Magnificon Expo 2019: otaku podbili Kraków!

Przemili ludzie, fantastyczna atmosfera i liczne pokusy dla mojego portfela – tak w skrócie mogłabym podsumować zeszłą sobotę, którą poświęciłam na krakowski Magnificon. Ponieważ była to moja pierwsza w życiu wizyta na tym konwencie, miałam sporo obaw. Czy czeka mnie godzina stania w kolejce do wejścia? Czy ktokolwiek pozna postać, do której postanowiłam się upodobnić? Jak odnajdę się w tłumie kompletnie obcych mi ludzi…?

Jak się okazało, niepotrzebnie się martwiłam.

Akredytacja przebiegła zaskakująco sprawnie, spodziewanego ścisku nie było, a kontakt z innymi konwentowiczami nie stanowił żadnego problemu. Wszyscy reagowali bardzo pozytywnie, kiedy prosiłam o wspólne zdjęcie, a niektórzy sami mnie o nie prosili. Znalazło się nawet kilku śmiałków, którzy wpisali się do mojego Death Note’a!

Do tych ostatnich należeli m.in. Marek Hucz i Jan Jurkowski z Grupy Filmowej Darwin. Tego duetu chyba nikomu nie trzeba przedstawiać – kto nie kojarzy postaci Rafała i Sławka, nie śledził konfliktu Mickiewicza ze Słowackim albo nie klaskał do „Orek z Majorki”? Panowie wykazali się anielską cierpliwością, kiedy po prawie godzinnym Q&A na scenie postanowili jeszcze spotkać się z fanami. Każda z osób czekających w kolejce mogła liczyć na uścisk dłoni oraz wspólną fotkę lub autograf.

Muszę przyznać, że po tej akcji mój poziom szacunku do GF Darwin wystrzelił ponad skalę. Pokazali się jako skromni, utalentowani i pracowici ludzie, którzy wszystkich swoich fanów traktują z wielką życzliwością. Tym bardziej cieszę się, że mogłam im osobiście pogratulować odniesionego sukcesu. Marku, Janku, róbcie dalej swoje i nie zmieniajcie się!

Konwentowe panele: wiedza niekoniecznie bezużyteczna

Swój autograf zostawił mi również Paweł Dybała, tłumacz wydawnictwa JPF, w którego panelu uczestniczyłam po spotkaniu z Darwinami. Od tłumaczonych przez niego mang zaczęła się moja przygoda z japońską popkulturą, więc ten podpis miał dla mnie szczególne znaczenie. Podczas swojej prelekcji doktor Dybała (wystylizowany na Kratosa z God of War) z humorem opowiadał o problemach swojej profesji. Jak się dowiedzieliśmy, musi się on zmagać nie tylko z niuansami językowymi, ale też z przyjętymi konwencjami oraz oczekiwaniami czytelników. Często trudno jest zadowolić fanów przyzwyczajonych do oryginalnej wersji mangi lub jej nieoficjalnego przekładu. Okazuje się też, że tłumacz niekoniecznie ma możliwość skonsultowania swoich wątpliwości z autorem oryginalnej mangi. Jeśli zatem marzycie o pracy w wydawnictwie, przygotujcie się na wyzwania wymagające sporej kreatywności i odporności na frustrację.

Interesującym panelem był także ten dotyczący posthumanizmu w kontekście świata wykreowanego w „Psycho-pass”. Zamiast milczącego oglądania slajdów prelegentki wspólnie dyskutowaliśmy o istocie człowieczeństwa, granicy między ludzkim umysłem a sztuczną inteligencją czy skutkami cyborgizacji. Każdy z zebranych miał szansę wtrącić swoje trzy grosze. Wywiązała się z tego całkiem ciekawa filozoficzna dyskusja, która na pewno pobudziła wielu uczestników do samodzielnej refleksji na poruszone tematy.

Osobiście cieszy mnie, że w programie tej rozrywkowej przecież imprezy znalazły się też takie panele jak ten – wykorzystujące wytwory popkultury do stymulowania naszego myślenia i poszerzania własnej wiedzy.

Shut up and take my money, czyli na co wydałam pieniądze

Magnificon to nie tylko prelekcje i spotkania z gośćmi – to także okazja do zakupu fanowskich gadżetów i egzotycznych produktów.

W przerwie między kolejnymi panelami krążyłam więc po korytarzu i hali z wystawcami, z trudem powstrzymując się przed wydaniem wszystkiego, co miałam w portfelu. Ze stoisk kusiły mnie bowiem koszulki, maskotki, kubki, przypinki i masa innych drobiazgów z gatunku tych, które za sprawą konwentowego uroku nagle stają się w twoich oczach absolutnie niezbędne do życia. Choć przeważały produkty związane z Japonią, znalazło się też parę stoisk z dobrami dla graczy, fanów k-popu czy miłośników komiksu. Ostatecznie z gadżetów zdecydowałam się tylko na kubek z „Psycho-pass”, z żalem rezygnując z podkoszulka z FMA oraz wiedźmińskich plakatów.

Większa część konwentowych pieniędzy poszła na jedzenie: szybki lunch, sajgonki na obiad, a na deser lody o smaku zielonej herbaty. Dobrze, że przed konwentem zaopatrzyłam się we własny prowiant – inaczej do listy wydatków dołączyłyby pewnie inne azjatyckie przysmaki. (A redakcji nic nie kupiła! – dop. Leniwiec)

Lolitka z brodą dała czadu!

Ostatnią rzeczą, za jaką tego dnia zapłaciłam, był bilet uprawniający do zdjęcia z Ladybeard, który dał na Magnificonie koncert. Tego australijskiego wrestlera, aktora, piosenkarza oraz YouTubera odkryłam ponad rok temu dzięki zespołowi Ladybaby. Po pierwszym szoku, jakim był dla mnie widok muskularnego faceta tańczącego w dziewczęcym mundurku, przyszła myśl: „to jest niezłe!”. Koleś ma talent, poczucie humoru i niezwykły dystans do siebie, a jego potężny growl w zderzeniu ze stylistyką kawaii tworzy hitową mieszankę wybuchową. Dlatego – kiedy tylko dowiedziałam się, że artysta odwiedzi Magnificon – uznałam, że to świetna okazja, by poznać go osobiście.

Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Po świetnym koncercie połączonym z pokazem zapaśniczych umiejętności muzyka udałam się na wieczorne spotkanie z fanami. Tam Ladybeard podpisywał gadżety ze swojego stoiska i pozował do zdjęć. Warto wspomnieć, że miał już za sobą dwugodzinną sesję Q&A oraz dość intensywny koncert. Jestem pełna podziwu dla tego człowieka, który mimo widocznego zmęczenia witał każdego z uśmiechem na ustach, cierpliwie wysłuchiwał swoich fanów, a nawet komplementował ich kostiumy. Mad respect, mate!

Magnificon to przede wszystkim ludzie

Było już trochę o atrakcjach i gościach, więc najwyższa pora wspomnieć o samych uczestnikach konwentu – w końcu to właśnie oni budują klimat takich imprez.

W krakowskim Expo zetknęłam się z chyba wszystkimi możliwymi gatunkami konwentowiczów. Byli tam ludzie z tabliczkami „free hugs”, przedstawiciele szalonych modowych subkultur, cosplayerzy-amatorzy i profesjonaliści oraz kolekcjonerzy zdjęć z tymi ostatnimi. Jedni podchodzili tylko na moment po szybkie selfie, inni dali z sobą pogadać trochę dłużej, a niektórzy spontanicznie inscenizowali sceny z naszych ulubionych serii.

Jeśli chodzi o przedstawicieli poszczególnych fandomów, to odnoszę wrażenie, że przeważali miłośnicy Boku no Hero Academia. Co rusz migały mi w tłumie zielone i biało-czerwone włosy naśladowców Deku i Todorokiego. Bardzo możliwe, że do licznej reprezentacji tej grupy przyczynił się musical oparty na BnHA, który był jedną z sobotnich atrakcji. Częstym widokiem były też różne wcielenia Rem z Re:Zero (także w wykonaniu panów) oraz bohaterowie Naruto. Osobiście największe wrażenie zrobiły na mnie stroje uczestników konkursów cosplay, których tego dnia odbyło się aż trzy. Druga Matka z „Koraliny” czy Ragnar Lothbrok z „Wikingów” prezentowali się genialnie! Ogromnie żałuję, że nie udało mi się ich złapać na wspólną fotkę po pokazach na scenie.

Dzięki obecności tych kolorowych i przesympatycznych istot w ogóle nie przeszkadzało mi to, że na Magnificon przyszłam sama. Atmosfera wzajemnej życzliwości, swobody oraz otwartości na różnorodność sprawiła, że było mi tam zwyczajnie dobrze. Kiedy inni rozpoznawali mój cosplay albo śmiali się z tych samych hermetycznych dowcipów, czułam, że jestem członkiem jakiejś większej społeczności. Społeczności ludzi, który przyszli na Magnificon przede wszystkim dobrze się bawić albo poznać innych pasjonatów, a nie oceniać siebie nawzajem.

Tyle atrakcji, a tak mało czasu

Choć na konwencie spędziłam prawie dwanaście godzin, to wciąż odczuwam pewien niedosyt. Po pierwsze dlatego, że – jak to na konwentach – wiele fajnych rzeczy działo się jednocześnie, a ja nie mogłam się przecież rozdwoić. Z powodu Darwinów musiałam odpuścić spotkanie z Demem, a część konkursu cosplay przegapiłam, stojąc w kolejce do fotostudia. Drugi powód mojego niedosytu wiąże się z ograniczonym czasem, jaki mogłam spędzić w krakowskim Expo. Ponieważ musiałam opuścić Magnificon najpóźniej o 22:00, żałowałam, że ominą mnie rozpoczynające się właśnie panele.

Zazdroszczę tym uczestnikom, którzy mogli się bawić na Magni przez wszystkie trzy dni i skorzystać z większości zaplanowanych atrakcji. Dlatego następnym razem, o ile czas oraz stan konta mi na to pozwolą, planuję spędzić tam cały weekend. A jeśli nie będzie to możliwe, przyjadę chociaż na ten jeden dzień. Dlaczego? Bo to miejsce, gdzie każdy może być sobą, spotkać ludzi o podobnych zainteresowaniach i wspólnie celebrować bycie członkiem fandomu.

Dziękuję serdecznie wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że mój pierwszy Magnificon będę wspominać jako bardzo udany. Trzymajcie się i do zobaczenia za rok!

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: