Miłość to wojna! | Tom 1 | Czy tym razem się zakocham?

Zaczyna się Letni Festiwal Mangowy organizowany przez wydawnictwo Studio JG. Czekają na nas panele online, ciekawe dodatki, broszury, ale przede wszystkim… nowości mangowe! I to nie byle jakie, bo doczekaliśmy się wreszcie na polskim rynku Grand Blue oraz, między innymi, komiksu Magiczny świat Ran. Myślę jednak, że dla sporej części fandomu wisienką na torcie została Kaguya-sama: Love Is War!

Jeżeli odwiedzacie nasz profil na Facebooku – Leniwa Popkultura, prawdopodobnie wiecie już, że nie pałam wielką sympatią do Love is War. Wręcz jest to jeden z tych tytułów, który irytuje mnie samym swoim istnieniem. Odbiłem się od niego po pierwszym sezonie anime. Czasem jednak warto odstawić swoje przekonania na bok i dać tytułowi drugą szansę – szczególnie gdy pojawia się na polskim rynku. Widzicie, można daną mangę kochać lub nie kochać, ale trzeba pamiętać, że… Miłość to wojna!

Szkoła dla prawdziwej elity

Do Akademii Shuchi’in uczęszcza jedynie elita, dosłownie crème de la crème japońskiej młodzieży. Spadkobiercy gigantycznych fortun, potomkowie rodzin z wielopokoleniową historią, nastoletni geniusze. A na samym ich szczycie stoi samorząd szkolny, reprezentowany przez wybitnego ucznia Miyukiego Shirogane oraz jedyną dziedziczkę potężnej fortuny – Kaguyę Shonomiye.

Oboje darzą się skrywanym uczuciem, jednak… Miłość to wojna! Zawsze ktoś zostaje zdominowany, a żadne z tej dwójki nie może sobie na to pozwolić. Ich miłosne podchody szybko zmieniły się z zerkania kątem oka na prawdziwe bitwy o to, które z nich jako pierwszy wyzna drugiej stronie swoje uczucia. 

Romans kiepski, ale komedia zacna

Nie będę ukrywał, że kompletnie nie jestem targetem tej mangi. Dla mnie  “potyczki” bohaterów są co najmniej głupie, stanowią zbędne utrudnienie i nijak nie zbliżają ich do siebie. Jeżeli poszukujecie przykładów postaci, które myślą zbyt wiele, Miłość to wojna! dostarczy ich Wam w pełnej krasie. Ale! 

Jakiś czas temu usłyszałem opinię, że Kaguya-sama: Love Is War! jest świetną komedią romantyczną, stawiającą nacisk właśnie na ten pierwszy człon. I, jeśli przymkniemy oko na część uczuciową, to faktycznie tak jest. Manga oferuje multum zabawnych gagów, choć główną rolę odgrywają tutaj żarty sytuacyjne. Przyznam, że niektóre sceny czy “popisy” bohaterów wywołały uśmiech na mojej twarzy. Przede wszystkim autor – Aka Akasaka – świetnie wykorzystuje obraną koncepcję. Wpuszcza bohaterów w takie sytuacje, w których ich ponadprzeciętny intelekt nie daje rady, gdy muszą oddać sprawy w ręce przypadku… a to najczęściej kończy się średnio. 

Ponadto granie na wspomnianym ego głównych bohaterów wypada tutaj mistrzowsko. Wiem z autopsji, że pociągnięcie za odpowiednią strunę może sprowokować do niekonwencjonalnego zachowania. Na przykład Miyuki, aby nie być gorszy w łamigłówkach, odpuszcza chwilowo naukę i analizuje wszystkie dostępne zagadki. Z kolei Kaguya co rusz knuje jakąś mroczną intrygę, a koniec końców sama się w niej gubi. No i same podchody do (oby) przyszłej drugiej połówki mają w sobie trochę uroku, choć w moich oczach to raczej dziecinada. 

Element cukierowości i totalnej destrukcji

Bohaterów, uwierzcie mi na słowo, po kilku akapitach zdążyliście już poznać niemal na wylot. Nie wspomniałem jednak o pewnym uroczym, głupiutkim i psującym wszystko elemencie. O sekretarzu samorządu – Chice Fujiwarze. Dziewczyna, która na pierwszy rzut oka znalazła się między zwaśnionymi stronami zupełnie przypadkiem, jest tak naprawdę istotnym narzędziem w rękach autora. Służy do rozbrajania, kreowania i niszczenia sytuacji, w których obraca się główna dwójka. Z jednej strony pozwala Miyukiemu i Kaguyi się do siebie, a z drugiej – zawsze pojawia się w najmniej odpowiednim momencie, sprawiając, że wojna dalej trwa. 

Wojna. Wojna nigdy nie jest piękna

Od strony wizualnej manga prezentuje się całkiem dobrze. Kreska autora jakoś bardziej przypadła mi do gustu niż to, co widzieliśmy w adaptacji. Nie jest to żaden wybitny poziom, powiedziałbym nawet, że jest nieco poniżej dzisiejszych standardów, ale nie przeszkadza to w lekturze. Natomiast jeśli chodzi o modele postaci, cóż, tu wchodzimy już na grunt gustów – Miyuki wygląda na bardziej zmęczonego życiem, co daje mandze przewagę nad jej adaptacją, z kolei Kagyua… jakby miała wodogłowie.

Da się dostrzec także pewne “ułatwienia” kreski, szczególnie przy mniejszych kadrach. W oczy najbardziej rzuciły mi się zlewające się palce u dłoni.

Na ogromny plus zdecydowanie zasługuje polskie wydanie od Studia JG. Jestem fanem wszelkich matowych naklejek, a obwoluta mangi Miłość to wojna aż od nich kipi. Dobrym ruchem było wzorowanie się na wydaniu japońskim, a nie tym anglojęzycznym – powklejane kadry robią robotę. 

Miłość to wojna!

Jeżeli przemawia do Was taka tematyka i szukacie mangi głównie do pośmiania się, myślę, że Kaguya-sama: Love Is War! trafi w Wasze gusta. Z drugiej strony, jeśli faktycznie nie interesują Was dziecinne wojny dwójki niby dojrzałych bohaterów – nie ma sensu w ogóle sięgać po Miłość to wojna. Będziecie się jedynie męczyć. 

Sam nie planuję zbierania omawianej serii, jednak manga pozwoliła mi dostrzec, chociaż w pewnym stopniu, skąd wziął się fenomen tego tytułu. Możliwe, że kiedyś podszedłem do niego z nieodpowiednim nastawieniem i zaraziłem się na jakiś czas. Sądzę jednak, że Miłość to wojna jest mangą, której warto dać szansę.


Pamiętajcie  o trwającym w sieci sklepów Yatta Letnim Festiwalu Mangowym, na którym to możecie nabyć wakacyjne nowości Studia JG jeszcze zanim pojawią się w Empikach, a przy okazji zdobyć sporo fajnych gadżetów – na przykład gry karciane. Do usłyszenia już niebawem, przy recenzji pierwszego tomu mangi Grand Blue!

Sprawdźcie też inne nasze recenzje mang Studia JG!

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments