My Hero Academia – podręcznikowy przykład nowoczesnych shōnenów

Nie wypada zacząć tego tekstu inaczej, aniżeli od tego, czym właściwie tytułowy shōnen jest, w kontekście My Hero Academia. Jak mówi wikipedia, pod tym hasłem kryje się każda seria przeznaczona dla nastoletnich chłopców (sam termin „shōnen” oznacza w języku japońskim chłopca). Mangi te charakteryzują się przykuciem dużej wagi do walk, silnych bohaterów i szeroko pojętej pozytywnej rozwałki. Nie pomylę się wiele, jeśli napiszę, iż jest to prawdopodobnie typ mang, które sumarycznie notują najlepszą sprzedaż. Nie ma w tym nic dziwnego, albowiem wiele tytułów skojarzą nawet osoby, które z japońską kulturą nie mają styczności.

Jest to jednak pojęcie na tyle szerokie, że spróbuję je podzielić.

Choć nie jest to oficjalnie przyjęty podział, to jednak wydaje mi się, że każdy obcując z anime przeznaczonymi dla nastoletnich chłopaków, zauważy pewną tendencję. Na przestrzeni historii, możemy wyróżnić trzy grupy shōnenów. Staroszkolne, nowo-szkolne oraz te, które poprzez swoją długość obejmują oba te obszary. Na potrzeby tego tekstu pozwolę sobie zdefiniować pojęcia „starej szkoły” i „nowej szkoły” w kontekście produkcji przeznaczonych dla wyżej wspomnianej grupy wiekowej. I raz jeszcze podkreślę, nie traktujcie tego jako naukowej prawdy – ma to posłużyć jedynie ułatwieniu poruszania się w tym tekście.

Old school

Tak więc staroszkolne, w rozumieniu autora tekstu, oznaczają wszystkie te, które budowane są na jednym schemacie i nie wychodzą poza sferę komfortu określoną właśnie przez ów plan. Zazwyczaj opierają się na zarysie: silny bohater spotyka silniejszego przeciwnika, trenuje, pokonuje go, spotyka kolejnego – jeszcze potężniejszego, znów trenuje, radzi sobie i z tym, a potem schemat się zapętla. Jak długo? Zależy od długości trwania serii, która to z kolei zależna jest od tego, jak dobrze jest przyjmowana. Przykłady, jak mniemam, same jawią Wam się w głowie. Najprostszym będzie chyba Dragon Ball, który jest obrazem takiego właśnie schematu.

New school

To teraz, jak to jest z tymi nowoczesnymi? Fundament pozostaje taki sam jak niegdyś, bo tylko dzięki temu całość może być trwała. Godne uwagi jest to, że rozwija się wszystko inne. Struktura się zmienia, a sfera komfortu jest coraz bardziej zacierana. Dochodzi do tego, że niekiedy wyjątkowo ciężko jednoznacznie określić daną serię jako shōnen (patrz: Dr. Stone, The Promised Neverland). Autorzy śmielej zahaczają o inne aspekty i podbierają ciekawe pomysły z serii dla innych grup docelowych. Powstają w ten sposób niewątpliwie ciekawe i ambitne fuzje. Czy jest w tym coś złego? Zupełnie nie – ewolucja jest wskazana, bo ile można katować wspomnianego już wcześniej Dragon Balla?

Middle school

No i mamy jeszcze te słynne tasiemce, które przez to, jak długo wychodzą/wychodziły, rozwijają się wraz z gatunkiem. Nie chcę się tu za długo rozwodzić, bo najłatwiej napisać, iż wraz z ogólnym zacieraniem granic gatunku, w tych poszczególnych seriach też były zacierane. Najprostsze przykłady to chyba Naruto i oczywiście One Piece. Porównajcie sami to, jakim schematem charakteryzowały się na początku, a jak głębokie i wielowymiarowe były i są teraz (z wyjątkami – tak, Boruto, mówię o Tobie).

Przepis na świeżość

Jeśli już wyjaśniliśmy sobie podstawowe pojęcia, możemy przejść do clou tekstu. Ewolucja jest dobra, a jeszcze smaczniejsze jej owoce możemy zbierać, gdy zostaje zawczasu dokładnie przemyślana, zaplanowana i według tego zrealizowana. Przykładem takiego działania jest bez dwóch zdań manga My Hero Academia. Komiks, za którego stworzeniem stoi Kouhei Horikoshi, zadebiutował na rynku w 2014 roku. I od tamtego momentu nieprzerwanie rozwija swoją popularność, docierając do kolejnych odbiorców. Ogromna w tym zasługa świetnej ekranizacji. Pierwszy sezon anime oceniany został przez ponad 700 tysięcy użytkowników MyAnimeList na 8.40. Imponująca średnia, biorąc pod uwagę liczbę oddanych głosów.

Wiele osób może zastanawiać geneza fenomenu tego dzieła. Na pierwszy rzut oka jest to przecież seria jak wiele innych. Gdyby ktoś zapytał mnie o motyw przewodni „od zera do bohatera”, to jednym z pierwszych przykładów byłby Izuku z My Hero Academia. Jest to aspekt do bólu generyczny, gdy mówimy o shōnenach. A jednak właśnie ten tytuł potrafi się wybić ponad resztę. Odważnie wypina klatkę i wychodzi przed szereg, gdy ktoś poszukuje czegoś więcej, niż klasyczne anime dla nastoletniego odbiorcy. Stoi za tym kilka elementów, które postaram się Wam przedstawić.

Szczypta charakteru

Pierwszym, niezwykle istotnym dla sukcesu, jest wielowymiarowość charakterów postaci. Jedną z największych wad starszych shōnenów był fakt, iż w opozycji do dzisiejszych, bohaterowie byli do bólu zwyczajni i przewidywalni. Protagonistom zazwyczaj przewodziły tak samo szczytne, jak i jednocześnie banalne priorytety – chronić świat oraz stawać się silniejszym. Antagoniści przeważnie chcieli ów świat pokonać, tudzież zawładnąć nim (z powodów znanych tylko sobie, których wytłumaczenie zastępowano złowieszczym śmiechem). A teraz zestawmy to ze Stainem z My Hero Academia. Różnica jawi się od razu! Złoczyńca ten pojawił się już w 5. tomie, co było dla mnie zapalnikiem dla płomiennego dziś zainteresowania tą serią. Serio, dawno nie widziałem tak świetnie wykreowanego antagonisty – z tak genialnie zarysowanym motywem.

Dokładnie wymieszać

Drugim, wartym odnotowania, jest implementacja większej liczby elementów, zapożyczonych z innych gatunków. Dla przykładu, kolosalną, wręcz przewodnią rolę odgrywa w tej serii wątek szkolny. Dużym problemem shōnenów była trudność z utożsamianiem. Bohaterowie tego typu mang bywali często przekoloryzowani. Wszystko było duże i nienaturalne – ogromne roboty, wielkie mięśnie i potężny burdel po każdym pojedynku. Choć pokolenie do lat 90. potrafiło sobie z tym radzić, to dziś rozwój wyobraźni jest wyraźnie słabszy i dla utożsamienia potrzeba ułatwień. Kiedyś ciężko było o pierwiastek podobieństwa do nas samych, dziś drogi ku temu szuka się w różnych aspektach. Tak działa właśnie motyw szkoły w Boku no Hero Academia. Większość nastolatków do niej uczęszcza i choć lekcje wyglądają odrobinę inaczej, to jednak podstawa jawi się bardzo podobnie.

Odpowiednie proporcje

Kolejnym znaczącym elementem jest umiejętne balansowanie na granicy aspektów, które pozwalają danej serii zaliczyć się do shōnenów. Zauważcie, że choć główni bohaterowie rozwijają się w podobnym schemacie do klasycznych (tj. zbyt silny przeciwnik, trening, przeciwnik pokonany), to jednak nie jest to tak ofensywne. Może wynika to z ogromnej kreatywności Pana Horikoshiego pod względem różnorakich rodzajów progresu bohaterów. Nie jest to przecież zwyczajny, klasyczny trening i przerobiony na miliony sposobów motyw walki samego z sobą. Jasne, można gdzieniegdzie zauważyć, że postaci walczą ze swoimi słabościami, ale zawsze ma to tak świetnie opracowane tło, że zupełnie nie męczy. Mamy turnieje, sprawdziany, rywalizację – która przecież funkcjonuje w każdej normalnej klasie. Czytałem swego czasu, że najciekawszy w Naruto był arc fabularny z egzaminem na Chunnina. Tutaj mamy rozwinięcie tego schematu na przestrzeni całej mangi – genialnie!

Przyprawy mają znaczenie!

Ostatnim, ale wcale nie ważniejszym od pozostałych, jest aspekt rozwoju gromady bohaterów. Autor ma świetną zdolność do rozdzielenia swojej uwagi pomiędzy wiele postaci. Choć młodych adeptów bohaterstwa jest tak wielu, to każdy czytelnik mangi będzie w stanie sporo powiedzieć o wszystkich z osobna. Znacznie więcej niż tylko nakreślić jego dar oraz nazwisko. Problemem wielu serii jest to, że przesyt uczestników akcji powoduje spychanie mniejszych na drugi, a czasem nawet trzeci tor. Kończy się to tym, że występują bohaterowie, którzy nigdy nie otrzymują należytej im uwagi. Przede wszystkim, łatwo się w ten sposób do danej mangi zrazić, bo przecież czym stoi dobra marka, jak nie świetnymi przedstawicielami?!

Idealny shōnen? Do stołu podano!

Wydaje mi się, że tutaj możemy skończyć. Przedstawiłem cztery, w pełni subiektywne elementy, które wpłynęły na sukces My Hero Academia. Aspekty, które pozwalają zaliczyć tytuł do tych nowoczesnych shōnenów – rozwiniętych względem pierwotnych. Oczywiście, jest ich prawdopodobnie kilkukrotnie więcej i kwestią osobistą jest to, które mają największy wpływ. Jedno trzeba jednak stwierdzić – My Hero Academia to, bezsprzecznie, idealny obraz tego, jak wyglądają dzisiaj anime kierowane dla nastoletnich chłopców i jak wiele aspektów potrafią poruszyć. Kiedyś, na jednym z kursów piłkarskich, w których brałem udział, niezwykle doświadczony trener powiedział jedno zdanie, które idealnie opisało, to jak dzisiaj wygląda piłka nożna. Rzekł, iż dyscyplina ta się nie zmienia, a rozwija. Ciężko nie odnieść tego także do mangi, ponieważ ta gałąź popkultury też stale ewoluuje. Wymagania czytelników rosną z każdym przeczytanym tytułem, a artyści muszą temu sprostać. I patrząc na takie tytuły, jak ten, którym się zająłem, sztuka ta wychodzi im bardzo dobrze.

Korzystając ze sposobności, zapraszam Was także na nasz fanpage na Facebooku. Znajdziecie tam zdecydowanie więcej przykładów serii, z którymi warto się zapoznać. Co najmniej kilka razy w tygodniu pojawiają się tam nasze wrażenia z najciekawszych dzieł japońskiej popkultury.

Konkludując, jeśli szukacie czegoś, co niewątpliwie pozwoli Wam na poczucie tego samego, co dawały kultowe już shōneny, a jednocześnie poszukujecie czegoś więcej, to My Hero Academia będzie idealnym wyborem. Wszechobecny zachwyt jest w pełni zasłużony, manga z pewnością stale się rozwija, a już w październiku zadebiutuje 4. sezon anime, który zapowiada się wprost wyśmienicie i, jestem przekonany, wypadnie co najmniej tak dobrze, jak poprzednie! Na zakończenie krzyknijmy razem: PLUS ULTRA!

4
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
irytujący ignorant w skrócie IIKajtiiRuqerRecent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ruqer
Gość
Ruqer

Niezbyt się zgadzam z całym tekstem. Cóż równie dobrze można napisać taki tekst o każdym anime, same superlatywy itd. Irytującym też jest fakt stawiania Dragon Balla najniższe jak się da – pamiętajmy to to właśnie ten tytuł stworzył rewolucję w gatunku shonen, to praktycznie on zapoczątkował i spopularyzował cały gatunek „bitewniaków”. Sam motyw przemiany i wewnętrznych rozterek Vegety jest bardziej głebszy niż większość rzeczy ze współczesnych shonenów. Ale wróćmy do tekstu. Dla mnie boku no hero to porządny tytuł, który daje masę frajdy, ma bardzo mało tragicznych aspektów (jeżeli w ogóle je ma), ale niestety nie ma też tych niesamowitych aspektów. To solidny tytuł i niestety nic więcej. Mało który fragment zapadł mi w pamięć. Szczególnie chodzi o walki – gdzie… Czytaj więcej »

Ruqer
Gość
Ruqer

Ah, niestety nie mam dostępu do komputera przez najbliższe dni, a wersja na telefon nie pozwala mi odpowiedzieć bezpośrednio na Twój post, dlatego wrzucam osobno 🙁 Masz trochę racji – mój komentarz też można odebrać dość pogardliwie, więc sypię głowę popiołem. Ostatnio zbyt często widzi się „znafców”, którzy w sumie nawet nie oglądali lub nie próbowali obejrzeć starszych shonenow, bo przecież na jakiejś stronie powiedzieli, że to tzw. Syf. Stąd mogła wziąć się moja postawa bardziej agresywno-defensywna. Także z góry przepraszam :p Turniej był w one piece, w dodatku na zasadach battle royale, gdzie Luffy walczył jako Luccy. W FMA fakt, nie było czegoś takiego, tam fabuła twardo stąpała po ziemi i od początku do końca dotyczyła kamienia powiązanego z 7 grzechami. Można powiedzieć, że anime ma jeden duży… Czytaj więcej »

irytujący ignorant w skrócie II
Gość
irytujący ignorant w skrócie II

Z jakiegoś powodu przycisk odpowiedz nie chce zadziałać, więc wyślę jako osobny komentarz. Nie na temat tekstu – uważam że jest ok – tylko na temat rzuconego na boku zdania w komentarzu. Kolega @Ruqer napisał, że Dragon Ball zapoczątkował i spopularyzował bitewniaki jako gatunek. Z zapoczątkowaniem nie można się zgodzić. Przed Dragon Ballem w tym samym magazynie były przecież takie mangi jak Kinnikuman oraz Fist of the North Star. Dodatkowo Dragon Ball w początkowej fazie nie był nawet tak skupiony na walkach, bo zaczęło się od poszukiwań przez Bulmę i młodego Goku smoczych kul i klimat był wtedy bardziej przygodowy. Wiele schematów utartych w gatunku było wprowadzonych już w wyżej wymienionych mangach (oraz choćby w Saint Seiya), więc trzymałbym się daleko od stwierdzenia, że zawdzięczamy je Dragon Ballowi. A jeśli spojrzeć na późniejsze czasy,… Czytaj więcej »