Negalyod. O ludziach, maszynach i… dinozaurach | Recenzja

Star Wars, Indiana Jones, Jurassic Park… A co, gdyby to połączyć? Wtedy powstał by coś niezwykłego, na przykład – Negalyod!

Pamiętacie, jak w zeszłym roku Ewa Kopacz opowiadała o świecie, w którym z braku nowoczesnej broni ludzie rzucali kamieniami w dinozaury? Wtedy z pomysłu byłej premier śmiała się cała Polska. Tymczasem kraina, w której ludzie i dinozaury żyli obok siebie, faktycznie kiedyś istniała – tyle, że w wyobraźni Vincenta Perriota, autora komiksu Negalyod.

Dzieło francuskiego rysownika i scenarzysty, wydane u nas w ramach serii “Plansze Europy” wydawnictwa Egmont, skusiło mnie hasłem “postapokaliptyczna dystopia” (zawsze działa) oraz intrygującą okładką. Samotny jeździec na tle pustynnego krajobrazu oraz wiszącego na niebie miasta robi wrażenie i zapowiada wizytę w ciekawym uniwersum. Niewiele myśląc, wraz z głównym bohaterem komiksu wskoczyłam na grzbiet dinozaura i pomknęłam na obiecaną przygodę.

Dinozaurem przez świat

Pierwszym przystankiem w podróży po świecie Perriota jest pustynia. Przemierza ją młody pasterz dinozaurów, Jarri, by dotrzeć na targ nomadów. Niestety, w wyniku nieszczęśliwego wypadku całe jego stado ginie. Winą za to zdarzenie pasterz obarcza zwiadowców z podniebnego miasta, służących tajemniczej i wszechwładnej Sieci. Kierowany pragnieniem zemsty, bohater zbiera pomocników, by wspólnie stawić czoła sztucznej inteligencji.

Podczas jego wyprawy zwiedzamy miejsca, które zapierają dech w piersiach. Chylę czoła przed autorem, który musiał włożyć mnóstwo wyobraźni i wysiłku w zaprojektowanie i narysowanie całego tego świata. Architektura jego uniwersum łączy w sobie tradycję z nowoczesnością, mitologię z technologią, a skala tego projektu robi wrażenie. Pod tym względem Negalyod wielu skojarzy się zapewne z Gwiezdnymi wojnami. Pustynne i miejskie krajobrazy są pełne kolorów i wymyślnych detali, na które bardzo przyjemnie się patrzy. Niektóre ilustracje chciałoby się oprawić w ramkę albo przynajmniej zatrzymać się przy nich na dłużej. Szkoda, że prawdopodobnie nigdy więcej nie odwiedzimy już tego świata – niestety nie doszukałam się informacji o planowanej kontynuacji komiksu. Równie dobrze prezentują się sceny akcji – dynamiczne, żywe, wciągające czytelnika w sam środek wydarzeń. Słowem, cały album jest bardzo dopracowany i satysfakcjonujący wizualnie.

Nieco mniej satysfakcjonująca jest warstwa scenariuszowa. Oto skrzywdzony przez los samotny bohater wyrusza na wojnę z wrogiem większym i silniejszym od siebie. Po drodze spotyka mentora, poznaje kobietę, pokonuje kolejne przeszkody, a w finale dopełnia swojej misji. Skądś to znamy, prawda? Nie jest to żadna rewolucyjna historia, oglądaliśmy i czytaliśmy już takich niemało. Szczęśliwie Jarri nie jest żadnym nadętym wybrańcem z supermocami (nie licząc zdolności rozumienia mowy dinozaurów). To twardy, ale też wrażliwy chłopak, który swoje przeszedł; nie jest idealny, tylko ludzki i może właśnie dlatego da się go polubić. Samo zakończenie również nie jest aż tak oczywiste, jak kazałby przewidywać schemat, choć pewnie nie wszystkich zadowoli kierunek wybrany przez autora.

Kobieta mnie bije, czyli o Korienze słów kilka

Choć najważniejszą postacią w komiksie jest Jarri i to z jego perspektywy śledzimy kolejne zdarzenia, warto wspomnieć także o jego towarzyszce podróży, Korienze. Przyznam, że mam do tej bohaterki i jej roli w całej historii ambiwalentny stosunek. Z jednej strony cieszę się, że choć relacja między nią a Jarrim zaczęła się bardzo stereotypowo, autor nie trzymał się kurczowo utartego schematu. Bo chyba dla nikogo nie będzie wielkim zaskoczeniem, jeśli zdradzę, że w pewnym momencie między tą dwójką dochodzi do zbliżenia. W końcu, jeśli na drodze męskiego protagonisty pojawia się kobieta, to najczęściej po to, by mógł się między nimi narodzić romans…

Nie inaczej jest w tym przypadku. Gdy przed ważną misją Jarri i Korienze zostają z sobą sam na sam, scenarzysta postanawia skorzystać z okazji, by wreszcie ich połączyć. Dalszy rozwój wypadków jest jednak mniej przewidywalny. Korienze nie jest bowiem typem wymagającej ratunku księżniczki, tylko raczej wojowniczki, która lubi brać sprawy we własne ręce. Jest wykształcona, silna, pewna siebie i nie lubi, kiedy się jej sprzeciwia, o czym dość boleśnie przekonuje się sam Jarri.

Choć osobiście lubię takie wyemancypowane bohaterki, trudno było mi niestety sympatyzować z Korienze. Towarzyszka Jarriego jest postacią, którą definiuje przede wszystkim jej misja i upór, z jakim dąży do jej realizacji. Poza tym jest raczej nudna i “bezpłciowa”. Za mało poznajemy ją jako jednostkę z własną historią i słabościami. To chyba jednak problem większości bohaterów tego komiksu, nie tylko Korienze. Mam wrażenie, że postaci w Negalyod są raczej siłą napędową fabuły niż samodzielnymi bytami, których losem moglibyśmy się głęboko przejąć. Ważniejsza od nich wydaje się sama przygoda, w jakiej biorą udział, historia, którą autor ma do opowiedzenia i przekaz, jaki ze sobą niesie. 

Aleternatywnie, ale aktualnie

Postawa Korienze to niejedyny “feministyczny” akcent w komiksie Perriota. Są one widoczne także w tle. Kobietom z tego uniwersum nieobce są stereotypowo męskie role: matka Jarriego była w wojsku, z kolei Korienze studiowała inżynierię. Co więcej, funkcje sprawowane przez żeńskie bohaterki są opisywane za pomocą feminatywów. W mieście ponad pustynią żyją m.in. generalie, żołnierki, inżynierki i geografki. Jednych takie nazewnictwo pozytywnie zaskoczy, innych pewnie będzie irytować. Tak czy inaczej, uważam ten fakt za wart odnotowania – Negalyod, a przynajmniej jego polski przekład, jest chyba pierwszym komiksem, w którym zetknęłam się z takim zabiegiem.

Innym aktualnie dyskutowanym tematem, który mocno zaznacza się w tej graficznej opowieści, jest kwestia zmian klimatycznych. W końcu akcja komiksu toczy się – zgodnie z opisem wydawcy – na “planecie, która uległa ekstremalnemu efektowi cieplarnianemu”. Ziemia stała się jedną wielką pustynią, a kontrolę nad zasobami wody i pogodą powierzono bezwzględnej Sieci. Ci, którzy się jej podporządkowali, żyją w podniebnych miastach. Z kolei ludziom, którzy pozostali “na dole”, nie jest łatwo żyć w takich warunkach. Zanikające wiatry, częste susze i wypadki podczas eksperymentów klimatycznych sprawiają, że niektórzy – tak jak Jarri – mają dość. Można przypuszczać, że w ten sposób autor chciał dać wyraz obawom naukowców i aktywistów, zaniepokojonych kierunkiem zachodzących zmian.

Negalyod porusza także nie mniej aktualny wątek manipulacji ludźmi przez rządzących. Wielki Kam, duchowy przywódca mieszkańców jednej z naziemnych osad, wykorzystuje swój autorytet, by fałszywym proroctwem wzbudzić w innych wolę walki. Jego kłamstwo demaskuje dopiero Jarri. Inny przywódca, czyli Sieć, twierdzi, że kieruje się wyższym dobrem, jakim jest ocalenie resztek przyrody przed destrukcyjną działalnością człowieka. Z tego tytułu sprawuje władzę absolutną i surowo karze wszelkie przejawy buntu. Ale czy aby na pewno robi to z troski o środowisko…?

Negalyod – fajna przygoda z niewykorzystanym potencjałem

Świetne ilustracje, rozbudowany świat i rozmach tej graficznej opowieści to niewątpliwe zalety komiksu Perriota. Mimo to nie mogę mu wystawić najwyższej możliwej noty. Zabrakło mi w nim tego czegoś, co trzyma człowieka w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, co każe cieszyć się z sukcesu bohaterów i współczuć im porażek. Szkoda mi również tego oryginalnego świata, jaki zbudował autor, a którego prawdopodobnie już więcej nie zobaczymy. Dla mnie te dwieście parę stron to stanowczo za mało, by móc w pełni zanurzyć się w historii Jarriego i zapamiętać ją na dłużej. 

Niemniej jednak Negalyod to wciąż dobre źródło rozrywki i refleksji, solidne dzieło zdolnego rzemieślnika o bogatej wyobraźni. Myślę, że przypadnie do gustu wszystkim estetom, fanom historii z gatunku nowej przygody i miłośnikom dinozaurów, bo tych jest tutaj od groma. Nie poleciłabym jednak tego komiksu denialistom zmian klimatycznych, zwolennikom klasycznego romansu ani bardzo młodym (lub bardzo wrażliwym) czytelnikom. Co prawda scen drastycznych lub takich “dla dorosłych” nie ma tutaj zbyt wielu, ale jednak się zdarzają, więc żeby nie było, że nie uprzedzałam…

Jeśli zatem wychowaliście się na Gwiezdnych wojnach, Indianie Jonesie czy Parku jurajskim, a motyw buntu ludzi przeciw maszynom jeszcze wam się nie znudził, sięgnijcie po Negalyod. Warto.

Nie zapomnijcie również odwiedzić nas na naszym fanpage’u – Leniwa Popkultura. Sprawdźcie też inne francuskie komiksy, które pojawiły się na stronie!

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments