Nie taki lis straszny, jak go malują. Wielki zły lis – Recenzja

W lasach skrywa się pewne przerażające zwierze. Ma ogon, ostre jak brzytwa zęby i wzbudza trwogę lokalnej fauny w każdym miejscu, które odwiedzi – szczególnie na pobliskiej farmie. Oto wilk. Dlaczego więc nie ma go w tytule? Bo na tamtym miejscu Benjamin Renner obsadził kogoś znacznie, znacznie gorszego. Bardziej strasznego, sprytniejszego i wyrachowanego! Wielkiego złego Lisa!

Kultura gniewu kilka miesięcy temu postanowiła przybliżyć polskim fanom popularny, francuski komiks dla najmłodszych – ale nie tylko – czytelników. Wielki zły lis to świetne dzieło, które otrzymało w swojej ojczyźnie nagrodę za najlepszy album dla dzieci, a jego animowana adaptacja francuski odpowiednik Oscara.

Czy Leniwiec w ogóle ma szanse zaprzyjaźnić się z Lisem? Ja już znam odpowiedź, a na Was rozwiązanie czeka w recenzji. Zapraszam!

Lis to może i tak, ale wielki czy zły to już nie za bardzo

Lis faktycznie uważa siebie za takiego, jakiego przedstawiłem Wam go w pierwszym akapicie. Za siejącego postrach wśród zwierzyny leśnego drapieżnika. Prawda jest jednak zupełnie inna, bo… Wielki zły lis tak naprawdę jest zupełnie niegroźny. Jego „potężny” ryk nie potrafi wystraszyć nawet malutkiego ptaszka – nie wspominając o Kurach, od których zbiera regularnie łomot.

Gdy przychodzi na farmę, pies nawet nie odkłada porannej gazety. Pewne jest, że prędzej kury go wypłoszą, niż ten ukradnie ich jajka. Ale przynajmniej może liczyć na koszyk rzepy od prosiaka i królika. Tylko że… Mięsożerca? Rzepę? To nie zadziała.

Trawionemu głodem lisowi na pomoc przyszedł wilk ze swoją iście szatańską intrygą. Przecież mogą po prostu wykraść jajka – w sensie lis może wykraść – a potem je wychować aż będą duże – w sensie lis może wychować – i na koniec podzielą się kurczakami.

Tak więc pewnej nocy nasz rudy bohater podkrada jednej z kur trzy jajka. Zgodnie z umową (w której nie miał za wiele do powiedzenia) wysiedzi je i zajmie się ich „wychowaniem”. A potem przyjdzie pora na wielką ucztę!

Jednak od razu po wykluciu się małych kur, lis został mianowany mamą. Tak właśnie zaczyna się przygoda raczej nie strasznego lisa i jego trojga małych kurcząt. Jak zareaguje farma na wieść o zaginięciu jajek? Czy lis może żyć z kurczętami? I co się stanie, gdy zamiast ogromnego głodu, zacznie pojawiać się… przywiązanie?

Mały, kochający lis

Bardziej lubię czytać komiks dla młodszych odbiorców, niż te skierowane w starszego czytelnika. Mają w sobie tę lekkość, która dla mnie jest kwintesencją komiksu, a przy okazji nierzadko mogą zmusić do myślenia – fundując prostszy lub trudniejszy morał.

Wielki zły lis nie jest dziełem trudnym ani wielowarstwowym jak na przykład Mój kumpel mikrob. Czy to wada? Nie. To dziecko ma się przy nim dobrze bawić, a nie dwudziestoletni student. A mogę zagwarantować, że młodszym dzieło przypadnie do gustu. Fabuła jest całkiem przewidywalna, ale przy okazji też szalenie śmieszna! Naprawdę, czytając w pociągu, kilka razy podśmiechiwałem się pod nosem. Cała otoczka lisa, który próbuje być poważnym, groźnym drapieżnikiem, a kończy zawsze z koszem rzepy, oferuje nam multum słodko-gorzkich żartów sytuacyjnych.

Sam komiks jednak nie zrodził we mnie głębokich, egzystencjalnych myśli – Wielki zły lis to ot taka zwykła, ciepła historia, którą wałkowano już milion razy. Rozczarowało mnie trochę zakończenie. Spodziewał się czegoś bardziej family friendly, a nie rozwiązania, które zaproponował nam autor.

Ale wygląda jak cudo!

Poprzednia część mogła wzbudzić mieszane uczucia, więc teraz przejdziemy do plusów. Warstwa wizualna to coś wspaniałego! Farbki wodne, używane przy malowaniu poszczególnych „okienek”, idealnie trafiły w mój gust. Kolory zostały ładnie dobrane, współgrają ze sobą – a obserwowanie lasu czy farmy, gdy zmieniają się pory roku, jeszcze bardziej umila czytanie.

Prosty styl kreski dodaje komizmu i tak już śmiesznym z charakteru postacią, fundując czytelnikom szeroką gammę najróżniejszych min, emocji czy bojowych pozycji. Wielki zły lis to jeden z tych komiksów, które śmiało mogłyby powstać bez dialogów, a czytelnik i tak by się połapał, o co chodzi. Poważnie.

Wcześniej wspomniałem również o „okienkach” – nie przez przypadek w cudzysłowie. Wielki zły lis bowiem jest pozbawiony typowych dla tej formy dzieła paneli, kadrów czy jak to wolimy nazywać. Zamiast nich mamy większe bądź mniejsze rysunki, na których przeważnie widnieją dwie, trzy postacie. Naprawdę oryginalny zabieg, a dzięki niemu komiks może bawić się tempem narracji: zwiększając bądź zmniejszając liczbę „obrazków” w jednej linii.

Lisy, kury, wilki, psy

Króciutkie słowo o bohaterach, gdyż ci nie są zbytnio rozwijani, pogłębiani czy – troszeczkę ostrzej mówiąc – ciekawi. Wielki zły lis przedstawia prostych bohaterów, których cechuje jedna konkretna rzecz i poza główną postacią nikt nie ewoluuje.

Większości z mieszkańców farmy nie warto nawet opisywać, ot głupkowate lub nadmiernie agresywne (te kury były szalone, serio!) zwierzaki. Na plus jednak zasługuje pies, który z założenia miał pilnować farmy… Okazało się, że to zwyczajny leser, a wszelkie unikanie pracy to jego specjalność. Polubiłem go z całego serca, bo gdy tylko widziałem jego długi pysk, byłem gotowy na którąś z wielu śmiesznych scen. A jak go te opierzone bojowniczki kiedyś wykiwały… Powiem tak: czytajcie wszystkie podpisywane umowy!

Władca lasu: wychudzony wilk również był przez dłuższy czas intrygujący – do momentu aż nie pokazał swoich kłów i zamienił się w stu procentowego czarnego bohatera. Pełny powagi i w pewnym sensie dostojności, patrzący z góry na wszystkich dookoła – takie postacie lubię.

I mamy na końcu nieszczęsnego lisa. Naprawdę ze wszystkich sił próbuje być wielki oraz zły. Próbuje ryczeć, gryźć, zakradać się – ale wszystko zawsze prędzej czy później legnie w gruzach. Lis zmienia się jednak pod wpływem swoich kurcząt. Nie tyle w wielkiego, dobrego lisa, ile w zwyczajnie w lisa, który rozumie, że są w życiu rzeczy ważne i ważniejsze.

Wielki powolny leniwiec

Wielki zły lis to komiks prosty, do połknięcia na raz, ale przy tym samym niesamowicie zabawny i zwyczajnie przyjemny. Dorosły czytelnik nie ma w nim czego szukać – może poza doznaniami wizualnymi… Ale! Zawsze jakieś jest, prawda?

Komiks od Kultury Gniewu, za którego w tym momencie serdecznie dziękuję, spełni się jako bajka na dobranoc dla młodszych pociech. Myślę, że dzieci wchłoną tę prostą historię, dobrze się przy tym bawiąc. Poza tym: zobaczcie tego lisa na okładce! Jest genialny!

A przy okazji sam komiks dzięki swojemu wydaniu ładnie prezentuje się na półce. Biała, matowa okładka to coś, co kocham.

Czy coś jeszcze mogę dodać? Wszystko już napisałem. Jeżeli szukacie odprężającego komiksu do pociągu – Wielki zły lis to dobry wybór. Tylko uważajcie na spojrzenia innych podróżujących, jak zaczniecie mieć dziwne drgawki ze śmiechu!

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: