Moon Knight | Takich dwóch, jak ich czterech, nie ma ani jednego | Recenzja

Słyszeliście kiedyś historię Billy’ego Milligana? Mężczyzna cierpiał na bardzo nietypowe i charakterystyczne schorzenie, które profesjonalnie nazywa się „osobowością wieloraką”. Ludzie, u których zdiagnozowano ów problem, posiadają kilka oblicz/postaci – często niezależnych od siebie. Czterdziestoletni facet może nierzadko zachowywać się jak 10-letnia kobieta i tak też się czuć. Przytoczony przeze mnie na początku przypadek jest prawdopodobnie najbardziej znanym. Przestępca (bo niestety niektóre z jego osobowości dopuszczały się czynów zbrodniczych) „posiadał w sobie” aż 24 różne osobowości. Skąd takie informacje na wstępie? Na podobną chorobę cierpi nasz tytułowy bohater, Moon Knight i wiedza ta jest niezbędna, aby zrozumieć fundamenty tegoż komiksu. 

Seria „Moon Knight”, którą wydano w ramach Marvel Now, była dobra. Wszystkie tomy czytało się ciekawie, ale mimo tego czegoś mi brakowało. Pierwszy z nich był świetnym wprowadzeniem, ale przy pozostałych czułem, jakby poziom cały czas spadał. Szkoda, naprawdę lubię tego bohatera. Jest inny, nietypowy i zdecydowanie głębszy niż wielu pozostałych. Z tego też powodu bardzo cieszę się, że Egmont zdecydował się na wydanie powieści graficznej napisanej przez Lemire’a. Okazało się, że jest to dokładnie taka historia, jakiej brakowało mi od ubiegłego roku, gdy nakładem tego samego wydawnictwa wypuszczono na nasz rynek Visiona od Kinga

W bardzo dobrym labiryncie 

Pierwsze kroki, które stawiałem, gdy czytałem komiks, były bardzo niepewne. Czułem się, jakbym błądził po omacku, czasem wiedziony za rękę, żeby zaraz znów zostać pchniętym i pozostawionym samemu sobie. Jestem pewien, że osoby, które nie miały wcześniej styczności z Moon Knightem, mogą odnieść jeszcze cięższe wrażenie. Prawdopodobnie poczują się, jakby wrzucono ich do labiryntu, gdzie w gruncie rzeczy wszystkie drogi prowadzą do wyjścia, ale jednocześnie muszą dostać się doń każdą w tym samym momencie. Odnalezienie się w tym może być trudne, ale zdecydowanie warto, albowiem całkiem szybko zaczyna się nieco rozjaśniać. 

I nie zrozumcie mnie źle, bo „nieco” jest tu słowem kluczowym. Na początku poznajemy Marca Spectora, pacjenta zakładu psychiatrycznego, który albo ubzdurał sobie, że widzi więcej niż inni, albo rzeczywiście taką zdolność posiada. Ciężko to jednoznacznie stwierdzić i w zasadzie budowa komiksu oraz sam ciąg fabuły sprawiają, że nawet po lekturze nie można jednoznacznie osądzić jego stanu psychicznego. Na pewno nie jest przeciętny. Po kilkunastu kartkach poznajemy inne wcielenia naszej postaci: Stevena Granta, Jake’a Lockley’a i Moon Knighta.

Każdy inny, a jednak taki sam

Marc to chora osoba, której zdaje się, że jest kimś więcej, Steven jest znanym i niezwykle popularnym aktorem, Jake to jeden z ostatnich ocalałych ludzi, którzy w bazie na Księżycu mierzą się z obcą rasą, a Moon Knight to bohater stawiający czoła złu. Wszyscy prowadzą swoje życie, mają zupełnie różny charakter i inne priorytety, a jednak okazują się jedną i tą samą osobą. To właśnie stanowi fundament rzeczonej historii oraz nadaje jej głębi, której często próżno szukać w innych opowieściach o superbohaterach. 

Właściwie motyw superhero zdaje się tu wyłącznie tłem dla wydarzeń, które mają miejsce w głowie głównej postaci. I świetnie! Sprawia to, że Moon Knight przestaje być zwyczajnym, podobnym do wielu innych, przedstawieniem osoby, która staje się ponadprzeciętną jednostką i ratuje świat. Mamy bowiem do czynienia z kimś, kogo wielu mogłoby uznać wręcz za wybrakowanego (co stanowi, swoją drogą, niezły paradoks) i upośledzonego. Genialnie wypada to w kontekście tego, że właściwie znajduje się w panteonie jednostek, które są niekiedy uważane za wyidealizowane. 

Panie Lemire, wow! 

Lekturę skończyłem późnym wieczorem, leżąc w łóżku. I przyznam, że proces zasypiania zajął mi więcej czasu, niż ma to miejsce zazwyczaj. Długo trawiłem to, co właściwie scenarzysta postanowił przekazać nam w historii. Odnoszę wrażenie, że chodziło o jak najlepsze przedstawienie problemów osób z zaburzeniami osobowości. Dostaliśmy psychologiczną wiwisekcję ludzi cierpiących na taką przypadłość i to w sposób wyjątkowo głęboki, jeśli chodzi o odkrywanie zakamarków sfer mentalnych. 

Twórcy popkulturowi coraz częściej starają się poruszać tematy trudne i tabu poprzez swoje dzieła. Pojawiają się kolejni bohaterowie homoseksualni, niepełnosprawni i z trudnych, rozbitych rodzin. Od lat 60., gdy wrzucono pierwszego „nieidealnego” bohatera, a więc Spider-Mana, odnotować można ogromny postęp w tym zakresie. Lemire wszedł jednak na zupełnie nowy poziom. 

Wizualny majstersztyk 

Nad tym, jak wysoki poziom prezentował scenarzysta, rozpływałem się przez większość tekstu, ale nie mogę pozostawić bez słowa pracy, jaką wykonał Greg Smallwood. Komiks wygląda po prostu pięknie. Wszystko utrzymane jest w onirycznych klimatach i sprawia, że czytelnik zanurza się w umyśle bohatera razem z nim samym. Historia wydaje się jak za mgłą, a my wręcz lecimy. Znacie to uczucie, gdy podczas snu unosicie się nad światem? Ten typ artyzmu wywołuje podobne wrażenia w głowach obcujących z dziełem.

Genialnie współgra to z typem historii i potęguje fabułę. Pokuszę się o odważne stwierdzenie, że bez tak pięknej warstwy wizualnej, komiks nie cieszyłby się podobnie pozytywnym odbiorem. Synergia pracy obu Panów to coś, co sprawiło, że Moon Knight został przyjęty tak dobrze. Czy bez takich rysunków historia byłaby zła? Bynajmniej, ale na pewno nie byłaby tym, czym jest. Tu dostajemy najwyższy poziom jakości, jest świetnie! Spójrzcie tylko na przykładowe plansze, które przeplatają recenzję, a sami zrozumiecie. 

Księżycowy Rycerz

Reasumując, jeśli chcecie dowiedzieć się bliżej, kim jest Marc Spector, jeden z najbardziej enigmatycznych bohaterów Marvela, to najnowsze wydanie od Wydawnictwa Egmont świetnie Wam o tym opowie. Jeżeli chcecie czegoś głębszego, co wciąż utrzymane będzie w tematyce super herosów, bierzcie koniecznie. No i w końcu, jeśli czytacie tę recenzję, bo szukacie dobrego komiksu, to możecie skończyć lekturę. Znaleźliście to, czego szukacie. Moon Knight to przeprawa zawiła, ale warta, by stawić jej czoła. Dotychczasowa, moja osobista czołówka roku.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments