, okazały się… ludzkie.

Tokyo Ghoul Kaneki i Kirishima

No, bo rzeczywiście…

Od zarania dziejów pożywianie się zwierzęcym mięsem jest dla nas całkiem naturalne. Przynajmniej dla większości społeczeństwa – choć liczba wegetarian i wegan stale rośnie. I tu ja, osoba, która nigdy nie czuła awersji do wieprzowiny, wołowiny, czy drobiu, pierwszy raz poważnie rozważyła całkowitą eliminację mięsa. Niewykluczone, że rzeczywiście do tego dojdzie.

Rozumiecie, do czego zmierzam? Odnoszę wrażenie, iż Sui Ishida bardzo mocno starał się nam przekazać to, jak bardzo ghoule są nam podobne… Jak wielkie znaczenie ma to, że ludzie stają się ofiarami przyzwyczajeń i pozornych potrzeb. To nie przypadek, iż jesteśmy gatunkiem, który najbardziej szkodzi innym. Dużo w tym wszystkim braku zrozumienia drugiej strony. Ale o tym w kolejnym punkcie.

tokyo ghoul chapter 60

Tolerować, zrozumieć i zaakceptować

Wydaje mi się, że właśnie to jest clou całej serii. Tym głównym wątkiem psychologicznym, kręgosłupem mangi. I jest to tak skrajnie jawne, że nie mogę wyjść z podziwu, gdy przez Internet przelewają się fale komentarzy, które traktują Tokyo Ghoula jako „nędzą bijatykę z potworami”. Ludzie, serio?

Średnio raz na kilka rozdziałów dostajemy mniej lub bardziej subtelne wzmianki odnośnie do tolerancji. Właściwie cała fabuła tym stoi. Oczywiście, są tam też inne motywy: zemsty, samotności, a nawet podróży. Niemniej, robią zaledwie za gałązki dla drzewa. W serii Ishidy tworzy nam się pewien system domino, gdzie każdy jeden element wpływa na kolejny. Dużo problemów wynika z braku zrozumienia. To uniemożliwia akceptację i prowadzi do skrajnej nietolerancji.

Nie lubię mieszać do moich tekstów polityki…

…ale ciężko nie odnieść tego do sytuacji, która ma miejsce w Polsce. Druga zasada pismaka – checked! Grupa X nie rozumie grupy Y. Nie wiedzą i nie chcą wiedzieć, a to nie pozwala zaakceptować tych pierwszych. I w taki oto sposób rodzą się braki w tolerancji, które prowadzą do sytuacji, jakich nigdy nie powinno być – na pewno nie w XXI wieku.

A trzeba zaznaczyć, że nietolerancja w stosunku do osób LGBT to tylko kropla w morzu. Cofając się w przeszłość, z problemem tym zmagano się w kontekście pochodzenia, płci, niepełnosprawności… Absurd.

Do tego w pewien sposób nawiązuje Tokyo Ghoul. Sui Ishida chce przekazać, poprzez postać Kanekiego, że aby zrozumieć drugą stronę, trzeba ją poznać. Nie można wnioskować na podstawie plotek, pomówień, ani relacji innych. Tak rodzą się stereoptypy, a niekiedy w konsekwencji nienawiść. Rzeczona manga doskonale to pokazuje. Widzimy, że każdy medal ma dwie strony, każdy kij dwa końce, a każdy człowiek dwa oblicza. To, jakim go malują i to, jaki jest naprawdę.

Tokyo Ghoul obwoluta

Nie taki Tokyo Ghoul zły, jak go malują

Muszę przyznać, że układając sobie w głowie schemat zakończenia tego tekstu, miałem nie lada problem. Początkowo chciałem go zostawić bez – odniosłem wrażenie, że wyczerpałem temat i właściwie ciężko napisać „coś więcej”. Tylko, kurde, może jednak nie. Podobnie jest z Tokyo Ghoulem. Gdy przelecimy przez niego bez większej refleksji, zabraknie nam właśnie tego „czegoś więcej”.

Lwia część odbiorców nie rozumie do końca, co Ishida chciał nam przekazać. Nie potrafi wyciągnąć na wierzch ukrytego przekazu, który przysłonięty jest powierzchowną warstwą prostoty i prozaiczności. Może warto spróbować sięgnąć głębiej? Jeśli stoicie przed lekturą tej mangi, podejdźcie do niej z refleksją. Spróbujcie zrozumieć bohaterów, chłonąć to wszystko z perspektywy wydarzeń, które w dzisiejszych czasach zatruwają nasze społeczeństwo nie mniej niż smog. Spójrzcie na losy postaci, jak na krzywe zwierciadło, bo wtedy może okazać się, że każdy z nas ma w sobie trochę z ghoula.

Mangę możecie nabyć w sklepie Waneko!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o