Prawdziwa panorama kosmosu Marvela | Wojna królów – Recenzja

Wojna Królów, to po Anihilacji, czy Tajnej Inwazji kolejny współczesny event Marvela sięgający gwiazd. Dosłownie i w przenośni, bo akcja wspomnianych wydarzeń przenosi nas z Ziemi gdzieś w odległe galaktyki. Fabularnie mamy przy tym do czynienia z rozbudowanymi historiami, więc i autorzy scenariuszy dają popłynąć wyobraźni w niezmierzoną przestrzeń międzyplanetarną. W tym miesiącu Egmont uraczył nas zakończeniem budowanej na naszym rynku od 2017 r. sagi o zbuntowanym Wulkanie. Nie zawiodłem się, jednak liczyłem na odrobinę więcej. Chociaż może to przez sam początek tomu, bo to właśnie on rozpala ogień, który później już nieco przygasa. 

Hitchcock by się nie powstydził

Jak w tytule nagłówka. Sam Alfred, co z mocnych wejść w swoich filmach słynął, świecił w Wojnie Królów swoim przykładem. Przynajmniej w tej zbiorczej wersji. Pierwsze sześć zeszytów zatytułowanych właśnie War of Kings, to rozpoczęcie całego tomu z wysokiego C.

Każdy pojedynczy fragment rozdzielony okładką to napakowany zwrotami akcji kawałek historii, który nieuchronnie zbliża nas do finału. Jednak do samego końca nie wiemy kiedy nastąpić ma rozwiązanie, bo wciąż jesteśmy w środku akcji. Tutaj cały czas coś się dzieje. Aczkolwiek nie mamy do czynienia z typową, kolorową nawalanką Marvela. Dzięki militarnej otoczce, czy przedstawieniu szczegółów agresywnej polityki jesteśmy w stanie dostrzec w historii coś na kształt wojennego filmu akcji. Naprawdę czuć tę napiętą atmosferą międzygalaktycznego konfliktu  między dwoma mocarstwami. 

Dodatkowo, obraz uzupełniają szczegóły dotyczące kultur obu zaangażowanych stron. Poznajemy zwyczaje społeczne Kree oraz imperium Shi’Ar. Dzięki nim łatwiej nam wejść w zaprezentowany świat i zrozumieć poczynania jednych i drugich. Do tego dochodzą intrygi, zamachy, wybuchy emocji, romanse, krew, pot i łzy, a wszystko kończy się wielką eksplozją, która rozrywa wszechświat, zostawiając w nim tajemniczą wyrwę. Ktoś wygrał, ktoś przegrał, ale konsekwencje poniosą wszyscy. Z takim morałem zostawia czytelników Dan Abnett i Wojna Królów, aby kolejno wyjaśnić wątki, które mogły wydawać się niejasne lub marginalne. 

Wojna Królów i jej orbita

Cały komiks liczy sobie 420 stron (hehehe), a jest w nim więcej historii, które dzieją się wokół samej Wojny Królów niż faktycznej opowieści o rozwiązaniu konfliktu. Łatwiej dzięki temu dostrzec elementy, które były następstwem samej wojny i działy się dookoła niej. Autor skupiając się na pobocznych fragmentach opowieści, stworzył sobie szersze płótno, na którym mógł przedstawić dużo większy kawałek swojego dzieła.

Jesteśmy choćby świadkami próby uporządkowania statusu dwóch nacji w całym kosmosie, gdzie przeorane widmem wojny mocarstwa próbują wstać z kolan. W Imperium Shi’Ar główne skrzypce gra Gladiator, jeden z imperialnych strażników, który bardzo nie chce zostać nowym przywódcą, ale pewne okoliczności popychają go ku temu. Przyzwoita historia z emocjonalnym zapleczem i trudnymi moralnie dylematami. Potencjalny kandydat przecież całe życie był żołnierzem. Wykonywał rozkazy i pilnował króla. Jak miałby teraz stać na czele jednej z największych nacji w kosmosie? A może pojawi się ktoś inny? Pytania mnożyły się do ostatniej strony opowiadania. 

Nowy-stary bohater

Następnie dostajemy backstory postaci wrzuconej w opowieść przez skłonność autora do sięgania po zapomniane i dawno nie używane mordeczki z Marvela.

Darkhawk, bo o nim mowa, swój debiut miał w 1991 r., gdzie po solowej serii zniknął na długo z kart komiksu, aby powrócić w opisywanej tu kosmicznej operze. Odgrywa bardzo istotną rolę w całej wojnie, chociaż pokazuje się dopiero w jej kluczowym momencie, praktycznie na samym końcu. Abnet chciał przybliżyć czytelnikom wskrzeszonego bohatera i zaserwował nam dwa zeszyty jego własnych przygód. Kolejno, sprytnie wprowadził go w całą intrygę i pokazał tym samym swój ciekawy pomysł na użycie go akurat w tym konkretnym konflikcie.

Byłem naprawdę pozytywnie zaskoczony, kiedy polecieliśmy z Darkhawkiem w kosmos, lądując pośrodku sfery negatywnej, gdzie zaczęła się już naprawdę pokręcona i jednocześnie dość zawiła intryga. Autor bardzo sprawnie odświeżył staruszka z lat dziewięćdziesiątych, dał mu ciekawą rolę i z wyczuciem napisał jego charakter. Jako odbiorca, który z tą postacią miał do czynienia po raz pierwszy, pokochałem Darkhawka. Cieszę się, że niektórzy komiksowi pisarze umieją jeszcze sięgać po dzieła swoich poprzedników i przerabiać je na współczesne standardy.  

Twarde lądowanie

Reszta opowiadań to już niestety zdecydowany spadek jakości. Najpierw dostajemy bowiem pojedynczy zeszyt zatytułowany World Of Skarn. W nim jeden z Inhumans wraz z reprezentantem przeciwnej frakcji Shi’Ar – Starboltem rozbijają się na obcej planecie, którą rządzi syn Hulka Skarn. Rozbitkowie potłukli się między sobą, potem się na chwile pogodzili, kolejno na kilka kadrów wszedł potomek zielonej krwi, a następnie wszystkich uratował teleportujący się pies Lockjaw. Koniec. Bezsensowna, nudna, płaska historia bez wyrazu. Niepotrzebny zapychacz miejsca. Albo może po prostu czegoś w tej kilkustronicowej bijatyce nie zrozumiałem. 

Zwieńczeniem całego zbioru są dwa zeszyty zatytułowane War o Kings: Warriors. Dowiadujemy się w nich, jak podczas całego zajścia bawili się: Crystal – jedna z Inhumans oraz Blastard – król negatywnej strefy. Nieco światła zostaje również rzuconego na przeszłość Gladiatora i Lilandry – byłej królowej Shi’Ar. Są to dość typowe zapychacze. Jest w nich nieco akcji, ale czujemy zdecydowanie, że kurz wojenny już opadł i maja one jedynie dopełnić obraz. Osobiście było mi ciężko przebrnąć przez końcówkę, ponieważ na nic już nie czekałem. Wiedziałem że główny wątek został już w tym zbiorze zakończony, a Wojna Królów w moich rękach tylko dogorywał. 

Przez Wojnę Królów jak po zjeżdżalni

Całość podsumował bym jako nierówny zbiór opowiadań, zaczynający się od bardzo konkretnego wejścia. Kolejno ciekawie poprowadzone backstory odświeżonej postaci Darkhawka…  i właściwie to tyle. Reszta zdecydowanie odstaje poziomem fabularnym, ale przez około siedemdziesiąt procent komiksu bawiłem się dobrze, więc nie będę narzekał. 

Dostaliśmy lepsze i gorsze historie, ale dla samego zakończenia sagi Wojny Królów warto sięgnąć po ten zbiór. Poboczne historie uzupełniają główne wydarzenie. Odbiegają poziomem od pierwszoplanowego wątku, ale i tak warto się z nimi zapoznać. Choćby żeby mieć szersze spojrzenie na dobrze zarysowany, opisany i poprowadzony konflikt Kree z imperium Shi’Ar. Teraz czekamy na listopadowych Strażników Galatyki w ich drugim tomie od Dana Abnetta, bo uważnie czytając całe wydarzenie, wiemy już, jakie konsekwencje przyniosła tytułowa wojna i jakie potencjalne zagrożenia mogą jeszcze dać się we znaki naszym ulubionych superbohaterom. 

A tymczasem oczywiście zapraszam do obserwowania leniwców na Facebooku, Instagramie oraz YouTube! Polecamy się na przyszłość. Do następnego!

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments