Koniec zxxxanego świata, czyli komiksowy pierwowzór The End of the F***ing World

Kiedy w styczniu zeszłego roku Netflix pokazał światu The End of the F***ing World, serial wyprodukowany przez brytyjski Channel 4, przygody dwójki antyspołecznych nastolatków szybko zyskały szerzę fanów i uznanie krytyki. Dzięki sukcesowi serialu producenci wzięli się już za kolejny sezon, kariera odtwórców głównych ról nabrała rozpędu, a pewien niezależny rysownik nagle znalazł się w centrum uwagi. Mowa o Charlesie Forsmanie, autorze minikomiksów, na podstawie których powstał ten telewizyjny hit. W tym samym roku, w którym serial trafił na Netfliksa, pełne wydanie jego komiksu trafiło do polskich czytelników jako „Koniec zxxxanego świata. Wśród nich — dzięki uprzejmości wydawnictwa Non Stop Comics — znalazłam się i ja. Czy warto sięgnąć po papierowy pierwowzór TEOTFW? Czym może was zaskoczyć? I w jakim stopniu twórcom serialu udało się oddać jego ducha? Na te pytania postaram się odpowiedzieć (w możliwie bezspojlerowy sposób) w poniższej recenzji. Zacznijmy jednak od początku…

O dwójce takich, co ukradli wóz i pojechali szukać szczęścia

„I’m James, I’m 17, and I’m pretty sure I’m a psychopath”. Tymi słowami rozpoczyna się pierwszy odcinek serialu. Co ciekawe, komiksowy James nigdy ich nie wypowiada. Nie jest też aż tak zafiksowany na punkcie zamordowania Alyssy, jak jego serialowy odpowiednik. Motyw, który w telewizyjnej adaptacji jest motorem napędowym dalszych wydarzeń, tu ogranicza się do jednej lub dwóch scen i zostaje szybko porzucony. Nie jest to jedyna zmiana — takich mniej lub bardziej widocznych różnic pomiędzy komiksem a serialem można wymienić znacznie więcej. Niezmienny pozostaje jednak trzon tej opowieści: wspólna ucieczka dwójki nastolatków, którzy — choć wewnętrznie skonfliktowani, „trudni w obyciu” i niezrozumiani — odkrywają, że potrzebują siebie nawzajem.

Jeśli widzieliście serial, nie powinniście być zaskoczeni fabułą komiksu. Pomijając pewne różnice w szczegółach i chronologii zdarzeń, obie wersje TEOTFW prezentują podobną historię. Mający problem z nazywaniem i okazywaniem emocji James poznaje zbuntowaną Alyssę, która z kolei ma problem z ich pohamowaniem. Oboje są zagubieni, sfrustrowani i zawiedzeni przez dorosłych. Pewnego dnia postanawiają uciec. Kradzionym autem James i Alyssa udają się w podróż do lepszego miejsca. Liczą na pomoc ojca dziewczyny, który dziesięć lat wcześniej zniknął z jej życia. Po drodze wydarzy się jednak coś, co znacznie utrudni im realizację wspólnych planów…

Krew, flaki i depresja

Komiks Charlesa Forsmana zaskoczył mnie przede wszystkim klimatem. W porównaniu ze swoją serialową wersją wypada on dużo bardziej przygnębiająco i brutalnie. Ta depresyjna otoczka nie wzięła się znikąd — w wieku 11 lat autor stracił ojca, przez co odbył przyspieszony kurs dojrzewania. Sprawiło to też, że jako nastolatek niespecjalnie potrafił cieszyć się życiem. Być może gdyby nie to osobiste doświadczenie, „Koniec zxxxanego świata” i jego bohaterowie nie wydawaliby się tak autentyczni.

Brutalność niektórych scen, szczególnie tych rozgrywających się w finale, niektórych może odrzucić. Przygotujcie się więc na widok krwi, odciętych kończyn i wywleczonych wnętrzności. Trzeba jednak zaznaczyć, że takich scen nie ma wcale aż tak dużo, a jeśli już się pojawiają, to bez nadmiaru drastycznych szczegółów. Poza tym ich obecność jest tutaj fabularnie uzasadniona.

Czarno-biały świat

Kolejnym zaskoczeniem był dla mnie graficzny aspekt komiksu. Fanom serialu może być trudno przestawić się na czarno-białe kadry i bardzo prostą, wręcz prymitywną kreskę. Już na początku pracy nad TEOTFW Forsman postawił na minimalizm i konsekwentnie się tego trzymał. W każdym kadrze mieści się więc zwykle tylko to, co absolutnie niezbędne, nic więcej. Włosy postaci składają się z kilku kresek, a rolę oczu pełnią dwie czarne kropki. Pod tym względem bohaterowie mają więcej wspólnego z postaciami znanymi z „Fistaszków” Schulza niż z aktorami, którzy wcielają się w nich w serialu.

Mimo to nie miałam problemu z poważnym potraktowaniem historii Alyssy i Jamesa. Choć narysowani w tak uproszczony sposób, to wciąż ludzie z krwi i kości, których przemyślenia i problemy powinny być bliskie wielu innym nastolatkom… no, może z wyjątkiem uciekania przed policją i członkiem pewnego morderczego kultu. To zdecydowanie nie jest typowy problem okresu dojrzewania, ale James i Alyssa nie należą przecież do „typowych” dzieciaków. I dobrze, bo dzięki temu nie są nudni ani czarno-biali, w przeciwieństwie do świata wokół nich.

Komiks kontra serial: ostateczne starcie

Omawiając „Koniec zxxxanego świata”, nie uciekniemy od porównywania go z jego telewizyjną adaptacją. Dlatego w tym miejscu chciałabym się wreszcie skupić na związkach między nimi i zasadności takich porównań. Jak już wspomniałam, nie wszystkie elementy znane z serialu można odnaleźć w jego komiksowym pierwowzorze. Nie poznamy w nim na przykład pary policjantek prowadzących śledztwo, ojczyma Alyssy ani Tophera. Nie ma tam także kilku ikonicznych scen, takich jak widowiskowe zniszczenie telefonu na stołówce czy afera na stacji benzynowej. Inna poważna różnica dotyczy zakończenia: finał komiksu jest rozbudowany o swego rodzaju postscriptum, które nie pozostawia złudzeń co do losu bohaterów. W serialu natomiast dostajemy bardziej niejednoznaczne zakończenie, które ma nas przygotować na kolejny sezon. Tego, co się w nim wydarzy, Charles Forsman nie umie przewidzieć — jego opowieść skończyła się wraz z ostatnią stroną TEOTFW. Jej dalszy ciąg opowiedzą już twórcy serialu.

Werdykt

Patrząc na te wszystkie różnice, pojawia się pytanie, czy można uznać ten serial za dobrą adaptację omawianego komiksu i czy w ogóle powinien on być w tych kategoriach rozpatrywany. W moim odczuciu jest to raczej inspiracja niż wierna adaptacja — reżyser i scenarzystka telewizyjnego TEOTFW kompletnie rozpruli materiał źródłowy i uszyli z niego własną, odrębną historię: dużo bardziej rozrywkową, nasyconą humorem, optymizmem i dobrą muzyką. Ważne jednak, że w tym całym procesie nie zagubili najważniejszego elementu, czyli duszy opowieści.

Sam autor, który nie brał bezpośredniego udziału w przygotowywaniu ekranizacji, akceptuje taki stan rzeczy. Więcej, otwarcie chwali on scenarzystkę Charlie Covell za rozwinięcie pewnych wątków, pogłębienie portretów postaci i jej własne fabularne „dodatki”. Zdaniem Forsmana wierne odwzorowywanie jakiegokolwiek dzieła nie ma sensu; o wiele ciekawsze jest, gdy pozwala się twórcom na opowiedzenie danej historii po swojemu, nietkniętą pozostawiając jedynie istotę pierwowzoru. I to w przypadku TEOTFW się udało.

W pojedynku komiks versus serial nie ma zatem zwycięzcy ani przegranego. Są to dwie niezależne, choć komplementarne opowieści, z których każda wnosi coś innego i jest wartościowa sama w sobie. Obie zaś łączy nadzieja, że jakkolwiek skonfliktowanymi, niedostosowanymi i zagubionymi jednostkami byśmy nie byli, nikt z nas nie jest skazany na samotność; że są obok nas ludzie, którzy mogą nam pomóc uczynić ten pieprzony świat znośniejszym miejscem do życia.

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o