Łasuch – Tom 1 – Recenzja

Byłem przekonany, że całkiem nieźle orientuję się w pozycjach DC Vertigo. Na półce mam „Sandmana”, „Transmetropolitan”, „Kaznodzieję”, „Y: Ostatniego z mężczyzn”. Wiedziałem i o „Skalpie”, „100 naboi” czy „Lucyferze”. Bardzo się więc zdziwiłem, gdy przeglądając plik z planami wydawniczymi wydawnictwa Egmont w rubryce Vergito, ujrzałem „Łasucha”.

I wiecie co? Obiecuję napisać na kartce tysiąc razy: „Będę zawsze uważnie sprawdzał wszystkie pozycje swojego ulubionego imprintu”, bo boję się myśli, że kolejna taka perełka przeszłaby mi koło nosa. Zdradziłem Wam już więc, że „Łasuch” przypadł mi do gustu, ale mimo to zostańcie ze mną jeszcze chwilę.

Nigdy, przenigdy nie wychodź z lasu

„Łasuch” jest opowieścią osadzoną w klimacie postapokaliptycznym.

Tematyka ta jest dość mocno wyeksploatowana, więc ciężko zaskoczyć odbiorcę czymś nowatorskim. Pomimo tego, że ludzkość można uśmiercić i upodlić na wiele sposobów, (najlepiej jednak robi to ona pozostawiona sama sobie) twórcy często decydują się na wyniszczenie panującego stanu rzeczy, za pomocą nowego rodzaju wirusa, choroby. Jeff Lemire, autor „Łasucha”, wykorzystuje właśnie tę metodę… Ale robi to na szczęście w sposób intrygujący.

W stworzonym przez niego świecie „Przypadłość” siedem lat przed wydarzeniami z komiksu, pochłonęła miliardy istnień. Jakby tego było mało, dzieci po przejściu zarazy, rodzą się jako zwierzęco-ludzkie hybrydy. Niestety nawet apokalipsa nie jest w stanie zmienić natury człowieka i nienawiści do tego, co odmienne: na tych biednych malców polują łowcy nagród. Ukrywa się przed nimi także Gus – nasz tytułowy Łasuch. Chłopiec to półczłowiek-półjelonek. Jest więc po trochu spełnieniem marzeń myśliwych – wreszcie mogliby strzelić do niego po pijaku i wtedy tłumaczenia, że wyglądał jak zwierzę, miałyby trochę sensu. Szkoda, że nie jest półdzikiem, ale wszystkiego mieć nie można.

Gusem opiekuje się jego tata. Nieco szalony mężczyzna, który spędza całe dnie na rozmowach z Bogiem, którego słyszy tylko on. Niestety jego ciało trawi choroba. Znajduje się już u kresu życia, jednak wcześniej przekazuje synowi wiedzę na temat przetrwania w dziczy i zasady, które mają pomóc chłopcu przeżyć. Najważniejszą z nich jest: „Nigdy, przenigdy nie wychodź z lasu”. Gus nie zna więc innego życia poza tym w dziczy. Dziecięca ciekawość zaprowadziła go jednak kiedyś na skraj puszczy i zobaczył wtedy, że świat nie stoi w ogniu wbrew temu, o czym zapewniał go ojciec. Jest może nieco straszny, nieznany… Ale nowy. Inny. Fascynujący.

Chyba właśnie wtedy w duszy Łasucha zakiełkowało ziarno, które pozwoliło mu wyruszyć w podróż z Jepperdem. Mężczyzna ten uratował chłopca przed łowcami nagród, którzy chcieli sprzedać malca temu, kto da najwięcej. Wielkolud obiecuje chłopcu, że doprowadzi go do Ostoi – miejsca, które ma być bezpieczną przystanią dla hybryd.

To nie jest kraj dla starych ludzi i chłopców-jelonków

Świat przedstawiony w „Łasuchu” jest moim ulubionym przedstawieniem świata postapokaliptyczego.

To kraina rodem z „The Last of Us”, znacznie odbiegającej od np. uniwersum Fallouta. To świat, w którym nie ma bohaterów. Świat, do którego nie pasują takie utwory jak „The Wanderer” czy „I don’t want to set the world on fire” – zawadiackie, romantyczne. Życie nie jest wesołą przygodą na nuklearnej pustyni. Przetrwać i przeżyć – to jedyna dewiza, która tam obowiązuje.

W tym strasznym, szarym miejscu jedynym czystym elementem wydaje się Gus. Dobrze wychowany chłopiec, od którego aż promieniuje niewinność. Pomimo tego, że los zewsząd stara się go poturbować, on nie traci swojego dobrego serce i dziecięcego uroku. Pomimo tego, że jest wytworem nowych czasów, paradoksalnie staje się reliktem przeszłości – uosabia przyzwoitość, która obecnie jest na wymarciu. Może i ma niezdrowe zamiłowanie do słodyczy, ale jak tu obwiniać o to kogoś, kto przez całe życie jadł głównie szyszki, a nagle poznaje smak czekolady?

Z drugiej strony mamy Toma Jepperda – mężczyznę, o którym na początku wiemy niewiele. Olbrzymi chłop przypominający Punishera wykreowanego przez Gartha Ennisa (do tej inspiracji przyznaje się w posłowiu sam autor), który w życiu wiele przeszedł i widział zdecydowanie zbyt dużo. Jest cyniczny, brutalny i wie, że w tych czasach nie ma miejsca na przywiązanie się do kogoś oraz dylematy moralne. Bezwzględność czai się też w jego zimnych, przenikliwych, jasnoniebieskich oczach. Jepperd chce doprowadzić Gusa do Ostoi i jest gotów zapłacić za to każdą cenę. Jakie są jego intencje? Czy zależy mu tylko na dobru chłopca? Nie zdradzę Wam tego, ale sam autor komiksu na pewno w pewnym stopniu zaspokoi Waszą ciekawość. Moją zaspokoił, choć nie do końca, bo nabrałem przez to ochoty dowiedzieć się o bohaterach jeszcze więcej.

Jeff Lemire świetnie zbudował swoich bohaterów. Nieprzypadkowo wspomniałem wcześniej o „The Last of Us”. To skojarzenie nasuwa się w końcu samo – mężczyzna i dziecko wędrujący po ruinach świata. Podobieństw jest jednak więcej. Tak samo, jak Joel i Ellie, tak Jepperd i Gus zostają ze sobą związani w sposób pozornie czysto powierzchowny. Ich relacje jednak z czasem pogłębiają się i odkrywają, że w tym smutnym, zniszczonym świecie potrzebują się nawzajem, by wyzwolić w sobie najlepsze, najpotrzebniejsze cechy. W przypadku wielkoluda oraz Łasucha istnieje może trochę daleko idący wniosek, gdyż pierwszy tom komiksu jest w zasadzie dobrze skonstruowanym wstępem do opowieści… Ale ja wierzę w tę dwójkę Jeffa Lemire’a tak samo, jak uwierzyłem w bohaterów studio Naughty Dog.

Smutno i urokliwie

Jeff Lemire zasługuje na uznanie nie tylko jako scenarzysta, ale również jako rysownik. Pomimo tego, że kolorami zajął się José Villarrubia, to pan Lemire zajął się rysunkami. Dotychczas spotkałem się z taką wszechstronnością jedynie u Mike’a Mignoli, ojca Hellboya, więc jestem pod wrażeniem.

Kreska sprawia wrażenie nieco niedbałej, podobnej do szkiców, jest bardzo miękka. Artysta nie ma skłonności do wyróżniania detali – bardziej skupia się na operowaniu cieniami i oddaniu wszelkich emocji bohaterów za pomocą grymasów twarzy czy podkreśleniu ich ogólnego charakteru przy pomocy bruzd i blizn. Same postacie są zaś jak jeden mąż brzydkie. Bardzo dobrze. Buduje to klimat opowieści – widzimy, że siedem lat zarazy nie oszczędziło tutaj nikogo, wszyscy są wymęczeni i skupieni wyłącznie na przetrwaniu.

Bardzo ciekawe są też użyte przez twórcę kolory. Zobaczyć tu możemy oleiste barwy pochodzące z każdej palety, które świetnie jednak ze sobą współgrają i współpracują ze światłem. Całość graficznie jest niezwykle ciekawa, niepozbawiona swoistego apokaliptycznego uroku.

Liczy się to, co będzie dalej

Jak już wspomniałem, pierwszy tom „Łasucha” jest tak naprawdę wstępem do kolejnych zeszytów, czy też tomów w przypadku polskiego wydania.

Nie to, żeby nic tu się nie działo. Akcja toczy się wartko, postacie nie mają czasu na odpoczynek. Lemire jednak przede wszystkim przedstawia nam swój świat, wyjaśnia pojawiające się relacje i zależności, podobnie czyni z bohaterami. Rozgrzewa silnik, by móc ruszyć z pełną mocą. Całe szczęście, że ta maszyna jest dobrze naoliwiona, bo będzie musiała wytrzymać niemałe obciążenie. „Łasuch” bowiem jest też skarbnicą zagadek i niewiadomych.

Gus twierdzi, że ma dziewięć lat, a „Przypadłość” zaczęła szaleć na świecie siedem lat wcześniej? Chłopiec się myli, czy jest jeszcze bardziej wyjątkowy, niż można by sądzić? Jak będzie wyglądać jego więź z Jepperdem? Czy uda im się zmienić choć kawałek zniszczonego świata, czy może rzeczywistość zmieni ich? Czy nawet w tak okrutnym miejscu możemy liczyć na dobre zakończenie?

Sam nie wiem i ciężko będzie mi wytrzymać do listopadowej premiery drugiego tomu.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] Strażnicy Galaktyki, DrDollitle, Folwark Zwierzęcy, Zwierzogród, Łasuch). Warto zwrócić uwagę na to, że tylko w niewielu z nich jest pokazany moment, […]

%d bloggers like this: