Leniwa Popkultura prezentuje: Anime Dekady 2010 – 2019

Chociaż kalendarzowa dekada wciąż trwa, to ta popkulturowa jest za nami. Tak samo, jak minęły lata osiemdziesiąte, dziewięćdziesiąte i dwutysięczne, tak pożegnaliśmy dwa tysiące dziesiąte. Jakby absurdalnie to nie brzmiało. Myślę jednak, że ani ja, ani Wy drodzy czytelnicy nie jesteśmy tutaj, aby debatować nad konstrukcją kalendarza gregoriańskiego. A tym bardziej nad sprawami językowymi. Nasza trójka, czyli: dwóch Jacków i jeden Kajtek – postanowiliśmy się podzielić z wami najlepszymi, naszym subiektywnym zdaniem, seriami anime, które miały swoje premiery między 2010 a 2019 rokiem.

Każdy z nas otrzymał zadanie wybrania sześciu serii godnych miana anime dekady. Więc jeżeli macie spore zaległości, to myślę, że będziecie w stanie wybrać coś dla siebie, aby je nadrobić. Miłego czytania… oraz mam nadzieję, że również oglądania!


Chcemy też zaznaczyć, że jest to całkowicie subiektywna lista. Wybrane dzieła w naszej opinii zasługują na znalezienie się tutaj – każdy z Was może mieć odmienne zdanie w tej kwestii. Zachęcamy więc do przygotowywania własnej listy w komentarzu pod tekstem lub na nasze stronie na Facebook’u – Leniwa Popkultura.

Jacek 2.0 aka Jaca aka Bizarre Content 

Naprawdę ciężko było wybrać tylko sześć pozycji. Dziesięć lat, to jest jednak szmat czasu, a przy przynajmniej kilku dobrych seriach, które pojawiały się co sezon. Selekcja do listy anime dekady musiała być ostra. Myślę jednak, że ostatecznie na chwilę pisania tego tekstu następująca szóstka skradła moje serce… 

Mob Psycho 100

Czasem myślisz sobie, że widziałeś już wszystko i nic nie jest w stanie cię zaskoczyć. W takich momentach, cała na biało, wchodzi seria, która zamiata tobą podłogę, później myje okna i samochód, a na końcu wyżyma nad wiadrem. Dla mnie taką produkcją było w ostatniej dekadzie bezsprzecznie Mob Psycho 100. Adaptacja mangi autorstwa ONE, czyli twórcy światowego fenomenu: One Punch Man. Choć już przy tamtym dziele nie miałem wątpliwości, że obserwujemy narodziny nowej gwiazdy medium, to dopiero jego kolejna praca uderzyła we wszystkie właściwe tony. Szczególnie gdy ciężaru jej adaptacji podjęło się studio BONES. 

Mob Psycho 100 to przede wszystkim piękna opowieść o dojrzewaniu emocjonalnym. Ale też o odnajdywaniu własnej drogi i tym, jak ważni są ludzie w naszym otoczeniu. Główny bohater, choć posiada niemal omnipotentne moce psychiczne, to ciężar odpowiedzialności za nie odcisnął na nim piętno. Nastoletni Shigeo nieustannie dusi w sobie uczucia, by utrzymać w ryzach swoje zdolności. Można by rzec, że z wielką mocą oprócz odpowiedzialności, często przychodzi niezrozumienie ze strony otoczenia i poczucie wyobcowania. Nasz protagonista postanawia, że nie da się tkwić w takiej stagnacji wiecznie i postanawia odnaleźć ścieżkę, w której, to nie jego umiejętności będą go definiować. Bardzo ludzka, często ciepła, a w wielu miejscach wzruszająca opowieść. Absolutny współczesny klasyk i seria godna tytułu anime dekady. 

Dodatkowo okraszony fenomenalnej jakości animacją, która w wielu miejscach mogłaby konkurować z produkcjami filmowymi. Prawdziwa perła w koronie medium na każdej płaszczyźnie. Grzech nie sprawdzić. 

Space Dandy

Kolejne anime, za które odpowiada BONES. W tym przypadku jednak główną siłą kreatywną był nie kto inny jak sam Shinichirō Watanabe – autor takich klasyków jak Cowboy Bebop oraz Samurai Champloo. Te wymienione jednak to głównie świetne zabawy prezentowanymi gatunkami oraz charakterne postacie w nie wpisane ciągnęły tamte produkcje. W przypadku Space Dandy sprawa ma się zupełnie inaczej. Anime to bowiem jest jedną wielką celebracją wolności twórczej i potężnym listem miłosnym dla całej branży zajmującej się animacją. Watanabe bowiem zebrał prawdziwy dream team: topowych animatorów i jednych z najlepszych reżyserów dostępnych w Japonii, by następnie dać im całkowitą swobodę. 

W efekcie tego dostaliśmy antologię, na którą składa się 26 epizodów. Każdy prezentujący inną historię, często inny styl animacji, a przede wszystkim odcisk palca reżysera odpowiadający za tę konkretną opowieść. Istny miszmasz. Seria bawi się tak pięknie różnymi tropami i schematami, że ciężko jej nie pokochać. Szczególnie że trójka głównych bohaterów: człowiek-lowelas Dandy, inteligentny odkurzacz QT oraz koci kosmita Meow, to banda kolorowych idiotów. Ich głównym zajęciem jest poszukiwanie rzadkich form życia, a następnie zabawianie się w barze o dźwięcznie brzmiącej nazwie: Boobies. W międzyczasie dostajemy odcinki będące hołdem dla zombie i ich ojca: George’a Romero, szkolny musical, poprzez arthouse, aż po komedię romantyczną. 

Dodatkowo poza świetną animacją, tej serii towarzyszy wybitnie dobry soundtrack. Co nie powinno dziwić, bo w swoich produkcjach Watanabe zawsze dba o oprawę audio, która czule pieści uszy. Tutaj nie jest inaczej i każdy odcinek ma specjalnie pod siebie dobraną oprawę muzyczną. Ilość serca oraz pracy, którą włożono w Space Dandy, powala, nie pozwalając mi nie kochać tego anime. 

JoJo’s Bizarre Adventures

Jeżeli chodzi o fenomeny kulturowe, a szczególnie te pochodzące z Kraju Kwitnącej Wiśni, to ciężko większy niż trwająca nieprzerwanie od prawie 34 lat seria mang Hirohiko Arakiego. Na Zachodzie jednak przez większość tego czasu mało znana i niszowa… aż do roku 2012, gdzie w końcu doczekała się pierwszej jakościowej adaptacji. Odpowiedzialne za nią David Productions zrobiło wszystko i jeszcze trochę, żeby przy zmianie medium zachować jej specyfikę. A jest to ważne, bo Jojo’s Bizarre Adventures, to rzeczy jedyna w swoim rodzaju. 

Sama historia jest rozciągnięta na okres ponad stu lat, gdzie śledzimy przygody kolejnych pokoleń rodziny Joestarów w ich walce z nadnaturalnymi przeciwnikami. Rozpoczynając ją w ostatnich dekadach XIX wieku na angielskiej prowincji, gdzie młody lord Jonathan musi zmierzyć się z pewnym nieśmiertelnym wampirem. Później przenosimy się do okresu II Wojny Światowej i scenariusza wyjętego niemal z kadrów Indiany Jonesa. A to nie koniec niespodzianek, bo każda kolejna generacja oferuje zupełnie inny ciężar gatunkowy. Jedyne co je łączy, to więzi rodzinne oraz przydomek dziedziczony między kolejnymi generacjami: Jojo. Araki raz za razem redefiniuje swoje dzieło. Nie tylko odświeżając obsadę, ale również kompletnie zmieniając swój styl rysowania. Osoba postronna nie uwierzyłaby, że najnowsza odsłona (czyli ósma część) wyszła spod ręki tego samego autora, co pierwsza. Jedna rzecz jest niezmienna: za każdym razem czytanie tych przygód sprawia tyle samo radości. 

Lista anime dekady bez Jojo? Niemożliwe!

Głównie dzięki olbrzymim pokładom cheesu oraz kampowości. Jojo to bardzo samoświadomy produkt, który nie stara się traktować zbyt serio. Chociaż oczywiście potrafi dostarczyć masę ładunku emocjonalnego, bo dzięki przyjętej formule, autor ma dużo pola do popisu z prowadzeniem swoich bohaterów. I tak też, dzięki sukcesowi animowanej adaptacji, seria ta trafiła w globalną świadomość. Skalę popularności ciężko przegapić choćby przez ilość memów, które narodziły się dzięki niej. David Production odwalił tak znakomitą robotę, że (szczególnie dla starszych odsłon) zdecydowanie warto zacząć przygodę z Jojo od właśnie animacji. 

Wyróżnienia:

Oczywiście powyższa trójka, to nie są jedyne japońskie animacje, które chcę polecić z ostatniego dziesięciolecia. Tych ogólnie byłbym w stanie wymienić przynajmniej setkę, ale nie jestem na tyle szalony, by trzymać Was tu do końca świata. Niemniej jednak tuż poza podium muszę wyróżnić jeszcze trzy dodatkowe, które najbardziej rozgrzały me serduszko.

Tatami Galaxy

Za najpiękniej zobrazowanie życiowego carpe diem, które zamknięto w formie sentymentalnej podróży w lata studiów. Wyreżyserowana przez jak zawsze znakomitego Masaakiego Yuasę, to prawdziwie wybitna animacja o cieszeniu się z egzystencji. Łapcie wszystkie okazje, które Wam podsuwa los i nie żałujcie niczego! 

Steins;Gate

Za jedną z najbardziej oryginalnych opowieści o podróżach w czasie i ich konsekwencjach. Moment, w którym zabawa zamienia się w niekończący się horror i desperacką próbę odwrócenia bagna, w jakie wpakowali się bohaterowie, jest naprawdę znakomity. Przy okazji serwując nam bandę charakternych i bardzo “likable” postaci. 

Uchouten Kazoku 

Za najcieplejsza opowieść o znaczeniu rodziny. Seria, która wlewa w serduszko ciepły miód i łagodnie je rozgrzewa. Mało jest animacji, jakie poruszałyby ten temat z taką lekkością oraz znakomitym ujęciem wagi miłości w naszym życiu i doceniania relacji tworzonych z najbliższymi nam ludźmi (albo niekoniecznie ludźmi).

Kobayashi-san Chi no Maid Dragon

Za pokazanie, że miłość występuje w wielu formach. W ostatniej dekadzie chyba najlepsza komedia romansowa i top ze wszystkich, jakie w ogóle powstały. Znakomite gagi, a także serducho włożone w pokazanie nieheteronormatywnej pary kupiły mnie mocno. Podobnie jak przy Uchouten Kazoku: miód na serduszko. 

Shirobako

Za pokazanie nam w rozrywkowej formie, jak wygląda proces powstawania anime. Od zebrań komitetu producenckiego, poprzez pracę animatorów, aż po nagrania głosów aktorów wcielających się w bohaterów. Bawi i uczy jednocześnie. 

Jacek aka Leniwiec

Dziesięć lat minęło, jak jeden epizod… Tak chyba najłatwiej można podsumować minioną dekadę. Nie dość, że to właśnie w niej rozpoczęła się moja świadoma przygoda z anime, to jeszcze przy robieniu researchu przekonałem się, jak wiele wspaniały serii przyszło mi obejrzeć. Niestety nie mogłem wcisnąć każdej z nich w tę listę, z trudem nawet przyszło mi wskazanie czołowej ósemki. Wybrałem serie, które w mniejszy lub większy sposób wpłynęły na moje życie i uważam, że zasługują na miano anime dekady. Nie ujmując wieli tytułom, na które zabrakło miejsca oczywiście. Znajdą się też takie, które zwyczajnie sprawiły mi tyle radości, że miło wspominam je aż do dziś. 

No i ja oczywiście będę bardziej oszczędny w słowa, mój zły brat bliźniak Jacek niemal wyczerpał limit znaków. 

OreGairu (Yahari ore no seishun rabukome wa machigatteiru)

Częstym motywem w kiepskich filmach jest scena, gdy główny bohater staje przed problemem, którego nie jest w stanie samodzielnie rozwiązać. Wtedy jak błogosławieństwo z nieba spływa mu książka, film, piosenka, a w jednym z tych dzieł odpowiedź podana na tacy. I czymś takim właśnie dla mnie było OreGairu w momencie, gdy oglądałem je pierwszy raz. Ta jedna animacja, która niemal jeden do jednego przełożyła moje ówczesne poglądy na świat, na życie. Pozwoliła mi poczuć, że jednak jest ktoś, kto myśli tak jak ja, czyli czysto na poziomie zysków i strat. Historia o wyobcowanym bohaterze, z potężnym ego, który, gdy już mu się coś zachce, to osiąga swój cel – idąc jednak do celu po trupach. 

Drugi sezon z kolei pokazuje efekty zachowań Hachimana – czyli coś, co ja zdążyłem już przeżyć na własnej skórze, dzięki czemu ze zrozumieniem mogłem trzymać kciuki za starania głównego bohatera, żeby wszystko jednak jakoś działało.

Nie mogę wymienić ani jednej innej serii, która emocjonalnie pochłonęłaby mnie tak, jak zrobiło to OreGairu. Pochłonęło, podsumowało, wskazało drogę i zostawiło przestrogę, jakich błędów więcej nie popełniać. Dzisiaj prawdopodobnie na zachowania bohatera patrzyłbym z przymrużeniem oka – chociaż bardzo mocno czekam na trzeci sezon! Niemniej, jest to anime, które pojawiło się w moim życiu w odpowiednim momencie i dzięki temu zapamiętam je na długo. Dla mnie zdecydowanie anime całej dekady.

Ping Pong the Animation

Coś zupełnie z innej beczki. Anime, które może i nie wywróciło mojej psychiki do góry nogami, ale ukazało mi ten piękny sport, jakim jest tenis stołowy, w zupełnie nowym świetle. Ba, sprawiło, że naprawdę go pokochałem i do dzisiaj chętnie zagram mecz lub dwa.

Jednak nie samo ukazanie sportu wpłynęło na sukces Ping Pong the Animation – chociaż i do tego nie można mieć zastrzeżeń. Przede wszystkim jest to prawdziwy pokaz sztuki animacji, której na podobnym poziomie ciężko doszukiwać się w sporej większości produkcji. Studio Tatsunoko Production wykonało tutaj genialną robotę, a jednym z ich osiągnięć było, moim zdaniem, świetne ukazanie dynamiki, jaką cechuje się tenis stołowy.

Gdyby tego było mało Ping Pong to piękna alegoria ciężkiej pracy nad osiągnięciami, ale też codziennego, smutnego życia. Jedni muszą być na dnie, aby inni byli na topie, nieoszlifowany diament traci swój blask, a same starania często nie wystarczą. Przy seansie, między podziwianiem kolejnych sekwencji animacji, polecam skupić się na warstwie fabularnej, a szczególnie na słodko-gorzkim finale.

Grand Blue

I kolejny całkowity zwrot tematyczny w mojej liście. Tym razem najlepsza komedia, jaką przyszło mi obejrzeć. 

Anime dekady

Przygody świeżo upieczonego studenta w jednej z nadmorskich miejscowości. Alkohol, imprezy i zwariowane akcje, na które nikt by nie wpadł… Nikt prócz studentów. Seans Grand Blue wypadł w momencie, gdy sam zaczynałem przygodę ze szkolnictwem wyższym. Dosłownie oglądałem odcinek za odcinkiem i dziwiłem się, jak świetnie można oddać klimat studiów oraz jakie życie studenckie musiał wieść autor tego dzieła. 

O Grand Blue pisałem już kilka razy na naszej stronie, więc zachęcam do sprawdzenia Manga Update oraz topki anime, które trzeba obejrzeć latem. No i to anime to pozycja obowiązkowa dla wszystkich studenciaków!

AnoHana

Zakończymy na smutno, gdyż AnoHana to dramat, który nawet największego zgorzknialca przynajmniej raz rozczuli do łez.

Anime dekady

W przeciwieństwie do OreGairu nie widziałem w bohaterach odbicia siebie, jednak nie stało to na przeszkodzie, aby niesamowicie zżyć się z ich losem. Losem wyjątkowo wyboistym, zdecydowanie nie usłany różami. AnoHana to historia niezagojonych ran. Anime, które pokaże, jak ważne jest, aby ze sobą rozmawiać – inaczej cały świat może leźć w gruzach. To również dzieło udowadniające, że nawet pomimo tragedii zawsze warto szukać dobrego rozwiązania.

Głęboka, nienachalna historia brutalnie zerwanej przyjaźni, której nie da się naprawić przez pstryknięcie palcami. Wspaniałe dzieło zasługujące na miejsce na liście anime dekady.

Wyróżnienia:

Nagi no Asukara

Za wyjątkowo emocjonalną podróż, zamkniętą w świetnej oprawie audiowizualnej. 

Gin no Saji

Za całą pracę, jaką autorka włożyła w przygotowanie i kreowanie mangi. Również za rozpisane postacie, a także ciepło, jakie wylewa się z tej mangi. No i za nazwanie prosiaczka Wieprzowinka. 

Log Horizon

Za sposób, w jaki podchodził do świata gier MMO. W końcu seria, dzięki której poczułem się, jak za czasów grania w World of Warcraft. Polecam wszystkim tym, którzy zawiedli się na SAO

Kyoukai no Kanata

Za prawdziwą ucztę wizualną. Anime siedem lat po premierze wciąż wygląda lepiej niż niejedna pozycja z 2019 czy 2020. 

Kajetan

Lwia część animacji, które mają specjalne miejsce w moim sercu, debiutowała w pierwszej dekadzie XXI wieku, więc moje wybory do listy anime dekady musiałem nieco uszczuplić. Jasne, część z nich dobiegła końca na przestrzeni ostatnich kilku lat, ale byłoby to małe oszustwo, a nie o to przecież w tym tekście chodzi. Wyselekcjonowałem więc te, które w ciągu ostatnich dziesięciu lat wywarły na mnie największe wrażenie. Myślę, że nikogo nie zaskoczę…

Hunter x Hunter (2011)

Oj jak dobrze, że tytuł ten załapał się do puli ostatniego dziesięciolecia! Świetna animacja, którą osobiście obejrzałem stosunkowo późno, bo w 2018 roku. Jak już jednak wsiąkłem, to potrafiłem chłonąć po kilkanaście odcinków dziennie, co w ostatnich latach nie zdarzyło mi się (prócz tego jednego przykładu) ani razu. 

Anime dekady

Przygoda Gona, Killui i reszty ekipy to dla mnie wzór shonena. Masa akcji, świetnie nakreślone postaci, nietuzinkowi antagoniści (Hisoka to jeden z ciekawszych charakterów ever!) i fabuła, która nie pozwala oderwać się od ekranu. Nie spodziewałem się, że to wszystko tak dobrze zadziała, ale jestem na maksa szczęśliwy, że myliłem się w tej kwestii. 

Największy minus? Właściwie nie znamy zakończenia. Ok, anime teoretycznie zostało domknięte, ale całość ma tak otwartą strukturę, że nie byłbym zaskoczony, gdybyśmy za jakiś czas dostali kolejne 100 odcinków. Niby mangowy materiał jest, ale, cóż… Nie chcę atakować Pana Yoshihiro Togashiego. Niemniej, zróbcie sobie tę przyjemność i sprawdźcie anime!

My Hero Academia

Dla wielu przereklamowana seria kierowano do dzieci, dla mnie, przykład tego, w jaką stronę powinny iść nowoczesne shoneny. Wielowymiarowi bohaterowie i wyjątkowo głęboka fabuła, na której poziom doskonale wpływa fakt, iż całe to superbohaterskie tło podszyto jeszcze kwestiami szkolnymi.

Akademia Bohaterów to seria, którą mógłbym polecić dosłownie każdemu. Świetnie nada się, jako ta, która pozwoli wejść w świat japońskiej popkultury osobom, nie do końca przekonanym, czy będą w stanie to zrobić. Serio, próg wejścia jest wyjątkowo niski, a przy tym oferuje bardzo wysoki poziom jakościowy. 

Ktoś powiedział kiedyś, że tak, jak w Ameryce są bohaterowie Marvela i DC, w Japonii mamy właśnie ekipę z My Hero Academia. Jestem w stanie się z tym zgodzić. Uważam, że seria ta jest istnym aurea mediocritas pomiędzy rozwleczonym tasiemcem a krótkim, zwięzłym dziełem. Pomimo wahań- top topów. 

Shingeki no Kyojin

Najbardziej brutalne, najdojrzalsze i najtrudniejsze anime z całej trójki. Początkowo, gdy słyszałem o jego produkcji, a następnie samej premierze, nie byłem przekonany. Wydawało mi się, że całość będzie mocno przekoloryzowana. Sylwetki tytanów mnie śmieszyły, a mrok, który prezentowano w zwiastunach, wydawał mi się bardzo sztuczny i pchany na siłę. Cóż, ludzie lubią się mylić.

Nie miałem racji i niesamowicie mnie to cieszy. Atak Tytanów musiał się tu znaleźć, albowiem dosłownie każdy kolejny sezon kończył u mnie w czołówce najlepszych anime roku, gdy tylko wychodził. Tak było również w ubiegłym i wiem, że 2020- gdy dostaniemy za kilka miesięcy oficjalne zakończenie – będzie taki sam. To po prostu fabuła niepodobna do niczego, co wcześniej widziałem.

Osobny akapit muszę zachować dla głównego bohatera, Erena. Nie lubicie pyskujących i głośnych bohaterów? Takich, którzy najpierw muszą wykrzyczeć wszystkie motywy, a dopiero później przejść do działania? Cóż, ja też nie. Tu jednak pierwszy raz dokładnie widziałem, jakie przesłanki za tym stoją. To ten typ krzykacza, który nie irytuje, ale wywołuje pełnię zrozumienia i współczucia. Ogromne uznania dla twórcy. 

Wyróżnienia: 

The Promised Neverland

Za świetne oddanie tego, co zostało przedstawione w mandze. To jeden z tych tytułów, które wzorowo ekranizowały pierwowzór, podsycając go jeszcze świetnym kastingiem aktorów głosowych i muzyką perfekcyjnie dopełniającą klimat. 

Beastars

Za to, że wreszcie pojawiło się anime na podstawie tej mangi. Jak zdążyłem już kilkukrotnie wspomnieć w innych tekstach, jest to jedno z moich ulubionych dzieł, bez podziału na kategorie. Musiałem je wyróżnić.

JoJo’s Bizarre Adventure

Skoro Jacek napisał je w swoim TOP 3, to ja pozwolę sobie zarzucić je tylko tutaj. Wszystkie sezony to najwyższy możliwy poziom, a niech dodatkową zachętą, by obejrzeć, będzie fakt, że już w marcu zadebiutuje na Netflixie. 

Seishun Buta Yarou wa Bunny Girl-senpai no Yume wo Minai

Za to, że jest najlepszym romansem, jaki kiedykolwiek uświadczyłem w popkulturze. Piękna, zabawna i niezwykle angażująca historia, która w bardzo nietypowy sposób podchodzi do kwestii miłości i dorastania.

Demon Slayer: Kimetsu no Yaiba

Za to, że podobnie jak My Hero Academia wyznaczyło nowe standardy dla gatunku serii kierowanych dochłopaków. Piękna animacja, genialna muzyka i ten jeden, pamiętny odcinek, który byłby w mojej czołówce najlepszych, jakie widziałem w życiu. 

Najlepsze anime dekady 2010-2019

A więc udało nam się podsumować ostatnie dziesięć lat świata anime w jednym wpisie. Czy to mało? Cóż, jak już kilkukrotnie zaznaczaliśmy – na pewno udałoby się zrobić z tego serie wpisów, ale przecież nie o to nam chodzi.

Mam nadzieję, że w jakiś sposób zachęciliśmy Was, abyście sprawdzili polecane dzieła. Teraz czekamy na Wasze listy, żebyśmy i my mieli co nadrabiać. Które anime dekady wspominacie najlepiej? Które z nich najbardziej zapadło Wam w pamięć i zasłużyło na tytuł anime dekady? Piszcie w komentarzach!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o