Uciekając od rzeczywistości z Mister Miracle | Recenzja

Tło Mister Miracle

“Mister Miracle” Toma Kinga, to nie jest łatwa lektura. Uznałbym go nawet za jeden z bardziej wymagających komiksów, jakie czytałem w ostatnim okresie. Mieszający się sen i jawa, śmierć i życie, pokój i konflikt, ucieczka i stawianie czoła przeciwnościom, miłość i nienawiść. Wiele tutaj motywów, poprzez które autor sięga głęboko w psychikę bohaterów, a szczególnie kryjące się gdzieś w jej mrocznych odmętach traumy. Scenarzysta nie oszczędza swoich protagonistów – robiąc im kompletną wiwisekcję. Metaforycznie rozpłatawszy czaszkę tytułowego bohatera, zagląda co kryje się pod maskami przez niego przyjmowanymi. Poznajcie więc króla ekstremalnego eskapizmu: Scotta Free.

Ewangelia Nowej Genezy

Punktem wyjścia do całej opowieści jest historia stworzona jeszcze przez samego Jacka Kirby’ego. Oto rodzą się Nowi Bogowie z popiołów starej cywilizacji. Okupująca tak zwany Czwarty Świat rasa humanoidalnych istot o nadnaturalnych zdolnościach. Zamknięci w cyklu wiecznej śmierci, po której przychodzi odrodzenie i niekończącym się konflikcie. Wojnie dobra oraz sprawiedliwości ze złem i zniewoleniem. W tej iteracji to kolejno Nowa Geneza, na której czele stoi Wielki Ojciec, a po drugiej stronie barykady – Apokalips z nikczemnym Darkseidem. Celem tego ostatniego jest odnalezienie Formuły Antyżycia i kontrolowanie za jej pomocą wszystkich rozumnych istot we Wszechświecie.

Straszliwa konfrontacja pochłania miliony istot i nic nie zapowiada, by miała się kiedykolwiek zakończyć. Straty po obu stronach tylko nieustannie rosną, a kolejne ziemie zostają bezpardonowo spustoszone. Finału hekatomby jednak nie potrafi dostrzec nikt… do czasu. W końcu pojawia się propozycja rozejmu. Oto Wszech Ojciec i Darkseid wymienią się swoimi synami, by przypieczętować kruche zawieszenie broni. Tym sposobem książę Nowej Genezy zostanie oddany na wychowanie w kazamatach Apokalips, pod czujnym okiem okrutnej Babci Samo Dobro, a dziedzic tyrana zyska ciepły dom, wypełniony rodzicielską miłością.

Darkseid Jest

Istotnie “Mister Miracle” jest opowieścią o konflikcie, ale nie w sensie fizycznego starcia dwóch przeciwstawnych sił. Właściwa historia została bowiem umieszczona wiele lat po tym, jak Scottowi udało się uciec z Apokalips. W międzyczasie zdążył zrobić karierę w show-biznesie swoimi zdolnościami uciekania z najbardziej wymyślnych pułapek. Pojednać się z Nową Genezą i wziąć udział w kampaniach przeciwko Darkseidowi, a także założyć rodzinę.

Wydawałoby się, że wszystko toczy się dla niego w jak najlepszym porządku. Sukces, popularność i kochająca małżonka. Jednak w obliczu lat spędzonych na “wychowaniu” u Babci Samo Dobro zdążyły odcisnąć na nim niezmywalne piętno. Niegasnąca chęć ucieczki to właśnie efekt licznych traumatycznych przeżyć. Tortury, mordercza praca i zabójcze treningi – dni spędzone bez wytchnienia i chwili przerwy. Nieustanne otoczenie przemocy, gdzie budził się i zasypiał przy jękach oraz potępieńczych krzykach. Nawet po dekadach poza Apokalips – Scott wciąż ucieka. Szuka ścieżki, która pozwoli mu wyrwać się z blizn pokrywających jego psychikę.

Ostatnia sztuczka Mister Miracle

Przez to właśnie, aż do końca komiksu nie wiemy, czy mamy do czynienia ze snem chorego człowieka, czy jawą. Wiele elementów tworzących ten komiks kontrastuje ze sobą lub wręcz stoi w kompletnej opozycji. Co więcej, zachowanie postaci zahacza o groteskę i absurd: mamy tutaj np. sąd nad bohaterem w jego własnym salonie, a także Darkseida jedzącego marcheweczkę z dipem. Im dalej w komiks, tym bardziej zaczynamy kwestionować poczytalność Mistera Miracle. Historia jest opowiadana z perspektywy właśnie Scotta Free, co czyni go narratorem, do którego nie możemy mieć zaufania. Rzeczywistość wykrzywiona zostaje przez pryzmat krzywd, poczucia porzucenia i tlącego się w nim gniewu.

Podobny zabieg zastosował Jeff Lemire w swoim runie Moon Knighta. Jest to styl narracji, który do mnie bardzo trafia. Jako czytelnik instynktownie zaczynam szukać podpowiedzi, jakich mógł pozostawić nam autor. Musimy w takich przypadkach składać sami te puzzle z rozrzuconych kawałków. Przy okazji zostawiając nam masę miejsca na to, by robić to przez pryzmat własnych interpretacji. Zależnie od spojrzenia na pełnię opowieści to, co z niej wyciągniemy, będzie rozciągać się gdzieś między:

a) człowiekiem walczącym z traumami i powoli radzącym sobie coraz lepiej z opanowaniem swojej psychiki

b) lub pogrążającym się w coraz głębszej fantazji i oderwaniu od rzeczywistości, który ucieka w wytworzony przez chory umysł wizji lepszego świata.

W rękach czytelnika pozostaje więc próba odpowiedzenia, która z interpretacji jest mu bliższa i gdzie może leżeć prawda.

Historia Małżeńska

Nie wszystko w komiksie jest ponure i depresyjne. Mister Miracle ma jedną rzecz, która zawsze stanowiła latarnię w mrokach egzystencjalnego kryzysu. Oczywiście tą rzeczą jest jego związek z miłością życia i małżonką: Big Bardą. W tej historii nie jest inaczej i pośród wojny, śmierci oraz kolejnych kłód pod nogami Scotta, to wsparcie z jej strony pcha go do przodu. Nie pozwala mu upaść, wspierając męża w jego sukcesach, a może i przede wszystkim chwilach słabości. Jest jedna myśl, która uderzyła mnie po lekturze komiksu. Odniosłem wrażenie, że mimo tych wszystkich absurdów, dziwności i poczucia oniryczności wydarzeń, to wciąż Big Barda i uczucie, którym siebie darzą, były szczere oraz prawdziwe. Jak nić łącząca Scotta z rzeczywistością.

Ich relacja, to jedna z największych zalet historii opowiadanej przez Toma Kinga. Różnice w charakterach oraz pysznie podanej chemii między bohaterami są czystą przyjemnością w odbiorze. Czułe dopiekanie sobie ma tę nutę miłości i wzajemnego szacunku. Nawet jeżeli już na samym początku jest jasno stawiane, kto w tym związku ma spodnie i potrafi potrząsnąć małżonkiem w odpowiednich momentach. Albo przeciwnikami, którzy staną jej na drodze. Jak prawdziwa lwica będzie bronić swoich najbliższych, jeżeli tego wymaga sytuacja. Jednocześnie sama targa na barkach własne traumy, które współdzieli ze Scottem. Oboje w końcu zostali wychowani na Apokalips przez Babcię i tam po raz pierwszy się spotkali. Nie ma bardziej romantycznego miejsca na zakochanie się w sobie niż piekielne otchłanie w samym centrum imperium Darkseida.

Funky Flashman prezentuje

Zanim przejdziemy do chwalenia oprawy wizualnej (a jest za co!), to chciałem wpierw parę słów powiedzieć o polskim wydaniu. Odpowiada za nie wydawnictwo Egmont i składa się z jednego tomu, który zbiera wszystkie rozdziały runu Toma Kinga. Oprawiony w grubą, twardą, solidnie wykonaną okładkę. Jest ona całkowicie czarna – poza odniesieniami do cyklu DC Deluxe, pod którego flagą znajduje się Mister Miracle. Aby nadać nieco kolorytu z zewnątrz, dołączono obwolutę, prezentującą jeden z wariantów okładek tej serii. Papier w środku również wydaje się porządnej jakości, a druk jest wyraźny i pozbawiony niepożądanych baboli. Nie mam też zastrzeżeń do tłumaczenia, choć początkowo nieco rozbawiło mnie przełożenie Granny Goodness na Babcię Samo Dobro.

Show must go on

Strona wizualna, za którą odpowiada w całości Mitch Gerads, także stanowi ciekawą propozycję. Przede wszystkim mocno nawiązując układem kadrów do rysunków Dave Gibbonsa z moorowskich “Strażników”. Strony podzielone są na prostokąty w układzie 3×3, czasem tylko przerywane czymś, co dla większego wydźwięku i zwrócenia uwagi zajmuje całą stronę. Innym charakterystycznym elementem jest korzystanie z efektów “telewizyjnych zakłóceń” i artefaktów. Odnosząc się tym samym do profesji Mister Miracle i nie dając nam uciec (pun intended) od ciągłego kwestionowania przedstawionej w komiksie rzeczywistości. Do zalet z całą pewnością muszę dołączyć również zabawę z kolorami, a przede wszystkim ostre, krwistoczerwone sceny z wojny między Nową Genezą a Apokalips. 

Nie jestem w stanie tutaj na cokolwiek narzekać, bo finalnie wszystko prezentuje się tutaj naprawdę fantastycznie. Ze zmęczoną życiem twarzą Scotta na czele.

Wielka Ucieczka Mister Miracle

To jest jeden z tych komiksów, które mogę polecić z czystym sumieniem. Ale tylko w przypadku, gdy lubicie tego typu, podbite psychodelą i nutą szaleństwa, opowieści. Brak tutaj typowego “superbohaterowania” i pięknych ludzi z pięknymi ideałami, walczących z Wielkim Złem(™). 

Dodatkowo: nawet jeżeli nie znacie dobrze uniwersum DC, nic to nie szkodzi. Tutaj stanowi ono wyłącznie tło, a wszelkie istotne informacje są nam podane w telegraficznym skrócie już na wstępie. Historia dzieje się kompletnie poza główną ścieżką fabularną, przez co nie musimy się przejmować zresztą kolorowej, tykociarskiej menażerii wydawnictwa. Choć lekturą łatwą nie jest i pewnie wymaga więcej jak jednego przeczytania od początku do końca – nadal nadrabia jakością scenariusza oraz rysunków, które nie pozwalają się oderwać. Wszelkie pochwały i nagrody, które Tom King zebrał za “Mister Miracle” są w pełni zasłużone. I pamiętajcie…

DARKSEID JEST.

Sprawdźcie też nasz inne recenzje komiksów DC! Znajdziecie tam między innymi Batman. Biały rycerzHellblazer.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o