Neil Gaiman – Dni pośród nocy. Komiksowe początki mistrza opowieści

Początek mojej znajomości z Neilem Gaimanem był raczej nietypowy. Po raz pierwszy zetknęłam się z jego twórczością nie poprzez „Sandmana”, „Amerykańskich bogów” ani nawet nie przez „Koralinę”, tylko za sprawą… Batmana. W okresie, w którym intensywnie eksplorowałam świat Mrocznego Rycerza, trafiłam na komiks wyraźnie odstający od reszty. Była to historia o Batmanie rozgrywająca się bez czynnego udziału głównego bohatera – zaczynała się bowiem od pogrzebu strażnika Gotham City. Najlepszy detektyw świata nie żył, a każdy ze zgromadzonych żałobników miał inny pogląd na to, jak do tego doszło. Komiks nosił tytuł „Whatever happened to the caped crusader?”, a jego autorem był właśnie Gaiman. Pamiętam, że zaintrygowała mnie jego oryginalność i forma „opowieści w opowieści”. Był to dla mnie sygnał, że warto sprawdzić, co jeszcze ma do zaoferowania ten znany brytyjski pisarz i scenarzysta.

Chciałabym móc powiedzieć, że dziś, po paru latach, jestem już ekspertem od Gaimana i w związku z tym mam dostateczne kwalifikacje, by ocenić jego „Dni pośród nocy”; nie byłaby to jednak prawda. Obecnie mam za sobą zaledwie trzy tomy „Sandmana”, przymierzam się też do „Amerykańskich bogów”. Dopiero poznaję Neila i jego świat. Z takiej właśnie pozycji – nowicjusza i odkrywcy – będę przyglądać się przedmiotowi mojej recenzji.

„Dni pośród nocy” (w oryginale „Neil Gaiman’s Midnight Days”) to zbiór komiksów z początków kariery pisarza. Dzięki staraniom wydawnictwa Egmont w kwietniu ukazało się w naszym kraju jego drugie wydanie. Intrygująca, surrealistyczna okładka projektu Dave’a McKeana i nazwisko Gaimana sprawiły, że nie mogłam przejść obok tego albumu obojętnie. Korzystając z faktu, że wydawnictwo zaufało naszej leniwej ekipie i chętnie przysyła nam swoje komiksowe nowości, postanowiłam zdobyć ten tytuł do recenzji. Udało się – album z logo Klubu Świata Komiksu na obwolucie trafił w moje ręce. Usiadłam więc wygodnie na kanapie i pozwoliłam Neilowi zacząć jego pierwszą opowieść…

Refleksje XVII-wiecznego Potwora z Bagien i Floronic Mana

“Jack w zieleni”, najstarsza z zamieszczonych w zbiorze historii, została napisana przez Gaimana w wieku 24 lat, w 1985 roku. Sam Alan Moore, któremu młody autor posłał swój scenariusz, orzekł, iż jest to “dobra historia”. Trudno się z tym nie zgodzić – choć nie dzieje się w niej nic szczególnego, a całość liczy zaledwie dziesięć stron, jest to chyba najlepszy z zebranych utworów. XVII-wieczny odpowiednik Potwora z Bagien żegna w nim umierającego przyjaciela, rozmyślając nad życiem, śmiercią i mechanizmami działania świata. Klamrą spinającą początek oraz zakończenie opowieści Potwora jest motyw czterech żywiołów, od których pochodzi całe stworzenie i do których powraca ono, by cały cykl mógł się rozpocząć od nowa.

Choć Jack obserwował ten cykl dłużej niż ktokolwiek inny, otwarcie przyznaje, że wielu rzeczy wciąż nie rozumie. Bezradny wobec surowych wyroków historii i natury, a przez swoją odmienność skazany na samotność, próbuje znaleźć pocieszenie we wspominaniu odbytych przez siebie podróży oraz opowieści pewnego wędrowca. I jest w tym wszystkim, mimo swojego nieludzkiego wyglądu, porażająco ludzki.

Z kolei powstałe kilka lat później “Drzewa jak bogowie” przenoszą nas do świata innego Potwora z Bagien – tego znanego szerszej publiczności przede wszystkim dzięki Moore’owi. Z tej opowieści na pewno ucieszą się miłośnicy “Hellboya” – za rysunki do niej odpowiada bowiem Mike Mignola. Traktuje ona o Jasonie Woodrue, człowieku-roślinie. Przez większość utworu obłąkany Woodrue prowadzi interesujący monolog na temat rzekomych związków flory z oświeceniem i boskością, a jego jedynym słuchaczem jest milcząca rosiczka nazwana Miltonem. Floronic Man zmierza na rozmowę z Parlamentem Drzew, do którego ma kilka pytań. Jednak odpowiedzi, jakie od niego otrzyma, nie przypadną mu do gustu…

Hipis z kosmosu i bezdomny duch

W “Braciach” również spotykamy bohaterów znanych z “Potwora z Bagien” – parę hipisów, Chestera i Liz, oraz Abby Holland. Zostają oni wciągnięci w nietypową akcję: oto na Ziemi ląduje Brat Power, ożywiona kukła wysłana w kosmos 20 lat wcześniej. Przybycie „ostatniego hipisa” do rzeczywistości lat 80. powoduje dość poważne zaniepokojenie amerykańskiego rządu. Ponieważ konwencjonalna broń nie jest w stanie powstrzymać gigantycznej lalki, tajniacy decydują się skorzystać z pomocy Abby i jej przyjaciół.

Gaiman komiks bracia

Choć to absurdalna, mocno zakręcona i niepozbawiona humoru historia, jest w niej coś więcej niż tylko zwariowana fabuła. To po pierwsze ciekawe spojrzenie na ludzi wyrosłych z epoki dzieci kwiatów: rozczarowanych cyników, takich jak Endor, oraz próbujących żyć w zgodzie ze swoimi wartościami idealistów pokroju Chestera. To także opowieść o człowieku, który stopniowo uświadamia sobie, że kiedyś będzie musiał pozwolić odejść ukochanej przez siebie osobie. Bo “jeśli coś kochasz, powinieneś to uwolnić”.

Dodatkową zaletą “Braci” jest obecność wielu mniej lub bardziej wyraźnych popkulturowych nawiązań. Co więcej, zapowiadają one przyszłe wydarzenia w samym komiksie (np. Batman z okładki magazynu Chestera pojawia się później jako pełnoprawny bohater) lub elementy, które odnajdziemy w późniejszej twórczości Gaimana. Do tych ostatnich należą m.in. komiks “Prez”, którego tytułowy bohater wystąpił później w “Sandmanie”, a także czytany przez gościa hotelowej restauracji “Hellblazer” (John Constantine również doczekał się spotkania z Panem Snów).

Postać Constantine’a pojawia się także w kolejnym z utworów zamieszczonych w zbiorze: “Przytul mnie”. Mówiąc w największym skrócie, jest to historia o samotności. Samotności tak ekstremalnej, że doskwiera człowiekowi nawet po śmierci, z czego następstwami będzie się musiał zmierzyć nasz egzorcysta. Duch zmarłego z zimna bezdomnego stanowi bowiem zagrożenie dla żyjących. Nie jest to jednak jedyny rodzaj samotności, z jakim mamy tutaj do czynienia. Każdy z bohaterów jest na swój sposób samotny, świadomie lub nieświadomie poszukując bliskości innych. I robi to niezależnie od konsekwencji.

Gaiman komiks taxi przytul mnie

Dwóch Sandmanów

“Sandman: teatr nocy” to chronologicznie najmłodszy (bo pochodzący z roku 1995) i zarazem najdłuższy z zebranych w zbiorze komiksów. Jest on efektem współpracy Gaimana z Mattem Wagnerem. W swojej własnej serii Wagner wskrzesił oryginalnego Sandmana – Wesleya Doddsa, detektywa w trenczu i masce gazowej – i opowiadał o nim historie w stylu amerykańskiej literatury groszowej.

Ponieważ obu panom spodobał się pomysł spotkania Sandmana z lat 30. z jego Gaimanowskim odpowiednikiem, postanowili przelać go na papier. W ten sposób powstała intryga, w której udział wzięli wspomniany Dodds, jego dziewczyna Dian, osoby z otoczenia Rodericka Burgessa oraz pewien duchowny. Sam Morfeusz też odegrał w niej znaczącą rolę, choć z racji bycia więźniem Burgessa (rzecz dzieje się w okresie “Preludiów i nokturnów”) miał w tym czasie dość ograniczone pole do popisu.

Komiks odstaje od pozostałych nie tylko pod względem długości. Wyróżnia go także konwencja, na której oparto fabułę oraz malarska estetyka. Nie każdemu taki styl przypadnie do gustu. Kreska jest dosyć specyficzna, postaciom brak elementów twarzy, szczegóły bywają rozmyte, a niektóre rysunki sprawiają wrażenie niedokończonych lub zwyczajnie brzydkich. Z drugiej strony, pod względem scenariuszowym jest to najbardziej standardowa i przystępna opowieść ze wszystkich zebranych w tym albumie. Prosta konstrukcja, oparta na dochodzeniu do rozszyfrowania pewnej zagadki i zakończona jej jednoznacznym rozwiązaniem, czyni ją zaskakująco “normalną”. Na szczęście dla miłośników snów, tajemnic i niedopowiedzeń mamy tu także wątek niezwykłej więzi pomiędzy dwoma Sandmanami, który (słusznie) zostaje pozostawiony bez wyjaśnienia.

Gaiman komiks sandman teatr nocy

Lost in translation

Po skończonej lekturze naszło mnie kilka refleksji. Pierwsza z nich dotyczyła języka. Choć “Dni pośród nocy” ogólnie czytało mi się całkiem dobrze, zdarzały się momenty, gdy dialogi nie do końca mi „grały”. To dlatego, że pewne kwestie, które w oryginale nie budzą żadnych zastrzeżeń, przełożone na polski brzmią nieco nienaturalnie. Miałam takie wrażenie na przykład wtedy, gdy hipis Chester zwrócił się do swojej wybranki: „Moja dziewczynko kwiecie” („My flower girl”). O ile „dzieci kwiaty” przyjęły się w naszym języku, tak odmienianie ich przez rodzaje już niekoniecznie.

Podobny problem rodzą dowcipy oparte na grze słów. Żart z nazwiska prezydenta Busha nie jest już tak zabawny, gdy inny bohater „Braci” musi tłumaczyć czytelnikowi jego znaczenie. Nie każdy zrozumie też, dlaczego dosłowna odpowiedź starego Linusa z  „Sandmana: Teatru nocy” na pytanie o to, jak ów dżentelmen znalazł Londyn, była dowcipem jego strony. No, może nie licząc osób orientujących się w wieloznaczności angielskich słówek oraz miłośników polskich archaizmów. Wreszcie, istotne dla fabuły „Teatru nocy” podobieństwo wyrazów „cannon” i „canon” znacznie maleje, gdy te zostają przekształcone w swoje polskie (choć niedosłowne) odpowiedniki.

Gaiman komiks bracie chłopak

Mimo tych wszystkich uwag nie uważam bynajmniej, że polskie tłumaczenie wyszło źle – problemy, o których mówię, to pojedyncze przypadki wynikające z nieprzekładalności pewnych specyficznych dla danego języka elementów. Traduttore, traditore, jak mawiają Włosi. Choćby nie wiem jak tłumacz się starał, nie wszystko będzie brzmieć tak dobrze, jak w oryginale.

Ale dość już o tłumaczeniu – skupmy się teraz na ważniejszych kwestiach. Jak oceniam “Dni pośród nocy” jako całość? Czy jest w nich obecny duch tego Neila Gaimana, którego znam z “Sandmana”? Czy dostałam to, czego się spodziewałam…?

Nie oceniaj książki po okładce…

Pierwsze wrażenie niekiedy bywa mylne. Niepokojąca okładka albumu oraz tytuł serii, „Obrazy grozy”, kazały spodziewać się mrocznych i jeżących włosy na głowie historii. Tymczasem w całym zbiorze znalazłoby się może jedno opowiadanie, które zaliczyłabym do horroru. Jeśli więc sięgniecie po „Dni pośród nocy” z nadzieją na spotkanie bohaterów waszych najgorszych koszmarów albo przeżycie mocnych wrażeń, możecie być zawiedzeni. Niewiele jest tutaj rzeczy, które mają odbiorcę przestraszyć. Ba, w wielu miejscach można się uśmiechnąć lub nawet zaśmiać! Nie znaczy to jednak, że te historie powstały po to, by czytelnik mógł się poczuć dobrze i poprawić sobie nastrój. Wiele z nich zahacza o problemy, z którymi często mierzymy się my sami, choć w innej formie i skali. Nie tylko w komiksach ludzie szukają odpowiedzi na fundamentalne pytania (których prawdopodobnie nigdy nie dostaną), stają bezradni wobec tajemnic natury, lękają się śmierci i samotności, pragną cudzej bliskości i zrozumienia.

Gaiman po prostu mnie przytul

Gaiman powtarza historie, które ludzkość opowiadała od najdawniejszych czasów, wykorzystując do tego dorobek uniwersum DC oraz własne pomysły. Miesza ze sobą mity, motywy, postacie z historii i popkultury, po czym przerabia je na swoją modłę. W efekcie otrzymujemy coś świeżego i unikalnego, coś więcej niż kolejny epizod danej serii. Wydaje mi się, że to charakterystyczna cecha całej jego twórczości, nie tylko opowiadań zebranych w „Dniach pośród nocy”. Jeśli zatem znacie i lubicie styl Gaimana, możecie być spokojni – jest on wyraźnie widoczny w tym albumie. Choć poszczególne opowieści różnią się od siebie (tematycznie, gatunkowo i wizualnie), bez trudu można rozpoznać, kto za nimi stoi.

Dla każdego coś innego

No właśnie: różnorodność. Jak wspomniałam, każda historia jest inna. Wynika to z faktu, że mamy do czynienia ze zbiorem komiksów pochodzących z różnych lat i związanych z odmiennymi uniwersami. Nawet te osadzone w świecie Potwora z Bagien znacząco się od siebie różnią. Nie ma pomiędzy nimi żadnej fabularnej ciągłości ani wspólnego dla wszystkich pięciu opowieści motywu czy bohatera. Podczas gdy jednym ten misz-masz może przeszkadzać, inni dostrzegą w nim zaletę, doceniając zróżnicowanie w zakresie formy, kreski czy miejsca akcji. Z tego samego powodu jest dość prawdopodobne, że pewne opowiadania przypadną Wam do gustu bardziej, a inne mniej.

Osobiście najbardziej zapadły mi w pamięć te najkrótsze, skupione na pojedynczej postaci i jej przemyśleniach: “Jack w zieleni” oraz “Drzewa jak bogowie”. Bardzo pozytywne wrażenie zrobił na mnie również subtelny horror “Przytul mnie”, w czym niemały udział miały klimatyczne rysunki Dave’a McKeana.

Gaiman drzewa jak bogowie

Jak pisałam na początku tego tekstu, w świecie Neila Gaimana jestem gościem dopiero od niedawna. “Dni pośród nocy” poznawałam i oceniałam więc z perspektywy kogoś, komu daleko do eksperta. Tymczasem fani, którzy znają go już całkiem nieźle, mogą być ciekawi zupełnie innych aspektów tego albumu. Zapewne wielu z nich w głowach pytania, na które nie odpowiedziałam w swojej recenzji. Dlatego pozwólcie, że oddam teraz głos naszemu redakcyjnemu koledze. Przed Wami Rankine, który z twórczością autora “Sandmana” i innych klasyków komiksu jest za pan brat. Posłuchajcie, co ma Wam do powiedzenia. W końcu – jak udowadnia sam Gaiman – o tej samej rzeczy można opowiadać na wiele różnych sposobów…

Wyśnione raz jeszcze – początki Gaimana okiem Michała

Ze Snem spotykam się każdego dnia. Niestety, mało z moich widzeń zostaje mi w głowie, dlatego cieszę się, że mogę mieć jeszcze trochę więcej Morfeusza utkanego z pomysłów i tuszu drukarskiego. Nie rozczarowuje nawet fakt,  że naszego Nieskończonego nie ma w każdym umieszczonym w tomie opowiadań. Jeśli jednak nie pojawia się gdzieś bezpośrednio, to z całą pewnością działa zakulisowo. Smaczku całości dodaje fakt, że w „Dniach pośród nocy” zobaczymy wiele innych znajomych twarzy. Kawałka swego życia uchyli przed nami John Constantine, w skomplikowanym świecie będziemy próbowali odnaleźć się wraz z Potworem z Bagien, w okienku przewinie się Prez Rickard, a ja dam głowę, że w pociągu do Londynu widziałem starego znajomego zwanego Zielonym Zakątkiem.  Dobrze ich wszystkich zobaczyć.

Gaiman

Styl i pomysły Gaimana znacznie rozkwitły wraz z biegiem serii o Sandmanie. Sposób prowadzenia historii, jej fenomenalne zakończenie nie były kreowane naprędce, a starannie budowane przez 10 tomów. Jednak już na samym początku przygody z DC Vertigo Gaiman był dobry. Cholernie dobry.  Jednocześnie dobrze nam znany, ale nie oklepany. Od zawsze umiejący porwać nas w swoją opowieść.

„Dni pośród nocy” to po trosze „Noce nieskończone”. Zarówno pod względem różnorodności opowieści, jak i mnogości stylów zaproszonych do współpracy rysowników. Zachwycający Mike Mignola pokazujący, że Hellboy mógłby świetnie współgrać z Morfeuszem. Wielka szkoda, że to jedyna współpraca tych artystów. Bissette, Totleben, Rayner i Hoffman rysujący w moim ukochanym, klasycznym dla mnie komiksowym stylu. Arcydzieła nakreślili jednak Kristiansen i McKean. Naszkicowane przez nich opowiadania to
perfekcyjnie pasująca do uniwersum Sandmana
cegiełka . Wyższy poziom wykonawstwa – jeden cudownie rozmyty, pastelowy i senny. Drugi artystycznie i niepokojąco nabazgrany. Cieszę się, że ujrzałem ich plansze.

Neil Gaiman – Dni pośród nocy

Każda historia opisana w tomie ma w sobie „to coś”. Mniejszego bądź większego. Przemyślenia Potwora z Bagien w „Jacku w zieleni” są jakby komiksową wersją osławionego monologu Roya Batty z „Blade Runnera”. „Bracia” to opowieść o ludziach zagubionych w świecie, własnych głowach, czasie i przestrzeni kosmicznej. „Drzewa jak bogowie” wyjaśniają, albo i nie, że na niektóre pytania nie ma odpowiedzi. „Przytul mnie”  pokazuje, do czego może posunąć się samotny człowiek. „Sandman. Teatr nocy” udowadnia, że to samo imię oznacza coś więcej niż nieuzasadnione obracanie się, gdy myślimy, że ktoś woła za nami na ulicy.

Wspólnym mianownikiem „Dni pośród nocy” jest samotność. Choroba, która może ogarnąć i przeniknąć każdego i wszyscy możemy zobaczyć ją pod inną postacią. Gdyby rodzeństwo Nieskończonych miało jeszcze jedną siostrę, to myślę, że tak właśnie by się nazywała. Samotność. Dla takich przemyśleń warto było zapoznać się z tym komiksem.

Gaiman teatr sandman

To naprawdę już koniec

W ten sposób dotarliśmy do końca naszej wspólnej opowieści o zbiorze wczesnych utworów Gaimana. Jak skromnie przyznaje sam autor, większość z nich powstała w okresie, gdy dopiero “próbował nauczyć się pisać komiksy”. Jest to zatem świetna okazja, by przyjrzeć się temu, jak na przestrzeni lat ewoluował jego styl i jak w każdej z tak różnych przecież opowieści pozostawił swój charakterystyczny ślad. Znajdziemy tutaj i debiutującego 24-latka, i naśladowcę Alana Moore’a, i wreszcie samodzielnego twórcę z okresu początków “Sandmana”. Spotkamy sztandarowych bohaterów DC, a także postaci mniej znane oraz te wykreowane przez Neila. Zaliczymy również przegląd komiksowej kreski, gatunków i stylów opowiadania.

Jeśli to wszystko nie zachęciło Was do sięgnięcia po tę pozycję, to nie wiem, co jeszcze mogę zrobić. A może wcale nie muszę Was przekonywać – dla niektórych samo hasło „Gaiman” będzie wystarczającą zachętą do przeczytania “Dni pośród nocy”. Jakikolwiek byłby powód Waszego zainteresowania, na pewno warto wysłuchać wszystkich jego historii. Czy to za dnia, czy pośród nocy.

1
Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Paweł Nizioł
Gość

Uwielbiam ten moment, w którym dopiero odkrywa się jakiegoś autora. To pełne ekscytacji, czytanie, oglądanie – to jest coś, czego nikt nam nie odbierze 🙂

%d bloggers like this: