Manga Update #3 – Moon Land, Kuroshitsuji, Seven Deadly Sins

Wiesz, że od jakiegoś czasu, kiedy jeżdżę opolską MZK-ą, odruchowo sięgam po kolejne rozdziały mang? Z jednej strony – dla przyjemności, a z drugiej, aby mieć o czym pisać w Manga Update. Mam jednak nadzieję, że i Ty uskuteczniasz czytelnictwo, bez względu na motywację. W końcu to świetny rozwój umysłu, a przy okazji równie dobra zabawa!

Jeszcze nie czytasz regularnie? Nic straconego. Właśnie dla Ciebie od jakiegoś czasu przygotowujemy Manga Update. Opisujemy w niej serie, które czytamy oraz uważamy za godne polecenia lub staramy się oszczędzić Twój czas i przed niektórymi mangami przestrzec.

W poprzednim odcinku Manga Update pisaliśmy między innymi o ciekawym chińskim komiksie – Witch Hunter, o nowej mandze wydawnictwa Dango – Marzec Lwa, aktualnych wydarzeniach w One Piece oraz My Hero Academia i kolejnych przygodach Bezpańskich Literatów.

A tym razem w Manga Update:

Między innymi nowość z Shounen Jumpa – Tokyo Shinobi Squad, warta uwagi manga o gimnastyce – Moon Land oraz drugi tom Seven Deadly Sins!

Shaman King

Leniwiec

Jest w Tokio grupa „niechcianych”. Zawadzających innym, odrzuconych, alienowanych… Takich bez własnego miejsca na Ziemi. Pod przywództwem Bokuto no Ryo błąkają się od jednej rudery do drugiej, ale los nie pozwalał im nigdzie zagrzać miejsca. Gdyby tego było mało, w ostatnim czasie Ryo po starciu z Yoh stracił swój drewniany miecz i ekstra fryzurę. W końcu jednak życie się do nich uśmiecha: trafiają na opuszczoną kręgielnię na obrzeżach miasta… a w dodatku ciągle jest w niej prąd!

Byłoby jednak zbyt pięknie. Miejsce jest opętane przez żyjącego 600 lat temu bandytę Tokageroh. Burza uczuć wewnątrz Ryo pokryła się z pragnieniem zemsty Tokageroh, sprawiając, że duch przejął ciało przywódcy bezdomnych.

Kto jest jego celem? Pewien wybitnie dobry samuraj, który kiedyś ukrócił mu żywot.

Moim zdaniem trzeci tom jak dotąd pokazał największą klasę.

Cały epizod poświęcony relacjom odludków, którzy jedyne czego pragną w życiu, to własnego miejsca. Motyw smutny i wyjątkowo aktualny. Może dlatego, że tak aktualny i dotykający coraz większej części społeczeństwa? Oni nie oczekują luksusów, nie czują wielkiego żalu do innych – faktycznie, zdarzały im się rozbojowe przygody, ale na dłuższą metę nie robią nic złego. Chcą jedynie żyć. Poznajemy też powód, dlaczego przewodzi nimi akurat Ryo. Od początku mangi pokazywany był jako głupiutki bandyta, ale tak naprawdę to porządny facet o ogromnym, dobrym sercu. Poważnie, było mi ich mega szkoda podczas lektury.

I nagłe objawienie, znajdują swoje miejsce. Wszystko ma być dobrze, a kończy się jak zwykle. Opętany przez Tokageroh Ryo nie tylko budzi niechęć we własnych braciach z bandy, ale też, omamiony planowaną od 600 lat wizją zemsty, wykrada pewien bardzo cenny miecz i postanawia zabić Asakurę, a wraz z nim Amidamaru.

Jak to wyszło? Cóż, autor rozegrał to naprawdę fajnie, korzystając ze zbudowanej na przełomie dwóch tomów logiki całego świata. Było humorystycznie, co dobrze kontrastowało z opisywaną już ideą alienacji i pompatycznego planu krwawej zemsty.

No i kurde, wreszcie znaleźli ich “best place”! Nawet nie wiecie, jak bardzo się ucieszyłem.

Kolejny tom również się udał – trochę już z niego przeczytałem. Akcja się rozpędza, widzimy przelotnie kilku nowych postaci… Oraz kometę, która zwiastuje Ziemi katastrofę. Niech zacznie się turniej szamanów!

Tokyo Shinobi Squad

Tokio w 2029 postanowiło postawić wszystko na globalizację. Stworzono specjalne koleje hyperloop docierające do ważniejszych miejsc na ziemi. Jednak dzisiaj, w 2049 roku, Japonia stała się ostoją kryminalnego półświatka. Ostatnią strażą bezpieczeństwa są specjalne drużyny wyszkolonych wojowników rodem z legend – Shinobi. 

Ci, za odpowiednią sumę, zapewnią zleceniodawcy wymaganą ochronę. Przy zadaniach posługują się specjalnymi sztukami Shinobi, przekazywanymi w starodawnych zwojach. Techniki Nippo przybierają różne formy, a do ich wykonania czasem trzeba spełnić pewne wymagania. Shinobi działają legalnie, w specjalnych grupach… Chyba że ktoś woli działać na własną rękę.

Nie każdy bowiem kieruje się przede wszystkim zyskiem, niektórzy zwyczajnie chcą żyć według swoich zasady. Taką osobą jest Jin Narumi – wyjątkowo silny i utalentowany shinobi. Który sprawia niemałe kłopoty swojemu zespołowi. Ciężko mu przejść obok, gdy lokalni bandyci ścigają bezbronnego chłopca, więc zwyczajnie wysadza auto łotrzyków w powietrze (żaden bandzior nie ucierpiał przy pisaniu mangi). Chłopak, któremu pomógł, nie jest do końca zwykłym przechodniem, co ważniejsze – ma przy sobie coś bardzo, bardzo cennego.

Shinobi? Ninja? Naruto?! To coś, co lubię!

Kolejny raz dałem kupić się katanom, przemocy i specjalnym technikom. W tym przypadku zamkniętym w dystopijnej wizji Japonii, która mimo całego panującego w niej bałaganu, przypomina bardziej cyberpunk aniżeli jakąś apokalipsę. Samo Tokyo, po pierwszym rozdziale, klimatem kojarzy mi się ze światem Dimension W lub The Fifth Element (1997).

Fabularnie nie ma szału, pierwszy chapter nie zakończył się niczym spektakularnym, raczej był przeciętnym, ale stabilnym rozdziałem. Brakowało mi trochę mroku i przemocy, chociaż jedna strona daje nadzieje, że w przyszłości będzie go więcej.

Nie można jednak narzekać na warstwę wizualną, bo ta – szczególnie w momentach walki – jest niezła. Czuć dynamikę i potęgę umiejętności. Wrażenie robiły na mnie „poważne” kadry ze zdenerwowanym Jinem. Szkoda tylko, że oprawa graficzna traci w momentach statycznych. Wtedy okazuje się nawet lekko poniżej standardów. 

Co ciekawego przyniesie Tokyo Shinobi Squad, czas pokaże, wczoraj ukazał się czwarty rozdział, a ja obiecuję nadgonić komiks do kolejnego Manga Update!

Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina, czyli “Seven Deadly Sins Vol. 2”

Kajtii 

Piszę o Siedmiu Grzechach, a sam popełniłem jeden – przyniosłem Wam do rzeczonego Manga Update tylko ten tomik. I bynajmniej nie dlatego, że nie czytam. Robię to niezwykle intensywnie, ale zwyczajnie nadrabiam zaległości ze starszych serii (a niektóre czytam ponownie) i nie chcę Was tym zasypywać. Zamiast tego wolę postawić na nowości ogólnie i świeżynki wydawnicze w Polsce. 

Dlatego dziś drugi tom Nanatsu no Taizai od wydawnictwa Studio JG! Przedstawione w nim rozdziały to wciąż początek historii, zaledwie przetarcie. Wydanie rozpoczynamy od poznania miejsca pobytu dwóch kolejnych grzechów – po tym, jak w poprzednim przedstawiono nam Meliodasa i Diane (przez D U Ż E “D”). 

Wspomniana wyżej dwójka to Ban i King. Pozwolę sobie delikatnie zdradzić, że w tym tomie poznamy tylko pierwszego z nich. Niemniej, cieszy mnie to niesamowicie, ponieważ Ban to jedna z moich ulubionych postaci w serii autorstwa Nakaby Suzukiego. Jeśli tylko sami sięgniecie po tę historię, zrozumiecie genezę mojego wyboru! Świetnie wykreowana postać, która łączy w sobie elementy komizmu i dramatu.

Drugi tom “Seven Deadly Sins” nie jest niczym odkrywczym…

…ale w doskonały sposób kontynuuje to, co rozpoczął pierwszy: wprowadza czytelnika w wykreowany przez twórcę świat. Dostajemy pojedynek z Gilthunderem oraz grupowe starcie z Drużyną Dziwacznych Kłów (nazwa sama powala na łopatki). Obie “bitwy” świetnie obrazują przepaść, jaka dzieli Grzechy (głównie Meliodasa) od przeciwników. Czytając mangę, po raz pierwszy można odnieść wrażenie, że protagoniści są zdecydowanie “overpowered”, ale to tylko początki!

Powoli, małymi krokami, poznajemy kolejnych bohaterów opowieści, na której zwroty, kulminacje i fajerwerki trzeba jeszcze poczekać. 

Pomimo tego nie mogę zarzucić temu zbiorowi chapterów absolutnie nic, co byłoby skrajnie negatywne. Tom sam w sobie jest definicją, a może bardziej swego rodzaju streszczeniem tego, czym w gruncie rzeczy “Siedem Grzechów Głównych” jest, a więc przyjemna napierdzielanka w starym, dobrym stylu, ze świeżym podejściem do fabuły. Polecam!

Moon Land

Jacek 2.0

Na początek muszę zaznaczyć, że żaden ze mnie fan mang, czy anime sportowych. Głównie powoduje to fakt, iż większość z nich jest kompletnie oderwana od rzeczywistości. Koronnym dla mnie przykładem tego typu podejścia będzie Kuroko no Basket, którego zwyczajnie nie jestem w stanie znieść. Nie cierpię, gdy z zagrań sportowych robi się “specjalne ruchy” zahaczające o supermoce. Częstokroć przybierające po prostu absurdalne, wchodzące w zakres autoparodii formy. Emanowanie morderczą aurą, czy wchodzenie w podwójny, potrójny, albo nieskończony poziom skupienia – dla mnie kompletnie niszczy jakiekolwiek zawieszenie niewiary. Ja chcę czytać o sporcie, a nie o pojedynkach na wpół boskich postaci stosujących zagrania nierealne do wykonania w prawdziwym świecie. Tak, wygląda to efektownie i bardzo dynamicznie… jednak nie jest to coś, czego szukam w tego typu historiach.

Osobiście najbardziej mnie interesuje właśnie przyziemne podejście. Pozwalające nam lepiej zrozumieć bohaterów i łatwiej się z nimi utożsamiać w ich zmaganiach z samymi sobą oraz przeciwnościami losu. Dlatego właśnie moją uwagę przykuł “Moon Land” od Sai Yamagishi.

Harce i swawole z drążkiem

Historia jest bardzo klasyczna w swojej prostocie, choć ma także własne charakterystyczne cechy. Przede wszystkim temat: gimnastyka. Chyba o tym sporcie jeszcze mangi nie mieliśmy i już tutaj wyróżnia się oryginalnością na plus. Pozwala nam poznać zasady tej dyscypliny, cechy, jakie powinien mieć dobry zawodnik oraz co najważniejsze – elegancję i piękno. Kadry, gdzie bohaterowie wykonują co bardziej efektowne ruchy, czy ewolucje w powietrzu przy wyskokach. Oprawa wizualna naprawdę daje tutaj radę. 

Jak pisałem – opowieść nie porywa skomplikowaniem, ale uznaję to raczej na plus. Pozwala nam się skupić na tym, co istotne, czyli sport i przełamywanie ograniczeń ciała oraz psychiki. Co bardziej uwydatnia postać głównego bohatera. Mitsuki Amahara nie ma wielkich ambicji, aby piąć się na szczyty rankingów, czy nokautować rywali w oficjalnych zawodach. Jego marzenie, to osiągnięcie pełnej kontroli nad własnym ciałem – od czubka głowy, po koniuszki palców. Totalne opanowanie każdego ruchu. Żeby jednak nie było nudno, szybko takie wycofane, zamknięte do własnego świata podejście zostaje skontrastowane z innymi gimnastykami. Przede wszystkim z energicznym i szalenie ambitnym Sakurą Dogase, którego spojrzenie na ten sport jest w ostrej opozycji do głównego protagonisty. Oczywiście nie brakuje także senpaiów, starszych bratów, czy love-interest. Standard, ale dobrze napisany i opakowany.

I tak całość sprowadza się do ich rywalizacji, a później przyjaźni oraz dążeniu do osiągnięcia perfekcji w wykonywanej dyscyplinie. Nic spektakularnego, ale jeżeli cenicie tego typu podejście – to polecam, bo czyta się bardzo przyjemnie. 

Kuroshitsuji (ch. 151-153)

Iva

W zeszłym tygodniu miałam okazję nadrobić trzy ostatnie rozdziały Kuroshitsuji, a więc te, które ukazały się pomiędzy kwietniem a czerwcem. Losy panicza Phantomhive i spółki śledzę już od paru ładnych lat, głównie ze względu na sentyment do kilku bohaterów oraz klimatu, jaki towarzyszył serii na jej początkowych etapach. To jeden z tych tytułów, który wprowadził mnie w świat mangi. Niestety, im dłużej trwa moja przygoda z Kuroshitsuji, tym bardziej nie mogę się doczekać jej finału. Od czasu wielkiego twistu fabularnego, który wywrócił wszystko do góry nogami, nie wydarzyło się nic godnego uwagi, a tempo akcji wystawia moją cierpliwość na ciężką próbę. W takich chwilach myślę sobie, że lepiej, by seria skończyła się jak najszybciej, zanim całkiem stracę o niej dobrą opinię…

Najnowszy rozdział wraz z dwoma poprzednimi tylko umocniły mnie w tym przekonaniu. Nie przyniosły one żadnych zaskoczeń, nagłych zwrotów akcji ani specjalnie interesujących wątków. Owszem, to nie ten typ opowieści, w której co rusz musi się coś dziać, a każdy chapter powinien się kończyć dramatycznym cliffhangerem; jednak przy miesięcznym czasie oczekiwania na kolejną porcję mangi tak powolny rozwój wydarzeń jest szalenie frustrujący. Nawet wszystkie trzy rozdziały razem wzięte niespecjalnie posuwają akcję naprzód. Jedyne, co dostaliśmy w ciągu tych kilku miesięcy, to zamknięcie poprzedniego wątku fabularnego i przygotowanie gruntu pod następny. Podczas gdy wskrzeszony z martwych Ciel przejmuje obowiązki swego brata, nasz (eks)hrabia i jego towarzysze wyruszają do czterech ośrodków, które wydają się podtrzymywać dziedzica przy życiu. Celem bohaterów jest zidentyfikowanie źródeł dostaw krwi, a w przypadku pozytywnego rozpoznania ich skuteczna likwidacja.

W oczekiwaniu na wielki finał

Pozostaje mi mieć nadzieję, że ta misja szybko przyniesie planowane efekty, bo to przybliży nas do ponownej konfrontacji obu stron. Być może poznamy nareszcie tożsamość tajemniczych czterech lordów, a przyciśnięci do ściany Ciel i Undertaker będą zmuszeni do kontrataku. To właśnie nieuchronność kolejnego spotkania braci i ich sojuszników trzyma mnie jeszcze przy tej serii i każe sięgać po kolejne chaptery. Wynik pojedynku Sebastian kontra Undertaker nie jest wcale taki oczywisty, bo obaj są godnymi siebie przeciwnikami, a każdy z nich będzie musiał w tym starciu kogoś chronić.Ciekawi mnie też, po której stronie opowie się ostatecznie bezimienny Phantomhive: czy mając możliwość ocalenia własnej duszy z rąk demona, którą chce mu zaoferować były shinigami, będzie chciał z niej skorzystać? I co z rodzinnymi sekretami, które wciąż czekają na wyjaśnienie?

Liczę więc na to, że obecny etap Kuroshitsuji jest tylko fazą przejściową, po której pani Toboso doprowadzi nas wreszcie do ekscytującego finału, na który warto było czekać.

Do usłyszenia!

Teraz, kiedy następnym razem będziesz jechał MZK-ą, będziesz już wiedział jak zająć czas… Ale to nie wszystko! Warto czytać, ale oprócz o nasz mózg, dbajmy o nasze ciało. Weź tomik pod pachę – lub telefon w kieszeń – i poczytaj któryś z polecanych komiksów.

A przy okazji pochwal się, jakie było Twoje najdziwniejsze miejsce, w którym coś czytałeś. Miłego dnia i do następnego, cześć!

Ah, zapomniałbym. Jeżeli ciekawi Cię, jak leniwce spędzają wakacje, zostaw lajka na naszym fanpejdżu – Leniwa Popkultura. Spoiler: nie tylko na gałęzi.

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o